Kronika



9.10.2019 Na kolejne sympatyczne spotkanie w sympatycznym gronie przybyłyśmy ochoczo (same panie), tym bardziej, że oderwanie się od irytującej rzeczywistości i napięcia przedwyborczego było wielce wskazane. Scrabble znakomicie podnoszą poziom serotoniny, zwłaszcza jak rywalizacja nie wykracza poza granice absurdu. Ucieszyłyśmy się z kolejnych zwycięstw Bernadety na kolejnych zawodach, ze zrozumieniem odniosłyśmy się do porażek, zdumiałyśmy się jednym remisem i zatęskniłyśmy za ViWaldim (nie wspominając innych...). Spokojnie rozegrałyśmy systemem kombinowanym trzy rundy i oczywiście wygrała Donata. Wymieniłyśmy kulturalne uwagi na temat repertuaru kinowego, chociaż zachwyty Małgorzaty nad ostatnią produkcją z serii \"Rambo zabija wszystkich niedobrych\" nie zyskały szczególnej aprobaty, aczkolwiek pełna tolerancja i zrozumienie dla odmienności (w tym przypadku gustów) była, w przeciwieństwie do pozascrabblowego realu. Pożegnałyśmy się chyba na dwa tygodnie, gdyż z powodów służbowych oraz domniemanych innych, za tydzień się nie uda... [M]
02.10.2019 I znowu jakiś czas przebąblowaliśmy bez scrabbli z rozmaitych powodów. Tak więc na kolejny zew Donaty odpowiedziała odpowiedzialna piątka na piątkę i już można było zdecydowanie pograć. Bernadeta z zapałem opowiedziała o kolejnych zaliczonych zawodach PFS i - a jakże - kolejnych zwycięstwach, punktach i wesołych imprezach pobocznych. Wysłuchawszy z uwagą rozegrałyśmy następnie sprawdzonym już systemem trzy rundki, w których jak zwykle Donata osiągnęła maksymalną ilość punktów. Co prawda raz udało się Małgorzacie pokonać naszą Liderkę (nieznacznie i bojaźliwie!), ale to i tak nie miało znaczenia w ogólnym rozrachunku. Generalnie wszystkie miałyśmy satysfakcję ze spotkania, poukładanych inteligentnych scrabbli i ogólnych okoliczności. Jak zwykle. [M]
11.09.2019 Czwórka klubowiczek-graczek pojawiła się punktualnie i pogodnie. Ania 2 się nie stawiła z przyczyn obiektywno- turystycznych, gdyż w zaplanowanym na oczywiste scrabble czasie wypadła jej atrakcyjna podróż w kraje dalsze i ciekawe, więc nie miałyśmy problemu z doborem par grających. Z przyjemnością skomentowałyśmy sympatyczne zdjęcie naszych kolegów, umieszczone na forum przez równie sympatycznego Darka. Powspominawszy nieco zaczęłyśmy koleżeńskie rozgrywki i po trzech rundach każda z pań wygrała przynajmniej raz, a jeśli przegrywałyśmy to wysoko i szlachetnie. Czyli jak stwierdziła Beniusia - było sprawiedliwie. W krótkiej przerwie dziewczyny wymieniły się przepisami na niezawodną drożdżówkę oraz uwagami na tematy filmowo-kulturalne. Małgorzata stwierdziła, że po najnowszym filmie Vegi jej język nieco sprzaśniał, więc jako antidotum wybierze się na coś z wyższej półki. Donata oznajmiła, że aktualnie zwroty z gwary uczniowsiej są aktualnie jak najbardziej akceptowane przez zacny OSPS, czyli możemy stawiać \'gegrę\", \"matmę\", itp., ale czy np. \"polaka\", i \"ruska\" też? Sprawdzimy. Cóż, język przaśnieje powoli wszędzie. Zakończyłyśmy w miarę szybko i pożegnawszy się z kulturą rozeszłyśmy się w rozmaite strony, jak zwykle. [M]
04.09.2019 Ostatnio nie było sprawozdania z powodu nieobecności skryby, czyli Małgorzaty. Ale z pewnością nie było milej i weselej niż na ostatnim spotkaniu roz(g)rywkowym w gronie znanym i lubianym. Pięć graczek w komplecie nieparzystym stawiło się w stosownym miejscu i stosownych nastrojach. Ponieważ Ania 1 utknęła na jakiś czas na tajemniczej ulicy Żabiej i chwileczkę acz bez zniecierpliwienia czekałyśmy na jej przybycie, umilałyśmy sobie ową chwileczkę rozmaitymi krotochwilami. Oprócz intrygującej wymiany myśli na tematy urodowo-modowe na szczególną uwagę zasłużyła złota myśl. Donaty o tym, że \"wszyscy zaczynamy jako kobiety, a kończymy jako mężczyźni\", amen. Na szczęście Ania 1 dotarła i przekształciłyśmy zmagania intelektualne na planszowe, oczywiście z dalszym zaangażowaniem szarych komórek, dopóki jeszcze działają. Były trzy rundki, Bernadeta z niezwykłym wdziękiem przegrywała, a Donata wygrywała równie wdzięcznie. Ania 1 miała chwilę depresyjną, Ania 2 przyjmowała zwycięstwa i porażki ze stoickim spokojem, a Małgorzata po początkowym laniu w ostatniej rundzie wygrała. W międzyczasie Donatka z Małgosią odśpiewały ad hoc jedną zwrotkę znanej pieśni \"Czarny chleb, czarna kawa\", kwalifikując się do pierwszego głosu w chórze klubowym. Niestety okazało się również, że przepadła \"Aida\" i nasza liderka teraz nie słyszy swojej wypasionej komórki. Jest więc pilne zapotrzebowanie na jakąś informatyczną mądralę. I w ogóle na mądre osobniki. Do nas na granie też... [M]
21.08.2019 Znowu w naszym ulubionym Psychiatryku, czyli prawie jak w domu. Donata wróciła z urlopu i udostępniła nam uspokajającą salkę,więc miło było się znowu spotkać. Uściskawszy się zacnie, wymieniłyśmy najważniejsze informacje dnia, po czym rozłożyłyśmy plansze dla jednej pary i jednej trójki. Rozegrałyśmy trzy wesołe partyjki, przyjmując zasadę, że kto wygrywa ten (ta) gra z innym wygrywającym w parze. Taka premia scrabblowa, bardzo przyzwoita. Skonstatowałyśmy ze smutkiem, że zmierzcha się coraz szybciej i niedługo będziemy zaczynać i kończyć grę po \"ciemaku\" Spotkanie wygrała Donata, co jakby niespodzianką nie było. Beniusia i Ania 2 wygrały po jednej partii, Ania 1 i Małgosia oscylowały w stanach średnich, z pełnym mimo wszystko zadowoleniem. Na pożegnanie życzyłyśmy Bernadecie i ViWaldiemu (zaocznie) udanej wyprawy na turniej do Poznania i dzielnych potyczek z wysokimi wygranymi. Trzymamy kciuki! [M]
07.08.2019 Bardzo miłe spotkanie w gościnnych progach Beniusi i ViWaldiego. Oczywiście była sama Beniusia, bo ViWaldi zmożony ciężką chorobą pracoholiczną nie mógł oczywiście nam towarzyszyć. Faceci tak mają chyba generalnie. Więc byłyśmy przaśna czwóreczką, Bernadeta przygotowała stół szwedzki z pysznościami, Ania 1 przyniosła popitkę, Ania 2 kosz owoców, a Małgorzata wpadła na tzw. \"sępa\", więc odpracowała swoją dolę w ogródeczku gospodarzy. Sielsko-anielsko, więc grało się wyśmienicie - \"najsamprzód\" na tarasie, a zaś potem - jak się zacnie rozpadało - w przytulnych murach. Trzy rundki trochę trwały, gdyż grałyśmy niespiesznie, smakując każde losowanie i każde ułożenie na planszy. Skończyłyśmy jak się zmierzchało i przestało lać jak z cebra. Uściskałyśmy wspaniałą Gospodynię spotkania i rozjechałyśmy się do domostw własnych. Nadspodziewanie owo spotkanie wygrała Małgorzata, co było dla niej samej nie lada niespodzianką, więc z tego oszołomienia zapomniała kto był kolejny i następny. Trudno. Dopiszemy następnym razem.... [M]
28.07.2019 No jakoś udało nam się tym razem dotrzeć parzyście: przyszedł mianowicie Adam, który wymienia się z ViWaldim jako męska atrakcja towarzystwa. Gorąco było, duszno też było, ale zapał do gry wcale się nie zmniejszył. Trzy stoliki, trzy rundy, dobrze, spokojnie, po koleżeńsku. Nawet specjalnie nie ma czego opisywać, chyba tylko to, że Donata z wdziękiem - jak zwykle - rozgromiła swoich przeciwników, Adam-rodzynek był drugi, a Beniusia trzecia. Ania 2 i Ania 1 stały tuż za pudłem, a Małgorzata smętnie zamiatała ogonem. Cóż, szczęście scrabbliczne na pstrej planszy się wozi, a zdrowa przegrana uczy pokory jak nic. Cóż, Małgosia już jest bardzo pokorna, ale warsztaty scrabblowe zawsze i tak podnoszą nastrój. Chyba będziemy mieć jakiś problem z przyszłym tygodniem, ale ustaliliśmy, że skoro mamy telefony i internety, to jakoś się skomunikujemy. Jakiż piękny i uproszczony (przynajmniej w tym zakresie) zrobił się świat. Miłych wakacji dla wyjeżdżających, wytrwałości w upalne dni - tego życzymy wszystkim dawnym, aktualnym i ewentualnym graczom. Do zobaczenia przy planszach! [M]
10.07.2019 Na nasze spotkania przychodzi ostatnio żelazna piątka. Tak też było i tym razem, rozpoczęłyśmy od miłej sesji zdjęciowej – biernej, czyli oglądałyśmy w zachwycie piękne zdjęcia z uroczystości rodzinnej mieszanej, które ujawniła szlachetnie Donata. I mogłyby w zasadzie na tym się zakończyć, gdyż czasu przewidzianego na rozgrywki i tak by nie starczyło, gdybyśmy chciały obejrzeć wszystko. Cóż, uzależnienie scrabbliczne przeważyło i – acz z mniejszym zapałem – rozłożyłyśmy plansze. Grałyśmy systemem mocno mieszanym, ale satysfakcjonującym. Wątków pobocznych było niewiele, czyżby nagły zastój w aferach okołorodzinnych, okołopolitycznych czy innych (oprócz odwołanej imprezy weselnej, na którą wybierała się Małgorzata.- sic!) - a może wakacyjne przymulenie? Rozegrałyśmy trzy – w porywach – cztery rundki i większość wygrała Beniusia, która była taka zadowolona, że miło było patrzeć. Zresztą zazwyczaj wszystkie jesteśmy usatysfakcjonowane miłym spotkaniem (tym bardziej, że z każdym poznajemy nowe, zaskakujące słowa oraz ich osobliwe przedłużki), więc rozstałyśmy się niespiesznie, życząc sobie do zobaczenia za tydzień. [M]
26.06.2019 Upał był koszmarny, ale chęć spotkania i pogrania przeważyła i do Psychiatryka przyszły cztery panie. Ania 2 nie mogła się zjawić z powodów technicznych, a pozostali nieprzychodzący mają innych milion usprawiedliwień, politycznie i moralnie zapewne uzasadnionych. Trudno. Było gorąco, ale miło. Donata zdała szczegółową relację z Ważnych Wydarzeń Rodzinnych, popartych bogato ilustrowanym materiałem zdjęciowym – naszym szczerym zachwytom nie było końca, ale w porę przypomniałyśmy sobie po co zasadniczo przyszłyśmy. Tak więc przystąpiłyśmy do gry każda z każdą i poszło nam to całkiem sprawnie i z całkiem znośnymi wynikami, nawet przy przegranych. Nie obyło się bez wypadku, kiedy to w oszołomiona upałem Małgorzata nie skoordynowała ruchów ręcznych i potrąciła butelkę (na szczęście tylko z wodą) – a butelek było pełno – więc trzeba było ekspresowo osuszać zagrożoną planszę. Ania 1 zużyła prawie całą paczkę chusteczek higienicznych, ratując siebie i innych przed utopieniem się w pocie, który lał się z nas jak co najmniej na budowie drogi w Afryce. Taka sytuacja. Po szybkich rozgrywkach pierwsze miejsce przypadło Donacie, drugie Bernadecie, trzecie Ani 1, czwarte Małgorzacie. Jak wychodziłyśmy nadal było gorąco jak w piekarniku... [M]
12.06.2019 Dwa tygodnie nie było scrabbli, więc – pomimo afrykańskich upałów i piekarnikowego powietrza – pięć klubowiczek dzielnie przybyło na spotkanie. To już nasza podstawowa ekipa; jak ktoś się inny czasem pojawi (do czego zachęcamy) to jest zawsze mile widziany. Tymczasem Beniusia z zapałem streściła przeżycia z ostatniego turnieju w Konojadach, w wyniku którego podniosła sobie ranking, morale i poczucie godności. Po wysłuchaniu naszej dzielnie walczącej członkini PFS przygotowałyśmy salkę oraz napoje ratujące przegrzane organizmy i zaczęłyśmy rozgrywki. Było gorąco, ale irytująco prześmiewcza propozycja Małgorzaty, aby pozdejmować odzienie wierzchnie nie znalazła pozytywnego odzewu, cóż męczyłyśmy się nadal, ale za to w miłym towarzystwie. Temperatura nie sprzyjała szerokokątnemu myśleniu, więc o ile udało się układać sensowne wyrazy i podliczać punkty, o tyle podsumowanie efektów było już trudniejsze. Najpewniej wygrała Donata, bo to już jakby aksjomat, ale która z pań była w dalszej kolejności – nie wiadomo, bo nikomu już się nie chciało liczyć tylko iść pod zimny prysznic. I to by było na tyle. Za tydzień nie gramy, bo nasza Gospodyni wyjeżdża na Bardzo Ważne Święto Rodzinne, więc pozostaje nam czekać do kolejnych wici. Jak zwykle zapraszamy! [M]
08.05.2019 Na nasze spotkania przychodzi zazwyczaj żelazna czwórka lub piątka. Tym razem składała się z Ani1, Beniusi, Donaty i Małgorzaty. Idealny zestaw dla trzech rundek mieszanych. Po omówieniu spraw życiowo ważnych dla zdrowia i urody, zręcznie rozegrałyśmy owe rundki bez złych emocji, aczkolwiek z oczywistą uwagą, aby nie podpaść przeciwnikowi (a raczej przeciwniczce...), a zmyślnie i po przyjacielsku raczej starać się dołożyć. Ponieważ w tle migotała zapowiedż Ligi Mistrzów i kolejnego meczu, starałyśmy się zakończyć „przed świtaniem”, a tak naprawdę o przyzwoitej porze, która pozwoliła na zdążenie na wszystko, co na świecie – oprócz scrabbli – ważne. Wygrała swobodnie Donata, przed Bernadetą, Anią 1 i Małgorzatą – na końcu, aczkolwiek wcale niekoniecznie szarym. Raczej kolorowym, a może tęczowym nawet, a co tam... [M]
24.04.2019 P.S. Uwaga - mała korekta do kroniki - będąc zapewne pod niezwykłym wrażeniem elektronicznego wykładu ViWaldiego umieściłam go w podsumowaniu na miejscu należnym Ani 1. Cóż, widocznie nadmiar wrażeń, punktów i osobowości, a także bezwzględny PESEL dały znać o sobie, czyli popularny SKS. Kochani Koledzy, przepraszam za te zamieszanie, ale w końcu terapia scrabblowa co prawda spowalnia otępienie, ale całkiem przed nim nie chroni.... [M]
10.04.2019 Spotkania scrabblowe to jednak doskonała terapia. Co prawda nie da się rozwiązać wszelkich problemów świata tego za jej pomocą, ale przynajmniej da się na chwilę zapomnieć o tym, co prawdziwie dolega. Tak więc nasze – coraz skromniejsze grono – zdecydowanie docenia walory tych cotygodniowych zmagań umysłowych i póki co, pojawiamy się w miarę regularnie. Przyszło pięć graczek: obie Anie, Bernadeta, Donata i Malgorzata. W kochanym Psychiatryku – cisza, spokój, zapewne wielkopostne zadumki skutecznie wszystkich wyciszyły. Pomimo wiosny zimno jak na lodowcu islandzkim, ale ma to swoje plusy – w naszej salce osobliwy zapach kanalizy został zniwelowany. Beniusia przyniosła - dla poprawienia nastroju i podniesienia poziomu glukozy - pokuśne batoniki w czekoladzie, więc nasze rozgrywki zapowiadały się smakowicie. Tradycyjnie rozegrałyśmy trzy rundki, z wygranymi i przegranymi stosownie do szczęścia w literkach, pomyślunku i stopnia mistrzostwa. Donata wygrywała najczęściej, ale trzeba przyznać, że pozostałe panie nie sprzedają przysłowiowej skory tak łatwo. Bernadeta wspomniała o planowanym wyjeździe do Inowrocławia po walkę o złote (czy raczej kryształowe?) jajo, ale to w zasadzie po świętach. A tymczasem musimy rozważyć ewentualne spotkanie za tydzień na prywatnych kompletach, gdyż nasze aktualne miejsce będzie niedostępne, a poza tym nadciągają wspomniane święta wraz z wizjami niedopieczonych mazurków i pasztetów, jeśli pofolgujemy sobie za bardzo z tym graniem. Tak więc rozstałyśmy się w lekkim zawieszeniu, ale z obietnicą tzw. kontaktu. Zobaczymy. A tak na wszelki wypadek życzymy wszystkim zdrowia, zdrowia, zdrowia.... [M]
20.03.2019 W dniu przesilenia wiosennego spotkałyśmy się w damska piątkę – panowie ostatnio są widocznie bardziej od nas zapracowani. Podążyłyśmy krokiem lekko pół sennym (zwłaszcza Donata) do naszej salki, w której – no niestety! – ostatnio chyba popsuła się wentylacja, gdyż zalatywało osobliwie kanalizą. Cóż, zaraz wiosna, więc uruchomimy otwieralność okienną. Ale zmysły szybko przywykają, tak więc ochoczo rozstawiłyśmy plansze. Z braku oczywistej parzystości dobrałyśmy się inteligentnie: jedna dwójka, jedna trójka, z każdej trójki gracz wygrywający gra następnie z graczem (graczką) zwycięskim w dwójce. Proste jak kuracja przeciw owsikom. Ponieważ grało się w miarę szybko i bezkonfliktowo, udało się nam rozegrać cztery rundki. Tymczasem Ania 2 – porządna podatniczka systemu - z oburzeniem odkryła, że OSPS nie toleruje tak oczywistego słowa jakim jest REGON. A co na to znany i nielubiany Urząd Skarbowy?!? Za to słowo, co do którego największe wątpliwości miała Beniusia, czyli swojska, nasza pospolita GANDZIA – jest dopuszczone (bardziej niż sama gandzia) a jakże, a czemu nie? Zdziwienie Beni dorównywało oburzeniu Ani 2, chociaż na przykład słowo HERA jest dozwolone. Cóż, widać wolimy dragi z wyższej półki, to zrozumiałe. Tak więc mocno nagrane (chociaż nie naćpane), dość późno zakończyłyśmy spotkanie. Większość wygrała oczywiście Donata, ale każda z pozostałych graczek - dla słusznej satysfakcji - zaliczyła po jednej sprawiedliwej wygranej. A tak na marginesie - Liga Mistrzów w Psychiatryku wypadła bardzo dobrze, gratulacje! [M]
13.03.2019 Tym razem – biorąc po uwagę ostatnie kłopoty z frekwencją – było nas mnóstwo, bo aż sześcioro, czyli ABADAM, gdyż pojawił się także Adam. Czekamy na siódemkę scrabbliczną, może kiedyś się jeszcze pojawi? Po pilnych obserwacjach zdecydowanych oznak wiosny przed Psychiatrykiem, czyli śmiało wyrastających krokusów, udaliśmy się do stosownej salki. Po drodze z zainteresowaniem wysłuchaliśmy relacji Donaty, którą odwiedzili wyjątkowi goście i zachwyciliśmy się wyjątkowym podarunkiem. Pozostałe osoby niestety nie miały żadnych konkurujących rewelacji do omówienia (oprócz prozaicznych problemów z realem), tak więc pospiesznie i bez konieczności kombinowania sprawnie połączyliśmy odpowiednie pary do rozgrywek. Trzy rundki przeleciały biegusiem, bez niespodzianek i arcyspokojnie, nadal więc trwamy w pełnym powagi nastroju postnym. Woda i scrabble. Scrabble i woda. Po zakończonych rundkach podsumowaliśmy: wygrała Donata, drugi był Adam, trzecia Bernadeta, czwarta Ania 2, piąta Ania 1. Małgorzata lekko pół smętnie zamykała szóstkę z twardym zamiarem odegrania się kolejnym razem. Pożegnaliśmy się, życząc Donacie pomyślnego dnia kolejnego, gdyż w naszym ulubionym Psychiatryku miały mieć miejsce bardzo ważne wydarzenia na miarę Ligi Mistrzów. Obiecaliśmy trzymać kciuki! [M]
06.03.2019 Ostatnio nasze spotkania nieco się zawiesiły – z rozmaitych powodów: zarówno subiektywnych jak i obiektywnych. W tzw. miedzyczasie wydłużył nam się dzień i skończyła grypa – przynajmniej oficjalnie. Ale nasze scrabbliczne uzależnienie jest nie do wyleczenia, dlatego spotkałyśmy się w piątkę (z inicjałów wychodzi BADAM) z zamiarem odkucia się za owe wydłużone wakacje. Omówiwszy pokrótce ostatnie wydarzenia – osobiste, mniej osobiste i poboczne – przystąpiłyśmy do rozgrywek i udało nam się rozegrać aż cztery miłe rundy mieszane, w których prym wiodły Donata i Ania 1. Było tak spokojnie, że aż podejrzanie, chociaż błoga cisza nie zakłócała przynajmniej koncentracji. Cóż, wszak grałyśmy w tzw. Środę Popielcową... Tak więc w pokorze rozstałyśmy się wdzięcznie do następnego razu, jak zwykle oczekując na wszystkich możliwych chętnych. [M]
06.02.2019 Ponieważ nasz ulubiony Psychiatryk został chwilowo objęty kwarantanną z powodu świńskiej grypy (bardzo po świńsku), umościłyśmy się w gościnnych podwojach Donaty. Oprócz znamienitej Gospodyni pojawiły się jeszcze: Ania 1, Ania 2 i Małgorzata. Pozostali członkowie naszych terapii utknęli gdzieś w pracy, domu, gdziekolwiek. Cóż, przynajmniej było parzyście i mogłyśmy rozegrać trzy rundki - każda z każdą. Szło to całkiem dobrze i sprawnie, scrabble układałyśmy masowo (zwłaszcza Donata!) ciesząc się życzliwie z każdego udanego ruchu. Tymczasem nasze skoncentrowane umysły zajęła nieco sprawa jakiegoś podejrzanego aniołka, przy którym upierała się Ania 2. Ów aniołek (nomen omen barokowy) – jak się okazało (po dociekaniach, googlowaniach, itp.) - jest określany mianem „putto” - o czym mało która z nas wiedziała. To znaczy wiedziała Ania 2, ale jej z tej wiedzy wypadło jedno „t”, a doprawdy żadna z nas nie sądziła, że słowo „puto” może oznaczać taką niebiańską postać. Tak więc nie „puto”, ale „putto” i warto to zapamiętać. Słownik dopuszcza, wikipedia tłumaczy, amen. A „puto” zostawmy na nerwowe sytuacje, np. na mecze ligi hiszpańskiej. Bardzo się przyda. Nasze sympatyczne rozgrywki zakończyłyśmy w miarę wcześnie i z całkiem dobrymi wynikami. Oczywiście najlepsza była Donata, cóż musiałyśmy się mieć na baczności, gdyż – skądinąd przeuroczy Pan Tata – uprzedził nas, że będzie mu bardzo przykro jeśli jego dziecko przegra. Co zresztą jest niemożliwe na dłuższą metę, ale jeśli kiedyś kronika poda inaczej, to znaczy, że naprawdę trzeba zostać na oddziale, bo coś jest nie tak... [M]
30.01.2019 Po rehabilitacjach sanatoryjnych (Ania 2) i domowych (pozostali) spotkaliśmy się bez większych przeszkód w gronie pięcioosobowym – same panie, w tym wytęskniona Bernadeta. Początek spotkania był osobliwy i bardziej przypominał bydgoski frymark niż cokolwiek innego, ale sprawy biznesowo-handlowe załatwiłyśmy w miarę błyskawicznie i o umówionej godzinie rozstawiłyśmy plansze. Grałyśmy już obłaskawionym systemem: jedna para, jedna trójka, zmieniając składy stosownie do uzyskiwanych wyników. Generalnie poziom był wyrównany, a w ostatniej rundzie nastąpiło starcie gigantów, czyli Beniusi z Donatą – z ostateczną wygraną Donaty. Panie z dużą kulturą prowadziły zarówno rozgrywki jak i dialogi poboczne na tematy obyczajowe, modowe i zdrowotne. Dużo przyjemności, pozytywnego nastawienia i uprzejmej rywalizacji. Bardzo miło. Jak wychodziłyśmy leciutko śnieżyło, więc w urokach romantycznej zimy rozeszłyśmy się do stałych miejsc pobytu. [M]
16.01.2019 Trochę było zamieszania z naszym spotkaniem, ale ostatecznie udało się połowicznie. Beniusia niestety nie przybyła, gdyż sprawy osobiste się nieco pogmatwały, więc PFS dzielnie była reprezentowana przez ViWaldiego. Koleżanka Ani 1 też miała inne pilne sprawy – cierpliwie poczekamy, może się kiedyś zjawi. Dotarły jeszcze Donata i Małgorzata i w takim oto składzie – mocno rozrywkowym – podążyliśmy do salki terapeutycznej. Roz(g)rywki były proste – każdy zagrał z każdym, a ile się działo! Donata z ViWaldim prowadzili między sobą normalnie igrzyska śmierci (chociaż z taką dozą czarnego - oraz innych kolorów - humoru, że nie powstydziliby się tego nawet twórcy Monthy Pythona). Pozostawaliśmy na łączach z Anią 2, która – jak się okazuje - niezwykle interesująco spędza czas w sanatorium (przesłała nam nawet foto w towarzystwie Trzech Króli...), a także z Bernadetą, za którą tak tęsknimy, że mieliśmy ochotę uściskać foty z jej podobizną na smartfonie ViWaldiego. Tymczasem presja konieczności pokonania przeciwnika była rozmaicie rozłożona: podstępne zagajenia - mające na celu rozproszenie umysłowe współgracza na przemian z wyrazami uznania i pochwały – dawały efekty w postaci rozważań o doznanych zawodach miłosnych, kolejnej wojnie światowej czy potrzebie pilnego leczenia psychiatrycznego. A to właściwie mielibyśmy na poczekaniu – taka sytuacja. Po trzech rundach igrzysk, które w zasadzie wygrała Donata, rozstaliśmy się w dobrych humorach i ze zdrową ochotą na następną rundę za tydzień. Zapraszamy chętnych! [M]
09.01.2019 Nie tyle zawieje i zamiecie, ale raczej podstepne wirusy i przypadki losowe zdziesiątkowały nasze szeregi chętnych do dwóch osób. W zaistniałych okolicznościach Małgorzata skorzystała z uprzejmego zaproszenia Donaty i obie panie spotkały się przy orientalnych herbatkach, międzynarodowych orzeszkach i burzliwych tele-informacjach. Towarzystwo postronne stanowili: Pan Tata Donaty (króciutko), Pan Mąż (bezszelestnie i ze zrozumieniem dla wagi spotkania) i momentami nadaktywny piesio. Panie rozegrały w serdecznej atmosferze trzy pokojowe rundy, w których dwa razy wygrała Donata (co jest oczywiste), a raz Małgorzata (już nie tak oczywiste). Na zakończenie przemiłego spotkania odbyła się prezentacja świątecznego swetra Pana Męża – robi wrażenie! [M]
02.01.2019 Pierwsze spotkanie w jakże bardzo nowym roku odbyło się bez specjalnych perturbacji, chociaż pogoda zewnętrzna była zniechęcająca do wyjścia i tym samym przyjścia. Zapewne dlatego Benia z Vi-Valdim zaszyli się w domowych pieleszach i nie dali znaku „co tam zaś ale” się dzieje. Przyszło nas pięcioro, więc gra była toczona sprawdzonym już systemem – jedna dwójka, jedna trójka – konfiguracje zmienne. Zmagaliśmy się cicho i grzecznie, gdyż pacjenci (po sąsiedzku) też byli cisi i grzeczni – taka specyfika reakcji posylwestrowej. Chociaż w przerwach od myślenia strategicznego staraliśmy się wcielać w role detektywów i prowadziliśmy spekulacyjne dociekania któż to się kryje za tajemniczymi wpisami na forum, sygnowanymi nieznanymi nam symbolami czy też „ksywkami”. Typowane były osoby bardziej i mniej znane, afery wprawdzie nie było, ale ekscytacja ową tajemniczością tak i owszem. Może owe enigmatyczne indywidua zechcą się ujawnić i dokonać swoistego „kamingałtu”? Cóż jeśli nie, to nadal – niemalże jak pensjonariusze z domu opieki – będziemy mieć o czym rozprawiać w antraktach, w ramach oddechu od liczenia punktów. Nasze rozgrywki były zróżnicowane pod względem wygranych. Dominowała oczywiście Donata (która na użytek scrabbliczny powinna mieć przydomek Dominata), Adam był ciut za nią (Dominadam), Anie i Małgorzata – bez spiny. W podsumowaniu Ania 2 z dumą oświadczyła, że wybiera się na regenerację do Ina i jakiś czas będzie z nami tylko duchem. A gdzie podziali się inni?.... Pozdrawiamy wszystkich – aktywnych i nieaktywnych – fajnego Nowego Roku życzymy życzliwie! [M]
12.12.2018 Na ostatnie nasze scrabblowe spotkanie w tym roku przyszło nas pięcioro – cztery panie (Ania 1, Ania 2, Donata, Małgorzata) i ozdobnik męski w postaci Adama. W Psychiatryku o zbliżających się świętach przypominały wszędobylskie ręcznie wykonane ozdoby (w tym super choinka z gałązek brzozowych pociętych w różne długości – cudo!) i sielska przedszkolna atmosfera. Ąż się chciało zostać na dłużej.... , cóż, może kiedyś, jak nam rzeczywistość dopiecze do żywego. Tymczasem rozmościliśmy się w salce terapeutycznej i przystąpiliśmy do uczciwych rozgrywek systemem: jedna para, jedna trójka. Bez tzw. forów i skrupułów, ale z miażdżącą determinacją. Wspomnieliśmy z nostalgią i sympatią niektórych naszych kolegów, co kiedyś bywali systematycznie obecni, a teraz są systematycznie nieobecni. W antraktach oraz podczas sprawdzania znaczeń - oraz w ogóle występowania - rozmaitych dziwnych i cudacznie brzmiących słów rozważaliśmy możliwości upieczenia świątecznego tortu makowego. Nawet zwykle zdystansowany Adam wyraził zainteresowanie. Rozegraliśmy cztery rundy mieszane, w których głównie wygrywała Donata. Adam musiał się nieco odkuć po dłuższej nieobecności, więc także dzielnie i skutecznie walczył. Każdy zresztą dawał z siebie wszystko, ale (według jednej z teorii) osobliwie złośliwe elfy woreczkowe miały – jak zwykle - swoich ulubieńców. W efekcie całość wygrała Donata przed Adamem, Małgorzatą i Aniami. Po gorących i serdecznych życzeniach świąteczno-noworocznych rozstaliśmy się, niechętnie podążając do obowiazków domowych. Wszystkim graczom - byłym, obecnym i przyszłym – życzymy wspaniałych Świąt, radości z bycia ze sobą w rodzinach, a także jak najlepszych możliwości rozwijania swoich ulubionych pasji – do zobaczenia w Nowym Roku! [M]
05.12.2018 Tym razem do Psychiatryka na terapię scrabblową przyszło pięć pań, co – jako oczywista nieparzystość - już przestało być kłopotliwe, gdyż w takiej sytuacji rozgrywki prowadzimy w systemie: 1 para i 1 trójka. Sprawdza się dobrze, nie umniejsza rywalizacji, a bywa czasem trudniej. Zmiany są częste i w ten sposób każdy ma szansę pograć w każdej konfiguracji. Takie osobliwe prawo i sprawiedliwośc zarazem, czyli bardzo na czasie. Ponieważ grałyśmy w wigilię święta mikołajkowego, Ania 2 – jako sympatyczny Mikołaj rozdała czekoladowe kulki i czekoladki, co znakomicie podniosłom poziom fenyloetyloaminy a więc i szczęścia jednocześnie. Bardzo szczęśliwe rozegrałyśmy więc kilka mieszanych rundek, w antraktach rozprawiając o doczesnych pilnych kwestiach (nadciągają święta...). Wygrała Donata, Bernadeta była tuż za nią, a dalej pozostałe panie, jakoś podobnie. Pozbierałyśmy się w sobie, obie Anie popędziły gonić uciekające autobusy, a reszta (ogarnąwszy salke) także udała się do swoich domowych zadań. Do zobaczenia za tydzień – to chyba będzie nasze ostatnie spotkanie w tym roku... [M]
28.11.2018 Zgodnie z deklaracją na spotkanie przyszły cztery panie: Ania 1, Ania 2, Bernadeta i Donata. Małgorzatę wywiało chwilowo gdzieś w UE, a Adam najpewniej zaszył się w swoim raju i na razie się nie objawia. Panie bezkonfliktowo rozegrały trzy bezbolesne rundy i następnie usiłowały podliczyć, która w zasadzie wygrała. I tak np. Ania 2 wygrala z Beniusią, ale w podsumowaniu Beniusia zwycięzyła w małych punktach. I to była w zasadzie kluczowa informacja, tym bardziej, że Bernadeta pilnie ćwiczy i przygotowuje się do kolejnych turniejów, w których zamierza stopniowo pokonywać każdego. I tego serdecznie życzymy. Zakończywszy umiarkowane boje dziewczyny zebrały się w sobie i oddaliły w mroźne przestrzenie zdecydowanie mrocznej już Bydgoszczy. Oby do Świąt... [M]
21.11.2018 Zrobiło się zimno, więc tym chętniej oddajemy się doskonaleniu umiejętności w szlachetnej rywalizacji scrabblowej. Do przytulnego Psychiatryka przybyło pięć zainteresowanych graczek, nie bacząc na przeszkody meteorologiczne. Po krótkiej sesji pokazu odlotowych zdjęć z Hong Kongu rozstawiłyśmy dwie plansze i zaplanowałyśmy rozgrywki systemem mieszanym: przy jednym stoliku para, przy drugim trójka – oczywiście ze stosownymi zmianami osobowymi. Jest to interesująca odmiana, gdyż w przypadku rozgrywki we troje zawodnicy mają co prawda mniej ruchów, ale też i mniej szans na dobre litery, a tym bardziej blanki – co jest swoistym wyzwaniem i o to przecież chodzi. Grałyśmy w wyjątkowym skupieniu, a poziom niezbędnego cukru we krwi regulowała nam wyśmienita chałwa, którą Donata przemyciła z Ukrainy – miodzio! Beniusia skrupulatnie sprawdzała wszelkie podejrzane i niepodejrzane słowa i tu dużą niespodzianką było odkrycie, że w naszym ulubionym OSPP nie zarejestrowano słowa „szlama”, które jakże jest popularne, a zwłaszcza w literaturze (patrz „Harry Potter” - wszystkie tomy). Trudno, Donata musiała słowo zdjać, ale i tak wygrała. Rozegrałyśmy trzy rundki i pewnie grałybyśmy dalej, lecz obie Anie musiały zdążyć na konkretny autobus, aby potem nie błąkać się (lub szlajać) w porannych godzinach po Bydgoszczy. Z wstępnych obliczeń nic nie wynikło, oprócz faktu, że chyba wygrała Donata, przed Bernadetą. Pozostała trójka upchała się dzielnie na pudle – na trzecim właśnie miejscu, jak miło. Anie ruszyły sprintem na przystanek, a Benia, Donata i Małgorzata dostojnie ogarnęły salkę i także udały się w kierunkach zgodnych z domowym azymutem topograficznym. [M]
07.11.2018 Na nasze zwyczajowe spotkanie przyszło pięć sztuk pań. W związku kłopotliwą nieparzystością kreatywna Bernadeta zaproponowała grę w trójkę - przy jednej planszy. Czyli przy jednym stoliku zmagała się tradycyjna dwójka, a przy drugim nowatorska trójka. Zasady te same, tempo podobne. Ta innowacja – wprowadzona ad hoc – spowodowała, że – jak zauważyła Ania 2 – poczułyśmy się jak na turnieju. Rozegrałyśmy ileś tam gier w wielokrotnych zmianach i ze zmiennym szczęściem. Każda z nas miała okazję przegrać i wygrać. Tak to nas pochłonęło, że na poboczne tematy (rodzina, polityka, seks, obłęd, itp.) nie było czasu. Znakomite krówki w czekoladzie – przywiezione przez Donatę z zagranicznej Ukrainy – pomagały w ustabilizowaniu poziomu glukozy w organizmach, tym bardziej, że z korytarza dochodziły smakowite zapachy szykowanej na oddziale wieczerzy. Wyjatkowa rotacja nie sprzyjała podliczaniom i w efekcie tylko z mniemanych domysłów można sądzić, że generalnie zwyciężyła Beniusia lub Donata, a pozostałe panie jakoś wypadły podobnie, czyli „łeb w łeb”. Pełna satysfakcja: spotkanie jak zwykle udane, mile i bez nieporozumień. Czyli dokładnie odwrotnie niż czasami w realu pospolitym. Czekamy za tydzień. [M]
24.10.2018 Po dłuższej przerwie (w czasie której Donata zażywała sanatoryjnych uciech, Małgorzata usiłowała złapać oddech w odleglejszym kraju, a pozostali gracze spotykali się w domowych pieleszach) na spotkanie przyszło pięć pełnych zapału pań. Czas rozgrywek był z założenia nieco ograniczony, albowiem tzw. czynniki obiektywne i niezależne obligowały Donatę do szybszego powrotu do domu. Poza tym zapadający w tempie jednostajnie przyspieszonym mrok powodował równie przyspieszone wydzielanie melatoniny, co nie wróży nigdy dobrze koncentracji. Niemniej dwie rundy – z Bernadetą w roli parzystego gracza (z alter ego Waldemara) przebiegły w miarę dobrze z całkiem przyzwoitymi wynikami. (W podnoszeniu poziomu cukru pomagały biszkopciki, które pozostały w ramach zapasów na czarną godzinę). Szacun dla Beniusi, która przy tego typu treningu ani chybi wkrótce awansuje w rankingach turniejowych – czego jej oczywiście życzymy serdecznie. W miarę wyrównane spotkanie jednak wygrała Donata, druga była Ania 1, dalej Bernadeta, Ania 2 i Małgorzata. Za tydzień nie pogramy, gdyż większość wyjeżdża przed świętem zadusznym, natomiast po przewidywanych hucznych patriotycznych nawalankach być może tak. Zależy od tego jak dalece wyskokowo będziemy świętować... [M]
03.10.2018 Spotkanie na kompletach scrabblowych odbyło się u Ani 1, w ciepłej domowej atmosferze, przy smakowitej angielskiej herbacie i słodkich przekąskach. Do bojów planszowych przystąpiły cztery panie – Ania 1, Ania 2, Bernadeta i Małgorzata. Mąż Ani 1 – najprawdopodobniej spłoszony perspektywą dzielenia pomieszczeń z wieloma kobietami – dyplomatycznie umknął do sobie tylko znanych zadań – najpewniej bardzo męskich. Przed zaspokojeniem podstawowej potrzeby nagrania się w naszą ulubioną grę, Beniusia pochwaliła się sukcesami osiągniętymi na oststnim turnieju w Kołobrzegu. Otrzymała bowiem nagrodę za słowo zwiazane z tym miastem (RYBITWY) oraz jeszcze kilka innych (nagród lub słów – w każdym razie dużo wszystkiego!), więc wrociła do Bydgoszczy w chwale i sławie co najmniej. Pogratulowałyśmy Bernadecie serdecznie i bez zawiści, a z podziwem, po czym przystąpiłyśmy do rozgrywek w stosownych parach. Jak zwykle rozegrałyśmy trzy rundy, wspominając od czasu do czasu naszych chwilowo (mamy nadzieję) nieobecnych – z rozmaitych powodów – kolegów i koleżanki. Sympatyczne rozgrywki wygrała – ciagle w znakomitej formie – Bernadeta, przed Malgorzatą, Anią 1 i Anią 2. Pożegnałyśmy się pogodnie, ustalając, że coś na pewno ustalimy później. W kwestii spotkań rzecz jasna. I to by było na tyle. [M]
19.09.2018 Tym razem przybyło nas sześcioro – jak w podstawowym składzie kurnikowym: 5 + 1. Ponieważ Donata zaplanowała nieco dłuższą regenerację ciała, duszy i umysłu, było to chwilowo ostatnie spotkanie w Psychiatryku (zanim nasza Liderka wróci z jasnym umysłem, rozświetloną duszą i zreperowaną np. obręczą barkową). Po krótkich relacjach Małgorzaty z egzotycznego urlopu przystąpiliśmy do rozgrywek w parach stosownie parzystych. Gra przebiegała szybko i sprawnie, a trzy rundki przeleciały jak wizyta prezydenta u Wuja Sama. Adam zabłysnął wiedzą botaniczną stawiając słowo „HIKOR“ (od „hikora“), a Donata przypieczętowała swoje ostatnie zwycięstwo dobitnym screabblem „NASRAMY“. (Cóż, chętnie, zwłaszcza na niektóre realia.) W podsumowaniu wybitne miejsca na tzw. „pudle“ przypadły w kolejności - Donacie, Adamowi i Beniusi. Małgorzata, Ania 2 i Ania 1 zajęły pudło mniejsze. Na pożegnanie uściskaliśmy serdecznie naszą Liderkę i życząc jej udanej wyprawy regeneracyjnej rozeszliśmy się – niestety już po „ciemaku“ do domów. [M]
12.09.2018 Spotkanie czwórki najwytrwalszych scrabblowiczek (obie Anie, Bernadeta i Donata) odbyło się w interesującej atmosferze orientalnego smrodku. A wszystko za sprawą Donaty, która przyniosła egzotyczny poczęstunek w postaci cukierków z owocem o nazwie „durian“ (otrzymanych od starszej latorośli), a który to durny durian ma to do siebie, że po prostu obrzydliwie capi, czyli cuchnie. Na ów intrygujący poczęstunek pozytywnie i otwarcie zareagowała Ania 2: cukierka zjadła i przyswoiła. Dalej było już po prostu zwyczajnie, żeby nie rzec: pospolicie i bez sensacji. Całość terapeutycznego i smrodliwego turniejku wygrała Donata przed Bernadetą, Anią 2 i Anią 1. Ci, którzy nie spróbowali cukierków mają jeszcze szanse – ponoć kilka zostało… [M]
29.08.2018 Na nasze tradycyjnie terapeutyczne spotkanie przyszło pięć zdeterminowanych pań: obie Anie, Bernadeta, Donata i Małgorzata. Bernadeta zdała pogodną relację z poznańskiego turnieju, tłumacząc zawiłości rankingowe i co z tego wynika. Donata z kolei poinformowała o radosnym fakcie przyznania jej sanatorium (w dość jeszcze dogodnym terminie), tak więc w czasie nieobecności naszej Liderki będziemy grać chyba na domowych kompletach. Zobaczymy jak to się pouklada. Tymczasem coraz częściej zdarza się nam nieparzystość i chyba zaczynamy rozwijać specjalizację w grze na dwie plansze. W zasadzie panowie mają już to opanowane, ostatnio aktywizują się mocno panie – na razie Bernadeta i Donata, ale pozostałe także nie mogą się doczekać. Ani chybi będziemy wkrótce tylko tak pogrywać. Rozegrałyśmy trzy rundy dobierając się „ad hoc” - troche po przyjacielsku, trochę spontanicznie, a później na zasadzie: „no kto jeszcze z kim nie grał?”. Bardzo to skomplikowało próbę podliczenia ostatecznych punktów i ustalenia końcowej kwalifikacji, ale w końcu z pomocą podręcznych liczydełek udało się. Spotkanie wygrała Donata, przed Bernadetą – zreszta obie panie dzielnie się spisały w podwójnych rolach. Trzecia była Ania 2, następnie Małgorzata i Ania 1 (chociaż Ania 1 miała więcej małych punktów od Małgorzaty, ale Małgorzata raz wygrała- taka osobliwa jurysdykcja). Było spokojnie i beztrosko, z towarzyszeniem zaśpiewów dochodzących z oddziałowego korytarza. Bardzo fajne miejsce, naprawdę. Rozstałyśmy się już – niestety – w pełnym zmroku. Czas leci... [M]
22.08.2018 Tym razem z ochotą przybyło nas sześcioro. (Podobno Wilk Morski się zastanawiał, ale nie chciał psuć parzystości, więc wypuścil Beniusię solo). Za męskiego ozdobnika „robił” więc tylko Adam. Bernadeta z zapałem zamierzała przygotowywać formę do wyjazdu scrabblowego na turniej w Poznaniu, zaznaczając jednakże, że najlepsze – imprezowo! - są Konojady i Piasutno. Tak więc mamy o czym myśleć, jeśli chcemy udać się na dobrą zabawę z odrobiną pomyślunku. W czasie gdy Małgorzata „rozkminiała” tablet z rozstawieniami, Ania 1 rozłożyła plansze, Donata zapewniła popitkę, Ania 2 ogarniała woreczki, Benia ślicznie się usmiechała, a Adam ze swojej wysokości pełnił dozór oglądowy. Graliśmy beztrosko i dość gwarnie, chyba ze względu na aurę i otoczenie. Uprzejmościom i zachwytom nad ruchami własnymi oraz przeciwnika nie było końca (chociaż Ania 2 nazwała „bezczelnością” fakt, że słowo, które postawiła nie znalazło się w OSPS – ha!). Generalnie – bardzo kulturalne spotkanie z kulturalna ekipą. (Chyba zaczniemy rozmawiać po francusku i zagryzać szampan kawiorem, a co tam). Każdy zaliczył przynajmniej jedno zwycięstwo, ale – jak to bywa – mistrzowie zwyciężali częściej. Trzyrundowe spotkanie zakończyło się zwycięstwem Donaty przed Adamem i Małgorzatą. O dalszej kolejności zdecydowały małe punkty: Ania 1, Beniusia i Ania 2. Odnotowaliśmy z nostalgią, że już jest nieco ciemniej za oknem jak kończymy spotkanie, cóż, zbliżamy się do końca lata i upałów. Czekamy na jakieś pozytywne sygnały od Łucji i Krzysia oraz Asi i Darka. Oby nie za długo. [M]
08.08.2018 Tym razem nie wystraszyliśmy się upału (tak jak w poprzednim tygodniu) i przez gęste tropikalne powietrze uparcie brnęliśmy, aby dotrzec na terapię scrabbliczną. Dobrnęliśmy w liczbie sześciorga uczestników – 5 pań i 1 Adam. Na wstępie – jak zwykle – wymienione zostały uwagi na tematy dotyczące ostatnich doświadczeń osobistych i społecznych. Następnie Beniusia z radością oznajmiła o zamiarze uczestnictwa – wraz z Wilkiem Morskim – w turnieju w Rumii (za tydzień) i zobligowała nas do kibicowania w postaci np. trzymania kciuków, wysyłania pozytywnych fal, składania modłów, itp. Obiecaliśmy emocjonalne silne wsparcie, po czym przygotowaliśmy salkę do gry. Po pierwszej rundzie wszyscy lepili się od potu, ale wytrwale rozegraliśmy jeszcze dwie. A co tam! Szło rozmaicie – przegrzane głowy pracowały na zmniejszonych obrotach. Ponieważ było duszno, to zupełnie naturalnie i z wdziękiem Bernadeta położyła na planszy pasujące „porno” - bardzo adekwatnie i zgodnie z OSPS. Z kolei słowo „fugas” - zaproponowane przez Donatę - szalenie zachwyciło Małgorzatę, chociaż okazało się, że nie oznacza tego, co mogłoby oznaczać, tylko kompletnie coś innego. Taka „chitra” zmyłka, ale do zapamiętania. Jak już spociliśmy się na dobre i poprzyklejaliśmy do ciuchów i krzeseł, to postanowiliśmy skończyć imprezę. Spotkanie zamknęło zwycięstwo Donaty, która nagromadziła ponad 1240 pkt, druga była Małgorzata, trzecia Ania 2. Dalej ustawili się: Adam, Bernadeta i Ania 1. Pożegnaliśmy się jeszcze przytomnie, zwracając uwagę na to, że za tydzień się nie widzimy, bo święto, bo urlopy, bo coś tam jeszcze. Czyli do zobaczenia kiedyś tam. Beni i ViWaldiemu życzymy powodzenia w Rumii! [M]
25.07.2018 Na kolejne planowe zajęcia scrabbliczne dotarło sześcioro zapaleńców klubowych, którzy - nie bacząc na lejący się skwar z nieba - pozostanowili dzielnie stanąć w towarzysko-bojowe szranki. Parzystość uczestników tylko ułatwiła dobranie się z pary łatwozmienne i rozegrano trzy przyjemne rundy, w których każdemu przynajmniej raz udało się wygrać, a Donata wygrała w sumie wszystko. Najprawdopodobniej było jak zwykle niezwykle miło, a kolejność w podumowaniu była jak następuje: pierwsze miejsce zdobyła Donata, drugie przypadło ViWaldiemu, czyli Wilkowi Morskiemu, trzecie Adamowi. Kolejne były panie: Ania 1, Bernadeta i Ania 2. Nastąpiły tradycyjne uściski dłoni, życzenia miłych kolejnych dni i ponownego szybkiego spotkania. Czekamy na wszystkich chętnych. (Z powodu braku na zajęciach nominowanego scryby kronika została sporządzona na bazie szyfrogramu sporządzonego i przesłanego przez Donatę. Ewentualne błędy i wypaczenia mogą być wynikiem obniżonego poziomu percepcji z powodu np. upału, nietrzeźwości, trzeźwości, nadgorliwości, itp.) [M]
18.07.2018 Miało być parzyście, a było w końcu nieparzyście – do kojącego Psychiatryka przybyła na spotkanie wdzięczna siódemka klubowiczów: 5 pań i dwóch panów. (Tym razem nowa sukienka Donaty wzbudziła niekłamany, szczery zachwyt!).Beniusia z Vi-Waldim opowiedzieli o sukcesach turniejowych w Gdańsku, z którego wrócili z bagażem nagród (m.in. za najdroższe słowo - „bagażami”), a Waldemar otrzymał tytuł Wilka Morskiego za wyjątkowy przeskok w kwalifikacji. Po słowach uznania i gratulacjach rozstawiliśmy plansze i podjęliśmy rozgrywki w parach - nasz świeżo nominowany Wilk Morski na dwie plansze. Gra przebiegała spokojnie, bez niespodzianek i natarczywych telefonów. Trzy rundy przeleciały zaskakująco szybko i trzeba było podsumować rezultaty. Wilk Morski był tym razem niepokonany – nawet w podwójnej obsadzie, wygrał bezapelacyjnie i bezczelnie wszystko. Za nim były: Donata, Bernadeta, Małgorzata, Adam i obie Anie. Uporządkowaliśmy nasze zabawki, pożegnaliśmy się miło i rozeszliśmy w odpowiednich kierunkach, aby wrócić do bardziej kłopotliwego realu. Do zobaczenia niebawem. [M]
04.07.2018 W przerwie między mundialowymi meczami (jak tu żyć bez meczów??) wpadliśmy – lub raczej wpadłyśmy (same panie, sztuk sześć) – sobie pograć w nasze kochane scrabble, aby chociażby w ten sposób zaspokoić potrzeby rywalizacyjne, emocjonalne i towarzyskie. Asia wzbudziła nasze najwyższe uznanie informacją o wygraniu (wraz z Darkiem) kolejnego konkursu, gdzie nagrodą jest super wyjazd w fajne miejsce. Z całą pewnością organizatorzy wszelkich konkursow powinni mieć się na baczności, gdyż nasi koledzy klubowi naprawdę potrafią wszystko wygrać – nie tylko partię w scrabble. Po tym pełnym optymizmu wstępie rozstawiłyśmy wszystkie scrabbliczne akcesoria i podjęłyśmy rozgrywki w umiarkowanej powadze i skupieniu. Za ścianą toczyły się rozmowy w języku angielskim, co dodawało smaczku atmosferze, tymczasem panie dzielnie ustawiały osobliwe słowa na planszy, które – o dziwo! - przeważnie były dopuszczalne. Po dwóch rundach oficjalnych zwyciężyła Beniusia, która była w wyjątkowej formie, przed Małgorzatą i Asią. Kolejne były Ania 1, Donata i Ania 2. Asia pognała do domu, a pozostałe klubowiczki zagrały jeszcze raz – Donata dzielnie na dwie plansze. Rozstałyśmy się w pełnym – jeszcze – świetle dziennym i pogodnie, życząc sobie miłych różnych rzeczy, ustalając – jak zwykle – że będziemy się aktywnie informować na forum. Życzymy udanego wyjazdu Asi i Darkowi – wracajcie pełni wrażeń! [M]
20.06.2018 W przewach pomiędzy kibicowaniem sportowym zmaganiom na rangę światową wpadliśmy - mimochodem prawie - na nasze własne, te przjacielsko- terapeutyczne w niezwodnym Psychiatryku. Mundial mundialem, ale scrabble ponad wszystko, amen. Tym bardziej, że nie musimy wychodzić z żadnej grupy, co najwyżej od czasu do czasu na zoptymalizowanie układu fizjologicznego. Przybyło nas sześcioro – w tym jeden tradycyjnie pojmowany mężczyzna – Krzysiu. Donata przyniosła plastikową sukienkę niezwykłej urody, która jednakże w swych rozmiarach nie pasowała nawet na wspomnianego Krzysia, więc musiała zostać przekazana dalej, trudno. Po przymiarkach i zakończeniu modowych rozterkowych rozważań ustawiliśmy plansze i pozostałe akcesoria. Dobraliśmy się szybko w uprzejme pary i rozpoczęliśmy tradycyjne rozgrywki. Presja czasowa była duża, ponieważ niektórzy (czyt. Małgorzata) bardzo chcieli koniecznie zdążyć – chociażby - na drugą połowę (nie mylić z połówką). Trzy rundy przeleciały jak francuski airbus, przy czym totalnym Dżyngis Chanem tego spotkania okazał się gromiciel Krzysiu, który zgromadził ponad 1400 pkt i przejechał po swoich przeciwniczkach jak radziecki czołg pod Studziankami. Za Krzysiem uplasowała się Donata, trzecia była Beniusia, czwarta Małgorzata, a dalej Ania 1 i Ania 2. Małgorzata wystartowała jak z bloków przed finałowym sprintem, pozostali z godnością opuścili gościnne mury. Za tydzień – mamy nadzieję – kolejne spotkanie. [M]
13.06.2018 Po ubiegłotygodniowym antrakcie, wypełnionym zrownoważona dawką rozmaitych innych imprez – kulturalnych, tanecznych i internacjonalnych – z ochotą przybyliśmy na kolejne spotkanie. Pojawił się dawno nie widziany Krzyś, który korzystając z chwilowego urlopu od ojcowskich obowiązków uatrakcyjnił terapię wprowadzając miłą dawkę testosteronu do damskiego grona (6 pań i jeden Krzysiu). Tymczasem Beniusia pokazała filmik z imprezy scrabblowej w Piasutnie, gdzie nasz klubowy ViWaldi oddawał się w pełni uciechom doczesnym, wdzięcznie kołysząc biodrami w rytm disco-polo. Cóż, musimy chyba zmienić formę naszych spotkań, aby Waldemar częściej przychodził. Po projekcji i wyrażeniu stosownych zachwytów nad talentami naszych członków PFS, rozpoczęlismy grę w parach. Po czterech ruchach wpadła zadyszana Asia, więc szybciutko zadecydowaliśmy o wspólnej Belgijce (z mocnym postanowieniem dokończenia rozgrywek parzystych później). Losownikiem i Strażnikiem Czasu została Asia i szło jej nadzwyczaj dobrze. Układaliśmy słowa inteligentne, przyzwoite i czasem osobliwe. Donata pięknie rozpoczęła siejskim „SIEJB|” - pięknie, jakże swojsko i nostalgicznie. „HENRZE” - wymyślone przez Krzysia (?), a może Anię 2 (?) było zaskakująco mądre i groźno brzmiące. Jak zwykle kwestia odmiany słowa „FAŁ” była bezsporna, chociaż żeglarskie dosadne powiedzonko: „tylko pała puszcza fała” zawsze potrafi zmylić, niestety. Udało się postawić scrabbla „NYLON[I]E”; na inne – choć przewijające się przez stojak – nie było miejsca. W środku rozgrywki zadzwoniła mała Natalka z ważną informacją o pomyślnym zrobieniu siku do poważnej toalety – bez asysty mamy, co zostało przyjęte z oczywistym entuzjazmem, bo wszak wszyscy odchowaliśmy (lub odchowujemy) jakieś latorośle i wiemy, co w życiu istotne. Pozytywnie wzmocnieni dokończyliśmy grę z jedną tylko wymianą literek. Belgijka zakończyła się zwycięstwem Krzysia, przed Asią i Donatą. Kolejne były: Bernadeta, Małgorzata i Anusie obie. Asia pobiegła do dzielnej córeczki, a reszta dokończyła grę w parach. Przed wyjściem panie omówiły jeszcze możliwość zagospodarowania osobliwej sukienki Donaty (są chętne!), po czym rozstaliśmy się pogodnie. Jak to będzie z graniem przez najbliższy miesiąc to się okaże, bo wszak teraz naszym życiem zaczyna rządzić Mundial... [M]
30.05.2018 Po chwilowej przerwie w naszych cyklicznych spotkaniach byliśmy już tak solidnie zmotywowani do podjęcia - jak najprędzej! – rozgrywek, że pomimo afrykańskiego upału i dojmującej chęci wskoczenia do basenu lub wyskoczenia na zimne napoje (a jakże – wyskokowe!) przybyliśmy gromadnie na terapię scrabblową. Aż ośmioro „zusammen“, piękna parzystość. Po radosnych powitaniach i krotochwilnych pogwarkach na tematy ważne (jak np. nowa, plastikowa sukienka Donaty) oraz przyziemniejsze (niedobór pałek kurzęcych dla ViWaldiego w KFC), rozstawiliśmy rozgrywki i przyzwoitą popitkę. Darek przekazał nam również znak pokoju od Jarka – szachisty, który w tym sezonie z nami nie gra, gdyż całkowicie utknął na szachownicy i ma nadzieję zostać Kasparowem z Bydgoszczu. Graliśmy tak spokojnie, że mantryczna i tradycyjna uwaga Waldemara: - Ale nie rozmawiamy! – była doprawdy li tylko nawiązaniem do tradycji. Po dwóch kulturalnych rundach formalna kolejność była jak następuje: pierwsza Bernadeta, dalej Małgorzata, Donata, Adam, ViWaldi oraz pozostałe dzielne osoby, czyli Darek i obie Anie. (Darek powinien był wygrać z Małgorzatą, ale „wciepał“ się niezręcznie a ryzykownie i został „wyciepany“…). Trzecią rundkę – już bez Darka, który popędził do Natalki – rozegraliśmy z Beniusią w podwójnej roli – Beniusia znów swoje wygrała i promieniała oczywistą radością. Jakże pięknie dzień nam się skończył! Za tydzień słuchamy w środę arii operowych na Młyńskiej, więc zaglądajmy na forum w celu doinformowania. Z pewnością będą jakieś ponure szczegóły. /M/
21.03.2018 Na powitanie pierwszego dnia wiosny w scrabblicznym gronie przybyło nas siedmioro. Początek spotkania był nietypowy – najpierw sesja zdjęciowa z krokusami dzielnie przebijającymi się przez podmarzłą darń, a następnie – wymiana przepisów na niezwykłe i zawsze udające się wypieki świąteczne i całoroczne. Kulturalny Adam, wykazując umiarkowane oznaki tolerancji, cierpliwie oczekiwał na normalną terapię, tymczasem Donata zapowiedziała, że do naszego grona dołączy pan Jerzy. To rozwiązało kwestię parzystości, ale także dobieralności. Połączyliśmy się w pary spontanicznie i mało profesjonalnie, ale wdzięcznie i bez pretensji (w salce z kredkami i innymi materiałami do ZPT). Pierwszą rundę z naszym sympatycznym gościem rozegrała Małgorzata, kolejną Donata – obie panie wykazały się talentem pedagogicznym i serdecznie pomagały swojemu przeciwnikowi zdobyć satysfakcjonującą ilość punktów – chyba się udało. Pozostali klubowicze rozgrywali swoje partie z pazurem, acz przypiłowanym. Rozgrany i rozgrzany Adam próbował podebrać płytki z sąsiedniego woreczka, na szczęście szybka interwencja zapobiegła ewentualnemu chaosowi. Po dwoch rundach Asia, która zapewne wygrała swoje partie, popędziła do Natalki, pożegnał się z nami również pan Jerzy. Pozostaliśmy więc nadal w gronie parzystym i ponownie dobraliśmy się ad hoc, ale z nieustajacym zapałem do gry. Deklaratywna wiosna (czy też jej skromne zapowiedzi) widocznie zastymulowała nasze myślenie, gdyż między analizę słowotworczą stawianych wyrazów, rzucane były frywolne myśli, przypuszczenia i teorie (np. co wynika z faktu bycia dobrym w miłosnych igraszkach i czy są jakieś korzyści). Zakończyliśmy beztrosko i triumfalnie, nie odnotowawszy szczegołów zwycięstw i porażek. Najprawdopodobniej wygrała Asia, przed Donatą i Adamem. Dalej chyba była Małgorzata, Beniusia, Ania 2 i Ania 1. Niestety, raport nie został sporządzony z należytą starannościa z powodów obiektywnie utrudnionych, ale nie zmienia to faktu, że spotkanie było interesujące w swoim prawdziwie terapeutycznym wymiarze i – jak zawsze – w miłym gronie. [M]
14.03.2018 Na spotkanie w miłym gronie terapeutycznym przyszły sympatyczne koleżanki klubowe – obie zacne Anie, dzielna Asia, zasłużona członkini PFS – Bernadeta, nieoceniona Donata i stęskniona (po dłuższej nieobecności) Małgorzata. Nieobecność ViWaldiego Bernadeta usprawiedliwiła koniecznością przygotowań owegoż do publicznego stand-up`u, co zwiastuje pomyślnie w kwestii dalszej kariery scenicznej naszego kolegi. Na początku oddałyśmy Ani 2 - po raz kolejny - zwielokrotnione hołdy za wybitne rękodzieło w postaci woreczków – żaden klub takich na pewno nie ma! - podziwiając jednocześnie nadrukowany logotyp klubowy, o co postarał się nasz Prezes Darek. [Przed rozgrywkami Donata uprzejmie przypomniała kolejność miejsc finalnych po poprzedniej sesji scrabblowej: I – Donata, II – Bernadeta, III – Ania 2 i IV – Ania 1. To tak dla ewentualnych rejestrów klubowych]. Asia życzliwie rozdała uczestniczkom po marcepanowym batonie i bez problemów przystąpiłyśmy do gry. Parzystość dopisała, komputerek działał, nastroje oscylowały w stanach wysokich. Było spokojnie, intelektualnie i bez natłoku wątków pobocznych, pomijając krótką troskę o dużego Adama (gdzież on?), małego Adama (od Łucji i Krzysia) i coraz większą Natalkę (coraz więcej mówi!). Bez zakłóceń rozegrałyśmy dwie rundy. W trzeciej Asia z Małgorzatą wybrały tempo przyspieszone z wykluczeniem podstawowego myślenia, co wynikało z okoliczności zewnętrznych i nader pilnych. Było szybko i ciekawie. Asia pognała do domu, wkrótce za nią Małgorzata, tym samym pozostałe koleżanki przejęły odpowiedzialność za uporządkowanie salki i kulturalne powiedzenie „do widzenia”. Mamy nadzieję zobaczyć się w równie radosnych nastrojach za tydzień. W końcu to będzie dzień początku wiosny! [M]
07.03.2018 Ostatnie scrabbliczne spotkanie odbywały się jak na tajnych kompletach lub się nie odbywały. Trochę tak jak w staroludycznych przypowieściach. Tym samym zapiski kronikarskie były utrudnione z powodu niemożności zebrania rzeczywistych przekazów ustnych albo li też odnotowanych pracowicie na rozlicznych fiszkach. Trzeba jednak odnotować z całą mocą, że zapał do grania nie wygasł – czego dowodem zgłaszane na forum chęci do podjęcia bojów lub wyrazy ubolewania z powodu niemożności udziału w owych. W najbliższym czasie oczekujemy, że okoliczności pogodowe, zawodowe i inne nader skomplikowane zmienią się (dobra zmiana!) na sprzyjające i niebawem zaskoczymy samych siebie przytlaczającą frekwencją. Poczta pantoflowa głosi, że przewidywane są także spotkania gościnne oraz w rozmaitych i pięknych okolicznościach przyrody. Czyli wszystko co najlepsze przed nami! /M/
07.02.2018 Na zaproszenie Donaty aktywnie odpowiedziało sześcioro aktywistów klubowych i tym samym siódemka graczy stawiła się w przytulnym Psychiatryku. Nastroje były pogodne, acz nieco ambiwalentne, z powodu ogólnej troski o zdrowie malżonka Donaty, który zaniemógł był dramatycznie i słabował w domu - chwilowo bez należytego dozoru. Ania 2 zasponsorowała ogromną paczkę świeżych pączków, z racji tego, iż spotkaliśmy się w wigilię Tłustego Czwartku, (który w Polsce jest jak święto narodowe) więc poziom ekscytacji oscylowal w stanach wyższych. Ponieważ byliśmy grupą nieparzystą (6 pań i jeden Adam), to w zasadzie bez większych oporów (chociaż niekoniecznie w pełnej zgodzie) postanowiliśmy zagrać w Belgijkę. Asia podjęla się roli Wielkiego Losownika i Strażnika Czasu, tak więc po rozdaniu pączkow i wzajemnych uśmiechów rozpoczęlismy grę. Szło nam całkiem dobrze, w miarę sprawnie zbiorowo postawiliśmy scrabbla ZMOCZENI oraz KASET[K]A. Intrygujące OKALANYM należało jednak tylko do Asi, z kolei smakowite PIEPRZNĄ „wymóżdżyli” Donata i Adam. Ania 1 z dużym wdziękiem gubiła się wśród nadmiaru płytek na planszy i obok, więc życzliwi koledzy - z równym wdziękiem i wespół w zespół - pomagali ogarnąć tę sytuację. Pojedynczy Adam odważnie zaproponował „pizgać” - po sprawdzeniu okazało się, że jest – po czym część zespołu obeznana z tym niezwykle praktycznym kolokwializmem objaśniała jego znaczenie osobom mniej nerwowym. Słowo nie stanęło na planszy, ale wiedza pozostała. Zakończyliśmy sprawnie i dość wcześnie i dobrze, bo dzięki temu Donata mogła szybciej wystartować do domowego pacjenta. Szybciutko podsumowaliśmy wyniki: zwyciężyła spiesząca się Donata, druga była Asia, trzeci Adam. W dalszej kolejności uplasowały się: Beniusia, Małgorzata, Ania 2 i Ania 1. Pączki zostały rozdysponowane, salka uporządkowana, uściski i znaki pokoju przekazane. Za tydzień mamy Walentynki i Popielec – ciekawy zestaw imprezowy – zapraszamy! P.S. Łucjo i Krzysztowie – pozdrawiamy zespołowo! Dajcie znać! [M]
31.01.2018 Chwilowe problemy lokalowe - spowodowane m.in. niemożnością uczestnictwa Donaty w naszym cyklicznym spotkaniu – rozwiązane zostały drogą społecznych uzgodnień i tym samym ponownie wybór padł na „Tatrzańską“. Tak oto na fordoński wygwizdów zgodnie dotarło - z planszami za pazuchą - pięć klubowiczek: miejscowe obie Anie, pobliska Asia oraz Bernadeta z Małgorzatą (przez jarużyńskie, ciemne jak czarna dziura lasy). W progach miłej restauracji powitał nas ponownie sympatyczny pan Sławek z uśmiechem i ofertą gastronomiczną. Po ostatecznym wyborze stolika (długa debata), następnie popitków i pojadków (tu już krócej) Beniusia zgłosiła się jako chętna na dwie plansze. Tymczasem Małgorzata oddawała hołdy Ani 2, która tak pomysłowo stuningowała woreczki przy użyciu sprzętu krawieckiego, że teraz żadna płytka nie ma prawa wypaść – chapeau bas! Rozpoczęłyśmy rozgrywki przy zupie cebulowej, leguminie migdałowej, kawie i piwie (znowu ViWaldi żałuj!). Jakoś szło, chociaż zapewne Darek uznałby, że mało profesjonalnie. Trudno, widocznie profeska przy pełni księżyca szwankuje. Tym razem dzwoniła tylko Babcia Wandzia, ale bez alarmu. Po dwóch wygranych rzetelnie rundkach Asia wystartowała do domu, a pozostała czwórka pozwoliła sobie na jeszcze, póki „Tatrzańskiej“ nie zamykano. W dobrych nastrojach podsumowałyśmy spotkanie: po pierwszej Asi kroczyła dumnie Bernadeta, dalej była Małgorzata, Ania 2 i Ania 1. Wirtualnego ViWaldiego olałyśmy, tak jak ów nas olał i punkty nie zostały zapisane. Zapraszamy wszystkich za tydzień – miejsce jakieś na pewno się znajdzie! [M]
24.01.2018 Scrabbliczna dzielna siódemka klubowiczów dotarła do Psychiatryka przez zapaćkane odwilżą ulice naszego Bydgoszczu. Mróz odpuścił, co było widać po Darku, który przybył bez przyodziewku wierzchniego oraz w letnich sandałach (oczywiście bez skarpet). Pojawił się także zmotywowany przez Donatę ViWaldi ( jak? - to pozostanie głęboką tajemnicą...) – z zapowiedziami brody – jakże ostatnio modnego „tryndu” w kwestii męskiego zarostu. W wesołych nastrojach i atmosferze beztroskiego rozgardiaszu rozstawiliśmy stoły, plansze, zegary – planując ewentualne wybryki karnawałowe i inne ekscesy. Ustaliliśmy, że gramy w parach i Darek zgłosił się jako podwójny ochotnik dwuplanszowy. Gra przebiegała spokojnie, nie licząc kilku alarmujących telefonow od zatroskanej Babci Krysi, której domowe problemy wodno-kanalizacyjne wywołały ogólne zatroskanie; na szczęście zostały zdalnie pomyślnie rozwiązane. Poziom serotoniny podnosiły nam schomikowane przez Donatę mikołajkowe zapasy czekoladowych słodyczy, a tymczasem ViWaldi ekscytował się niepokojąco i skandalicznie scrabblową literową wykreślanką (musisz częściej przychodzić Waldemarze!). Poza tym wszyscy tak dzielnie walczyli o wysokie notowania, że po dwóch rundach Darek musiał dwukrotnie weryfikować podsumowane rezultaty. W koncu oficjalny werdykt był następujący: wygrał Kamil, czyli Darek z pierwszej planszy, druga była Donata, trzecia Ania 2. Dalej maszerowali: Bernadeta, Waldemar i Darek z drugiej planszy. Ania 1 z Małgorzatą stanowiły koniec radośnie machajacego ogonka. Ogarnęliśmy salkę i pomknęliśmy do zadań świetlicowych w domowych pieleszach. Dla przypomnienia: postanowiliśmy – za ogólną akceptacją - spotykać się nieco wcześniej, czyli o 18.00. Łucjo i Krzysiu – co tam u Was? To takie ogólne zapytanie od kolegów klubowych – myślimy o Was serdecznie i pozdrawiamy! [M]
17.01.2018 Nieco dłuższa nieobecność w naszym ulubionym miejscu sprawila, że na zapraszający sygnał od Donaty stabilna grupa graczy stawila się w psychiatryku nadzwyczaj chętnie. Sześcioro uczestników terapii scrabblowej w pełnej gotowości czekało na brnącą dzielnie przez zaśnieżoną Bydgoszcz Asię, która dowiozła sprzęt. Dzielny Adam – reprezentant tradycyjnie pojmowanej płci męskiej – zatargał większość do salki, po czym zapadła szybka decyzja, że w związku z nieparzystością uczestników zagramy sobie w Belgijkę - stosownie do podjętych kiedyś gremialnych ustaleń, że jednak od czasu do czasu zaliczymy tę odmianę scrabblową. Nawet Ania 1 niespecjalnie oponowała, więc – może bez jakiegoś szczególnego entuzjazmu – ale zgodnie podjęliśmy wyzwanie. Workową damą została mianowana Asia, ustawiliśmy zegarek i wystartowaliśmy. Otuleni przyjazną atmosferą dobrego na wszystko i wyjątkowo spokojnego psychiatryka zespołowo rozpoczęliśmy od zachwycajacego „LIZAĆ”. Z każdym kolejnym ruchem było coraz ciekawiej, z powodu rozstrzału kreatywnych pomysłów. Dla ożywienia zbyt poważnej aury Ania 2 uświadomiła nam z poirytowaniem, że w nowym słowniku nie ma już „huja”, co Adam przyjął prawie ze zgrozą, nie mówiąc o pozostałych klubowiczkach. Cóż, musimy się zadowolić teraz już tylko mało eleganckim „chujem”, cóż nie na każdym spotkaniu wspinamy się na intelektualne wyżyny kulturalnego słowotwórstwa... Tymczasem pracowicie losujaca Asia dokonywała kolejnej wymiany (w sumie 5), bo jakoś nie trafiały się samogłoski – jednego blanka ofiarnie wykorzystaliśmy stawiając „OF[I]ARĘ”, a kolejnego do scrabbla „M[I]ANOWANIE”. Wyjaśniliśmy sobie znaczenie sympatycznego słowa „skopek”, zachwyciliśmy się zestawem „SERS/SSAŃ” i intrygująco dotarliśmy do pomyślnego końca gry stawiając zgodnie „WAD” (których staramy się nie mieć!). Czas był już najwyższy, gdyż z sąsiedniej salki dobiegał nas zaraźliwy śmiech uczestnika sąsiedniego turnusu terapeutycznego i trudno było doprawdy zachować należytą powagę. Asia w tempie jednostajnie przyspieszonym wystartowała do domowych obowiązków, a pozostali zwolna podsumowali rezultaty. Wygrała rzeczona Asia (735 pkt), tuż, tuż przed Adamem (732 pkt). Trzecia była Małgorzata, czwarta – jeszcze lekko słabująca Donata, piąta Bernadeta. Obie Anie wdzięcznie zamykały pochód belgijkowy, tak więc wszystkim dziękujemy za pozytywne podejście do tematu! [M]
10.01.2018 Spotkanie zorganizowała Asia, która (biorąc pod uwagę chwilowe kłopoty logistyczne) z profesjonalizmem przodującego pracownika call center powiadomiła bardziej lub mniej chętnych i niechętnych o możliwościach, terminie i miejscu. I tak, w restauracji o wdzięcznej nazwie „Tatrzańska“ – w odległym od bydgoskiej cywilizacji Fordonie – spotkały się cztery klubowiczki: Ania 1, Ania 2, Asia i Małgorzata. Po rozpoznaniu sytuacji wybrałyśmy dobrze oświetlone miejsce i rozłożyłyśmy plansze, zostawiwszy nieco miejsca na posiłek regeneracyjny dla Asi i popitki dla pozostałych – w tym (Vi-Waldi żałuj!) zacne piwo, którym raczyła się Ania 2. Miła obsługa w postaci nieco roztargnionego pana Sławka uzupełniała atmosferę sympatycznego luzu, a poboczne rozmowy na temat problematycznego tzw. „parentingu“ urozmaicały ten nietypowy scrabbliczny wieczorek. Rozerałyśmy swobodnie i w miarę sprawnie trzy rundy systemem każda z każdą, bez stresu i nadmiernej ilości telefonów od stęsknionych rodzin lub – w przypadku Ani 2 – głodnch matematycznej wiedzy uczniów. Zapłaciłyśmy skrupulatnie rachunek i podsumowałyśmy wyniki. Zarówno wygrane jak i przegrane były wysoko punktowane, więc radość i duma z tychże była jakże prawdziwa. Zwyciężyła dobrze najedzona Asia, kolejne były Małgorzata, Ania 2 i Ania 1. Po pogodnym pożegnaniu rozeszłyśmy się w odpowiednich indywidualnie kierunkach. Było miło, czekamy na rozwój sytuacji za tydzień. {M}
28.12.2017 Nie wszystkim udało się wyrwać z domowych między świątecznych obowiązków, ale na tych, którzy się na chwilę oderwali (Ania2, Asia, Donata, Adam, Darek, Krzysztof) czekało kulturalne wytchnienie. Dawno nie odwiedzane przez nas Kino Orzeł zapewniło wyborny lokal wraz z atrakcjami. Połowa ekipy skorzystała z miejsca rozgrywek i udała się na seans „Na karuzeli życia”, druga część przybyła już na rozgrywki. Film można rzec ciekawy, chociażby z tego powodu, że wywołał dyskusję i różnicę zdań, zatem jednych by zachęcił, innych wręcz przeciwnie. No nic, trzeba obejrzeć samemu i wydać osąd własny, ale to już chyba w ramach domowych pieleszy. Spotkanie scrabblowe rozpoczął Darek przemówieniem krótkim acz treściwym, co byśmy kolejny, już siódmy rok dbali o klub i klubowiczów, co Donata skwitowała, równie zwięzłym komentarzem: „no! walczymy pazurami i zębami”. Gry w oparach kina jednym pozwalały się skupić i wygrać, innym już niekoniecznie. I tak przesiąknięta filmem ekipa przegrywała grę za grą. Potyczki wygrał niezawodny Krzysztof (podziękowania należą się Łucji, bo pozwoliła mu oderwać się od rodzinnego, pełnego gości świątecznego stołu), za nim uplasowała się Donata (pojawiła się mimo, że w domu przebywała jeszcze jedna z jej dawno nie widzianych latorośli, a do tego następnego dnia musiała iść do pracy) a podium zamknął Adam (szczęśliwie pomyliły mu się dni wizyty u dentysty i zorientował się, że nie jest to w dniu rozgrywek). Pozostali chcąc upiec dwie pieczenie na jednym ogniu musieli się zadowolić jedynie obejrzanym oscarowym dziełem, bo do podium mieli daleko. No cóż, kto na film przed scrabblami przychodzi, sam sobie szkodzi… choć podsumowując wszyscy i tak rozeszli się do domów zadowoleni, bo było miło, niebanalnie, z odrobiną adrenaliny i jednak w oderwaniu od domowych obowiązków. Z pozdrowieniami dla wszystkich klubowiczów i nie tylko, do zobaczenia w Nowym Roku!
PS.Małgosiu, dziękujemy za pamięć, w trakcie rozgrywek doszły do nas Twoje z daleka pozdrowenia. {A}
06.12.2017 Mikołajkowe święto wraz z ewentualną perspektywą ewentualnych niespodzianek przyciągnęło na scrabblowe spotkanie aż ośmioro klubowiczów – w tym aż trzech panów z dawno nie widzianym Krzysiem. Mikołaj dopisał i szczodrze obdarował nas słodkościami z zawartością czekolady - a więc tym samym fenyloetyloaminy, która wspomaga nasz uklad emocjonalny w pozytywnych uczuciach najwyższych. Przy takim wsparciu konkretny i przyziemny raport Beniusi o stanie klubowej kasy został przyjęty bez zgrozy. Darek mimochodem wspomniał o tym, że od czasu do czasu zobowiązaliśmy się pograć w Belgijkę, więc wespół w zespół zamierzamy się poprawić. Cóż, są zagorzali miłośnicy tej odmiany, ale też zajadli przeciwnicy – no może nie tak samo jak w instytucjach parlamentarnych, nieco grzeczniej, ale nie jest lekko... Dzielny Darek opanował buńczuczny komputerek i sprawnie nas porozstawiał do gry. Byliśmy arcypoważni jak na turnieju lub też nam się tak wydawało, gdyż tuż obok była huczna impreza mikołajkowa z okrzykami i tańcami (Małgorzata miala szczerą ochotę dolączyć!). Po dwóch rundach wygrana należała do wizytującego nas Krzysia, który – trudno się dziwić– z triumfem w duszy i laurem w sercu oznajmił, że obowiązki domowe go wzywają, a on jest obowiązkowy i już dziękuje za spotkanie. Podziękował również równie obowiązkowy Darek i obaj solidni ojcowie opuścili nasze grono. Tym samym formalna kolejność na podiach – wyższym i niższym – była następująca: wiwatował Krzysiu, za nim Beniusia, Darek, Donata, Małgorzata, Ania1, Adam i Ania2. W trzeciej, bardzo towarzyskiej rundzie, tempo gry w parach było rozmaite: od rakietowego do żółwiego. Bernadeta i Ania2 solidnie myślały nad planszą, tymczasem Małgorzata szybciej „wyrwała” się do domu, zobligowana koniecznością doglądania czterech (sic!) kotów swojej latorośli. Niedojedzone słodkości zostały schowane na „zaś”, a szczegółowych ustaleń co do kolejnego spotkania nie poczyniliśmy: przyszły tydzień odpada z przyczyn obiektywnych, a później jakoś się dogadamy. No chyba. {M}
29.11.2017 Tym razem nie było oczekiwanych tłumów, a szkoda. Po anonsach pozytywnych i negatywnych przyszły w końcu cztery dzielne panie – Ania1, Asia, Donata i Małgorzata - zdecydowane pograć metodą każda z każdą. Tym razem zrezygnowałyśmy z usług nerwowego komputerka, który Asia postanowiła zabrać ze sobą, aby po stosownych zabiegach przytulnych wykonanych przez Darka, ów zbiesiony sprzęcik zaskoczył ponownie. Ponieważ miałyśmy ochotę zdecydowanie się nagrać, tempo gry było iście sprinterskie. Rozegrałyśmy trzy rundy w okolicznościach wyjątkowego spokoju i zgody wzajemnej. Asia co jakiś czas odbierała tajemnicze telefony od tajemniczego przełożonego (Dark? Natalka?), ale te podstępne działania nie wytrąciły jej ze stanu pełnej koncentracji. W lekkiej niepewności trzymała nas perspektywa wizyty nowego gracza-pacjenta, który poprzednio się zapowiadał, jednakże ów zajrzał do nas praktycznie pod koniec trzeciej rundy – ciut jakby późnawo. Nie zrażony zapowiedział się na następny raz, cóż, „patientia” nade wszystko... Błyskawiczne i wyjątkowo dyscyplinujące spotkanie zakończyło się zwycięstwem Donaty, wice zwycięstwem Asi i wice wice itd. Malgorzaty i Ani1. Jak wychodziłyśmy było ciemno i mglisto. Słowem: prawie czarna dziura, ale jeszcze nie dupa. Za tydzień spotkanie „mikołajkowe” - warto obmyśleć jakieś niespodzianki! {M}
22.11.2017 Stawiliśmy się na spotkanie dzielną siódemka scrabbliczną, ojoj, nie do pary znowu. Jednakże nieparzystość uczestników zawsze niesie w sobie element rozrywkowy, gdyż bohater rozgrywający batalię na dwie plansze wciela się w którąś z nieobecnych chwilowo osób. Tak też było i tym razem, a jedyny w tymczasowej grupie samiec alfa – ViWaldi – przyjął na siebie alter ego Łucji, a co tam! Prawie że zgodnie z duchem czasu, a ponadto tajemnica tego przeistoczenia powodowała, że Waldko-Łucja grała lepiej niż Waldko-Waldek, ot, co. Poza tym zwykle dzięki takim zabiegom duch aktualnie niezaangażowanych cieleśnie klubowiczów krąży wraz z nami po Psychiatryku. Jakkolwiek by to brzmiało – jest fantastycznie i wzruszająco. Przystąpiliśmy do gry, po rozstawieniu nas przez komputer, który jednak po krótkim czasie się poirytował na nieudolność obsługiwacza tegoż, w efekcie zbiesił i odmówił współdziałania. Powróciliśmy więc do metod przysłowiowego króla Ćwieczka i jakoś to szło. Asia zmagała się z przewlekłą infekcją, pozostali jakoś się trzymali, a tymczasem naszą terapią zainteresował się uczestnik terapii sąsiednich. Zajrzał i zapytał czy może się przyłączyć, hm, został zaproszony na następny raz i zobaczymy. Wyraz twarzy Donaty był jak u Stevena Seagala – nieodgadniony, cóż – przed nami widać kolejne wyzwania. W atmosferze niczym nie zepsutego dobrego nastroju wygraliśmy, przegraliśmy, remisów tym razem nie było. Socjopatycznych zachowań nie stwierdzono. Wygrała – jak przeważnie – Donata, przed Asią (jednym punktem!), dalej była sferyczna Łucja, ViWaldi, Adam i Bernadeta. Anie i Małgorzata utknęły na końcu kolejki do podium, niemniej bez żalu do świata. Zapraszamy za tydzień. {M}
15.11.2017 W celu odreagowania od ponurej codziennej rzeczywistości i nieprzyjaznych dla oka i ucha mediów, pomknęliśmy w liczbie pięciorga do kojących murów Psychiatryka. Scrabbliczna moc uzdrawiania jest wszakże jak narkotyk i uzależnia, nawet w końcu odnalazł się Adam (za którym prawie chcielismy rozsyłać listy gończe) oraz obie Anie. Przelotna myśl o Belgijce zgasła tak szybko, jak się pojawiła i w związku z tym Adam zadeklarował chęć grania na dwie plansze, a co tam. Po pierwszej rundzie zawiesił się słownik, a po drugiej program, w którym dobieramy i rozliczamy punktowo zawodników. (Można też przyjąć, że zawiesiła się ustawiająca to wszystko Małgorzata, czemu także dała wyraz w grze: głównie wymieniała i zaliczała straty z oczywistą korzyścią dla przeciwnika). Odpaliliśmy więc słownik komórkowy i szare komórki do podliczania. Podczas sprawdzania okazało się m.in., że tak ostatnio powszechne słowo „HEJT” jest dopuszczalne, cóż, kolejny znak czasu. Ania2 zaszalała, stawiając scrabbla na powójnej premii potrójnej i w jednej grze zebrała tyle punktów, co niemalże nasza Liderka Donata. Ania1 „o mało co” by wygrała ze wspomnianą Mistrzynią, ale zabrakło tego małego czegoś, lecz perspektywy widać są. Donata jak zwykle ze spokojem grabarza wygrywała, a Adam – w pełnej mobilizacji i podwójnej roli (Adamo-Waldek) także był prawie nie do pokonania (prawie – bo z Donatą przegrał). Spektakularny łomot zaliczyła Małgorzata, chociaż w przyjaznej atmosferze. Wyniki nie zaskoczyły: pierwsza Donata, drugi Adam, trzecia Ania2. Ania1 i Małgorzata - z identyczną liczbą punkcików - umościły się skromnie i zgodnie na czwartej pozycji. Po wymasowaniu obolałych pleców Ani2 pożegnaliśmy się kulturalnie i bez hejtu. Ten mamy na co dzień w tzw. środkach masowego przekazu... {M}
08.11.2017 Tym razem nasze spotkanie było skromniutkie – widać jesienna deprecha rozciągnęła swoje macki i część klubowiczów odpuściła spokojną terapię na rzecz innych zajeć antydepresyjnych. Ale ponieważ były aż trzy chętne panie do rozgrywek, to – mimo braku zwyczajowego kworum – zjawiłyśmy się na oddziale. Rozegrałyśmy dwie partie: w pierwszej podwójną rolę wzięła na siebie dzielna Beniusia, w drugiej – równie dzielna Donata. Miałyśmy też dylemat czy nie dołączyć do sąsiedniej terapii grupowej, skąd dochodziły nas niezmiernie wesołe okrzyki świadczące o dobrej zabawie. Tymczasem Ania1 przysłała nam radosnego sms-a „ze słonecznej Malty” - cóż, zerknęłyśmy przez okno – ciemno, buro, zimno - „zazdraszczamy” - odpisałyśmy beztrosko i pozytywnie. Ze zdumieniem skonstatowałyśmy, że w jednym z aktywnych woreczków znalazło się dodatkowe „Ź”, które w trakcie gry złośliwie przewijało się przez stojaki. Trzeba znów będzie przeinwentaryzować płytki i uzupełnić braki. Kreatywna i odważna Bernadeta stawiała ciekawe i oryginalne słowa, których paskudny słownik nie dopuszczał, aczkolwiek w kwestii „Kaszlać” czy „Kaszleć” racja była po stronie Beni: obie formy „wchodzą”, czyli kolejna porcja nieprzydatnej wiedzy zaliczona.
Prawie się „zasiedziałyśmy” - takie podwójne partie trochę trwają. Na odchodnem zastanawiałyśmy się troskliwie co się dzieje z pozostałymi klubowiczami, cóż, może następnym razem frekwencja dopisze, chociaż przy trójce podium jest gwarantowane. Dla porządku: pierwsza była Donata, druga Małgorzata, trzecia Bernadeta. I to by było na tyle. {M}
25.10.2017 Dwutygodniowa przerwa w rozgrywkach zmobilizowała pięcioro uczestników terapii scrabblowej do przybycia na oddział – cóż, wszak czujemy się tam coraz bardziej jak „u siebie” (znak czasu?). Darek przyszedł - jak zwykle wbrew oznakom pogodowym – w lekkich sandałkach prawie plażowych i z torbą ze zmyłkową zawartością w pudełku opisanym jako „Krówka Ciągutka”. Do ciągnięcia były nie krówki, lecz długopisy, ale zainspirowana Małgorzata zrobiła krótki wykład na temat rozrodu bydła i trzody chlewnej. Vi-Waldi z kolei podzielił się swoimi doświadczeniami pedagogicznymi w ramach nauczania nauczających, co jest zaiste wyzwaniem mało wdzięcznym i upierdliwym. Omówiliśmy też potrzebę utajnienia blanków przed podłymi oszukistami poprzez potraktowanie ich (blanków) rylcem marki Siemens (lokowanie produktu?). Po tych uczonych antraktach pociągnęliśmy z „Krówki Ciągutki” po długopisie i rozstawiliśmy plansze. Ponieważ Darek przygotował pracowicie karteczki do wykreślania literek, postanowiliśmy podjąć się wykreślnej czynności podczas grania, bo – tak zapewnia Darek – w perspektywie ma to uczynić z nas jeszcze bardziej przebiegłych i mądrych graczy, zwłaszcza turniejowych. Cóż, nie szło to najlepiej – Donacie pod koniec pierwszej rundy wyszło, że Vi-Waldi pozostał z ilomaś literkami, Małgorzacie zlewało się wszystko w jedno (SKS), tylko nasi członkowie PFS i Darek radzili sobie błyskotliwiej. Cóż, „praxi facit perfectam” - zobaczymy jak to będzie. Po pierwszej rundzie Vi-Waldi musiał nas opuścić, więc kolejną rozegraliśmy parzyście. Tempo gry nie powalało, ale udało się nam wszystkim skończyć przed upływem ustawowego czasu elektronicznego. Darek pomknął do obowiązków rodzinnych, a pozostałe klubowiczki – dokończywszy grę - ogarnęły sprzęt i salkę. Przynajmniej wyniki udało nam się podsumować bez błędów: wygrała Donata przed Darkiem, kolejne były Bernadeta i Małgorzata. Waldemar, który opuścil tę rundę, którą według slów Donaty na pewno wygrałby - zamknął naszą wybitną piątkę.
Dla przypomnienia: - za tydzień się nie spotykamy, bo jest święto, ale zawsze możemy poćwiczyć w domowych pieleszach. {M}
04.10.2017 Po uprzednim ogłoszeniu, odwołaniu i wnioskowanym odwołaniu odwołania, żelazna czwórka spragnionych rozgrywek graczek stawiła się celem realizacji powyższych. Pierwszy dobór graczy odbył się metodą "na literkę", kolejne dwa (ponieważ czas na to pozwolił) metodą - każdy z każdym. Ostateczny wynik rozgrywek dał wszystkim zawodniczkom punktowane miejsce :-). Według kolejności była to Donata, Asia, Ania2 i zamykająca stawkę Ania1.
Małgorzato wracaj, bom ja niegodna kleksa z Twego kronikarskiego pióra zlizywać.. {DS}
27.09.2017 Ta część naszego składu klubowego, która chwilowo: nie urlopowała, nie balowała, nie przyjmowała wielotygodniowych gości czy nie pracowała, zjawiła się w niedokomplecie w progach oddziału. Otwarcie sezonu kataralno-przeziębieniowego przypadło Asi, którą w lekko-pół-mizernej formie dostarczyli na miejsce zbiórki Darek z małą (aczkolwiek systematycznie zwiększającą się!) Natalką. Natalka z początku lekko się zawiesiła, ale po chwili każdemu podała rączkę na powitanie. Nadzieja na to, że Darek – jedyny chwilowo facet - zostanie (i zagra choćby z dzieckiem na kolanach) rozwiała się jak dym z komina sąsiadów, kiedy okazało się, że klient czeka. Cóż, praca uszlachetnia. Szlachetny Vi-Waldi oszalały z nadmiaru pracy coraz rzadziej się z nami spotyka, więc z pełnym zrozumieniem podeszłyśmy do szlachetności Darka. Zasmarkana Asia na szczęście została, żałując, że nie ma piwa, kiedy nie musi osobiście prowadzić (Waldemarze jesteś niezbędny!). Tak więc w pełnej beztrosce postanowiłyśmy zagrać. Belgijka odpadła już przy „pierwszym czytaniu”. Ponieważ Beniusia odbyła tygodniowe samotne wczasy ponoć scrabblowe (sic!), Małgorzacie udało się namówić tę dzielną bojowniczkę do grania na dwie plansze, co zawsze jest wszak wyzwaniem. Alter ego Bernadety został szlachetny V-Waldi, małżeńska lojalność w końcu zobowiązuje. Gra przebiegała spokojnie, w towarzystwie odgłosów skocznej muzyki, która rozbrzmiewała z sąsiedniej salki, gdzie najpewniej odbywała się terapeutyczna impreza. Zmagania trochę trwały (gra na dwie głowy wymaga czasu), tymczasem po Asię przybyli – prosto od pana klienta - Darek z Natalką. Ania 1 skorzystała z oferty podwózki i wymknęła się z nimi, a na placu boju zostały Bernadeta z Małgorzatą oraz Donata, która sprawnie ogarniała sprzęt i „papierki”.
Z podliczenia wynikło, że wygrała nasza gospodyni, przed mizerną Asią. Spirytualny Vi-Waldi był trzeci i za nic nie dało się Beni namówić, żeby zrobić w tej kwestii podmiankę – lojalność wyjątkowa! Czwarta była Małgorzata, dalej proceduralna i najdzielniejsza Bernadeta i Ania1. Wychodziłyśmy życząc sobie prostej drogi do domu i wysokiej frekwencji za tydzień... {M}
20.09.2017 Nasze zwyczajowe spotkanie – po krótkiej przerwie – rozpoczęło się od mini konferencji sprawozdawczo-przedsiębiorczo-futurystycznej, którą prowadził Darek, a wolne opozycyjne głosy i wnioski zgłaszała pozostała część uczestników w liczbie sześciorga. Część sprawozdawcza dotyczyła turnieju w Gdańsku, który – wedle słów prelegenta – był wyjątkowo udany, a nasza ekipa reprezentacyjna spisała się dzielnie i odpowiedzialnie. Nawiązane zostały przyjazne relacje międzymiastowe Bydgoszcz – Gdańsk i w związku z tym część przedsiębioroczo-futurystyczna dotyczyła możliwości organizacji wspólnych rozgrywek - przynajmniej dwa razy w roku. Krzysiu, który korzystając z chwilowego wakatu rodzinnego pojawił się jak jajko-niespodzianka, przedstawił osobliwy system pisania, wykreślania i liczenia literek, słów, punktów i wszystkich sprzyjających świętych, co powinno – w przypadku nauczenia się i zastosowania – skutkować coraz lepszymi wynikami. Czyli dla wytrwałych pasjonatów, ogólnie do przemyślenia. Darek podkreślił znaczenie podejmowania rozgrywek z osobami postronnymi dla pobudzania splotów nerwowych odpowiedzialnych za myślenie i obronę przed demencją. Kwestia „bojowej” czy też „domowej” idei grania w scrabble pozostawała nieco kontrowersyjna, więc aby nie wprowadzać atmosfery typowej dla politycznej debaty w naszym sejmie, przygotowaliśmy kojące rozstawienia. Rozegraliśmy dwie rundy w miarę sprawnie, w przerwie omawiając filozoficznie etyczno-moralny problem korzystania z przywileju ukarania przeciwnika, który haniebnie lub niechcący wyciągnie za dużo płytek. I tutaj również zdania były podzielone – widać ogólna sytuacja ogółu w ogóle bardzo na nas wpływa, żeby zacytować prawie klasyka: „Jestem Polakiem, mam na to papier i cały system zachowań...”.
Podsumowaliśmy bezspornie wyniki: pierwszy był Darek, drugi Krzysiu, trzecia Donata. Na podium wspięła się też Ania2 i Bernadeta, a Małgorzacie pozostało wznoszenie w zachwycie okrzyków owacyjnych. Przed rozejściem ponownie mieliśmy mnóstwo odmiennych zdań – tym razem sprawa dotyczyła wyboru imienia dla potomka naszego kolegi – ale pożegnaliśmy się serdecznie. Dobra wiadomość jest taka, że Vi-Waldi przetrwał tydzień bez Bernadety i ponoć nauczył się gotować (ale bez zmywania)... {M}
06.09.2017 Scrabbliczny magnes środowy przyciągnął do stabilnego Psychiatryka ośmioro klubowiczów. Początek był gwarno-radosny, gdyż Bernadeta z Vi-Waldim przynieśli obiecane nowiuśkie zegary. Zakup został poddany oglądowi, zaliczył zbiorową akceptację i zamontowaliśmy bateryjki. Można grać turniejowo. Chwilę zastanawialiśmy się, czy za resztę składek nie zrobić hucznej imprezy, jednak jeszcze na razie nie mamy na huczną. Ale nazbieramy. Póki co powędrowaliśmy do naszej salki z przyniesionymi przez Waldemara płynami rozrywkowo-dopingującymi oraz w nastrojach pełnego zapału rozgrywkowego. Po rozstawieniu starszego i nowego sprzętu klubowego komputer nas podobierał więc podjęliśmy życzliwie i bez stresu zmagania na planszach. Napój zasponsorowany przez Vi-Waldiego niezwykle dobrze działał, zwłaszcza na szare komórki Adama, który szedł jak huragan Irma i rozgramiał przeciwników – co prawda z kulturą, ale zdecydowanie po staromęsku. Bernadecie między inymi z pomocą scrabbla "NASOLENI" udało się wygrać z Donatą, przeważnie niepokonaną prawie jak Andrzej Gołota z utworu Kazika („Niepokonany w dwudziestu ośmiu walkach, a pokonany w dwóch ostatnich walkach...), Asia przegapiła niedozwoloną „trójkę” Małgorzaty (zapamiętaną zresztą z turniejów, ot, takie zmyślne zagrywki...). Waldemar rozmawiał w obcych językach i stwarzał atmosferę bon tonu, ale przegrał z Donatą mimo pomocy postawionego przez niego rodzinnego scrabbla "NASOLENI". Tymczasem rozgrzany bojowo Adam poszukiwał swojego czerwonego parasola, eksplorując przy okazji labirynty korytarzy oddziału. Dwie rundy zakończyły się absolutnym zwycięstwem Adama, na drugim miejscu stanęła Donata, na trzecim wierciła się umykająca do domu Asia, a Bernadeta i Małgorzata zamknęły pierwszą piątkę Tradycyjnie pograliśmy raz jeszcze, tym razem Waldemar ujarzmiał dwoje przeciwników. Tymczasem parasol się znalazł w rękawie kurtki, ale z kolei podczas ewakuacji zagubił się gdzieś Vi-Waldi (Małgorzata podejrzewała, że chciał cichaczem i bez niej zostać i kleić tulipany) oraz Ania2. Panikę opanowaliśmy bez trudu i ostatecznie wszyscy się odnaleźli. Za tydzień niestety, spotkania nie będzie bo większość z nas zalicza jakieś sesje wyjazdowe w rozmaitych celach. Zabierzemy ze sobą „trójki” do zakuwania... {M}
30.08.2017 Stosownie do ubiegłotygodniowych ustaleń spotkaliśmy się nieco wcześniej, aby ze spokojem poroztrząsać kwestie klubowe. Rozpoczęliśmy od przetrząsania woreczków i solidnej inwentaryzacji płytek. W sumie z sukcesem udało nam się skompletować przeważającą większość i zadowoleni bardzo z siebie przygotowaliśmy pole rozgrywek. Na sześć klubowiczek przypadł jeden Adam (pierwszy człowiek!), który jak zwykle – jak na dżentelmena przystało – przyjął na klatę rolę podwójnego agenta na dwóch planszach. Spokojna atmosfera oddziału tak dalece nam się udzieliła, jakbyśmy się bromu naćpali. Cisza, spokój, nuda panie. Bernadeta miała stopki na stopkach więc nie marudziła, Ania 2 nie mantryczyła, a Asia w siadzie skrzyżnym męczyła się z paskudnym lizakiem. W antrakcie wykazaliśmy się empatią w kwestii opiekunki dla małej Natalki, troską o zestaw nowych lektur szkolnych, skomentowaliśmy z zainteresowaniem „gąbkę” spożywaną przez dobrze wychowaną młodzież w wytwornej restauracji zagranicznej i zdecydowaliśmy, że jednak dokupimy po zegarze. Po dwóch rundach wygrała Asia, przed Bernadetą, ktora miała tylko jeden punkt mniej! Trzecia była Donata, dalej dzielny Adam, Ania2, Małgorzata i Ania1. Z zatroskaniem odnotowaliśmy fakt, że już o 20:00 robi się ciemno, po czym rozegraliśmy ostatnią towarzyską rundę już w sześcioro, gdyż Asia pognała do obowiązków matczynych. I jak wychodziliśmy to księżyc już „wzeszedł na sufit wisielczy”. Mamy nadzieję zobaczyć się za tydzień, oby w jak największym gronie. {M}
23.08.2017 Tym razem frekwencja znakomicie dopisała, aż trzeba było zapożyczać stolik z sąsiedniej salki terapeutycznej. Przybyło nas ośmioro, a w sile męskiej aż trzech rosłych klubowiczów, tak więc miał kto lekusieńko targać klubowy sprzęt. Zaczęliśmy poważnie. Tematy były następujące:
1) uzupełnianie składek (Bernadeta),
2) propozycja marketingowa organizacji turnieju dla Bydgoszczan w celu rozpopularyzowania klubu i samej terapii scrabblowej (Darek),
3) ewentualny zakup zegarów najnowszej generacji (wszyscy członkowie klubu).
Generalnie - jako reprezentanci polskiej nacji - mamy tendencję do rozwlekłych debat, ale dyscyplinowani limitowanym czasem gry postanowiliśmy za tydzień spotkać się nieco wcześniej i dać upust parlamentarnym zapędom krasomowczym. Z pewnością coś ustalimy, zwłaszcza w kontrowersyjnej kwestii zegarów. Tak więc rozstawiliśmy plansze, Darek ogłosił kto z kim gra i zaczęliśmy gimnastykę umysłową. „Grały” cztery stoliki, drugi był najbardziej rozrywkowy, zwłaszcza para Donata-Waldemar, co tam się działo! Stosowną powagę zachowywali panowie Adam i Darek, Ania 1 grała z dystynkcją a Ania 2 z blokadami. Beniusi słabo się myślało bo zmarzły jej stopy i domagała się skarpet, więc życzliwa jak zawsze Donata przyniosła bieluśką parę ze swojej wszystko-mającej szafy. Oponowała niegodnie Małgorzata (gdyż właśnie miała przewagę, którą dzięki owym skarpetom mogła utracić – homo homini lupus est...), ale bezskutecznie. W efekcie Beni zrobiło się z kolei za ciepło i za błogo, co też nie sprzyjało myśleniu. Czas płynął beztrosko. Rozegraliśmy trzy rundy, które zakończyły się zwycięstwem Donaty, przed Darkiem i Vi-Waldim. Kolejni byli: Adam, Małgorzata, Ania 1, Ania 2 oraz rozgrzana Bernadeta.
Wychodziliśmy wszyscy wuluzowani i zadowoleni bez względu na wynik. I wszak o to chodzi. {M}
16.08.2017 Na zew Donaty stawiła się posłusznie piękna scrabbliczna siódemka uczestników, w tym dawno oczekiwany i zapowiadany Waldemar, który nareszcie zakończył ogromny projekt i mogł się nieco wyluzować. Zapowiadało się ciekawie, gdyż okazało się, że samochód męża naszej godpodyni odmówił współpracy i utknął w borach podbydgoskich (z potomkiem i pupilem), więc solidarnie zamierzaliśmy zorganizować szybką akcję ratunkową. Na szczęście awaria szybko ustąpiła i mogliśmy już na spokojnie poczęstować się przyniesionym przez Vi-Waldiego napojem oraz zdecydować w co właściwie gramy. Ponieważ od ostatniej wspólnie rozegranej Belgijki minęło ponad 8 miesięcy (i prawie zapomnieliśmy o co chodzi), decyzja o tej właśnie formie rozgrywek zapadła bez większych oporów i nawet Ania1 miło nie oponowała. Na workowego wyznaczyliśmy Waldemara. Pierwsze losowanie nie dało nam możliwości do popisu. Na planszy stanęło smutne „HĘ”, cóż, hm. Dalej już się nieco rozkręciło – aczkolwiek ze zdumieniem np. skonstatowaliśmy, że jest takie słowo jak „HOPSY”, o czym wiedziała Ania2. Genialnego scrabbla „MATERACU” - i to jeszcze na premii x 9 postawiła Asia (176 pkt!), co dało jej zdecydowaną przewagę. Skromne „WYCINAJ” postawiła większość, ale już na „KORZCIEŻ” (na potrójnej) wpadły tylko Bernadeta i Donata. Tak więc walka była ostra, ale uprzejma. Terapia przebiegała spokojnie, od czasu do czasu Waldemar upominał rykliwie: - Ale nie dyskutujemy! Było gorąco, za oknem lało, a okopowe (uwaga Małgorzaty) rosły. Napój z czteropaku się skończył, nasza gra także. Wygrała Asia, umykając przed Donatą kilkoma punktami. Kolejni byli: Bernadeta, Małgorzata, Waldemar, Ania1 i Ania2. Mąż Donaty szczęśliwie dotarł do domu – felix finis. Ukontentowani wzmacniającym energetycznie spotkaniem pożegnaliśmy się pogodnie, chociaż Waldemar z Małgorzatą nie chcieli wyjść z oddziału, skrycie planując pozostanie i klejenie sztucznych tulipanów. Może kiedyś... {M}
09.08.2017 Ponieważ urlop naszej drogiej Donaty zakładał – mimo wszystko – przynajmniej jedno zaproszenie na oddział terapeutyczny – chętni do rozgrywek klubowicze stawili się najpierw w piątkę: Asia, Bernadeta, Donata, Małgorzata oraz Adam (dla wyrównania rownowagi hormonalnej w towarzystwie). Marudną większością niechętnych głosów zdecydowaliśmy, że w związku z nieparzystością grupy zagramy w Belgijkę. Bo dawno nie było, bo niektórzy lubią, chociaż niektórzy nie, ale mogą się strasznie poświęcić, itp. Asia w sobie tylko znany sposób poustawiała mierniki czasu i wystartowaliśmy. I kiedy właśnie udało nam się pomyślnie położyć pierwsze słowo na plaszy - wpadła do salki czerwona na twarzy Ania2, która – wzorem dzielnych sportowców z Londynu – przebiegła swobodnym sprintem dystans od ronda Fordońskiego do miejsca naszego chwilowego zasiedzenia. I tak misterny plan belgijkowy poszedł „na drzewo”; w ekspresowym tempie rozłożyliśmy plansze do gry w parach i zaczęliśmy „ab ovo”. Było duszno, sennie i obsceniczne słowa, które przychodziły do głowy, materializowały się z automatu na planszy. Tempo gry rozkładało się rozmaicie, w zależności od poziomu melatoniny: od sprintu do maratonu, z zaliczeniem po drodze biegu z przeszkodami. Ania2, rozgrzana sportową przebieżką, walnęła scrabbla za 102 pkt, ot tak, bez blanka nawet, co wzbudziło nieklamany podziw ogółu. Bernadeta pokonała Donatę, a Małgorzacie udało się wygrać z Asią, czyli wszystko się przenicowało i było odwrotnie niż przywykliśmy – czyżby efekt przegrzania i niedotlenienia? W efekcie po dwóch rundach rejestrowanych kolejność była niezwyczajna. Wygrała - radośnie zdumiona tym faktem – Małgorzata, druga była równie radosna Bernadeta, trzecia Donata. Adam, zaspana Asia i Ania2 stanęli w dalszej części ogonka, życzliwie gratulując zwyciężczyniom. Trzecią relaksacyjną rundę rozegraliśmy bez Asi, która popędziła do domu (i zostawionych w samochodzie odżywczych wafli), z Adamem w powójnej roli. Wychodziliśmy – co dawno już się nam nie zdarzyło – po ciemku, ale jeszcze nie po omacku. Czy się za tydzień spotkamy – nie wiadomo, aktywnie zaglądajmy na forum. {M}
26.07.2017 Tradycja wprowadzania elementów imprezowych do terapii scarbblowej zaczyna się nam pozytywnie umacniać. Tym razem w miłym Psychiatryku świętowaliśmy (umiarkowanie hucznie) imieniny naszych dwóch koleżanek (obie Anie) – a zwłaszcza Ani2, która postanowiła nas uraczyć słodkościami w postaci borówek amerykańskich solo oraz w babeczkach. Przepychu dopełniło znakomite ciasto Donaty, która tylko w sobie znany sposób potrafi w pięć minut (+ czas pieczenia) ukręcić smakołyk na całą blachę. Ponieważ było nas siedmioro, zaczęliśmy rozważać opcję belgijkową, ale debata utknęła w martwym punkcie, gdyż pojawił się niespodziewanie (dla Bernadety zwłaszcza – niespodzianka!, niespodzianka!) Vi-Waldi, którego skutecznie namówiła nie własna żona tylko Donata i – kto wie? - może zapach serwowanych w salce smakołyków. Tak więc nagła parzystość grających zdecydowała o tym, że zawetowaliśmy (jesteśmy na czasie!) Belgijkę, grzecznie ustawiliśmy się w pary stoliczkowe i podjęliśmy rozgrywki – uprzednio oczywiście uściskawszy obie świętujące dziewczyny. Ciasto i borówki znikały w tempie odpowiednim do gry, było może ciut gwarno, ale terapie imieninowe mają to do siebie. Żeby skutecznie podlizać się naszemu Darkowi (nauki płynące z polityki) Ania2 – przy zbiorowej aprobacie! - odłożyła dla niego kilka wspomnianych smakołyków *) – taki „take away” do zabrania przez Asię. Imieniny zakończyły się zwycięstwem Asi, drugie miejsce obronił Adam, trzecie Donata. Bernadeta wywalczyła czwartą pozycję, piątkę dostała Małgorzata. Waldemar i obie Anie skoncentrowali się na swobodnym świętowaniu bez stresu – zajmując godne miejsca nieco dalej. Końcówkę tej niezwykle udanej imprezy Waldemar zagryzł smakowitą pałką z kurczaka, którą litościwa Donata cudownie przemyciła z kuchni. Czekamy na kolejne imieniny, urodziny, jubileusze... {M}
*) Bardzo dziękuję. Pochłonąłem szybciej, niż zobaczyłem. D.
19.07.2017 Sześcioro bojowo nastawionych klubowiczów zjawiło się punktualnie w progach oddziału – formację męską stanowił jednoosobowo Adam. Małgorzata zdawała relację z odbytych warsztatów zagranicznych, a pozostali starali się powtarzać głośno trudne słowa (nie ma to wpływu na zrozumienie, ale może uda się zapamiętać...). W pogodnym nastroju udaliśmy się na miejsce rozgrywek i rozdzieliliśmy zadania: rozstawianie plansz, odpalanie kompa, nakręcanie zegarów, wchodzenie na okno „celem go otwarcia”, itp. Ogarnęliśmy się w miarę szybko i dopasowawszy się we wdzięczne pary wystartowaliśmy. Zaledwie zaczęliśmy grę kiedy dziarskim truchtem wpadła Bernadeta. Trudno, odsiedziała swoje spóźnienie kibicując pozostałym i starając się nie myśleć o latających samolotach. Kolejną rundę zagraliśmy angażując do podwójnej roli Adama. Po dwóch rundkach wszystkie komuterowo zapisane wyniki znikły tajemniczo (trolle, duchy??!) i trzeba było ponownie wzbudzić osobiste zwoje odpowiedzialne za umiejetności obliczeniowe. Kierownik komputera – Asia – musiała pomknąć do domowych obowiązkow matczynych, więc obiecaliśmy solennie, że wszystko zapiszemy i zapamiętamy. Jak zwykle ostatnia runda była stricte towarzyska i pełna troski o dobrostan przeciwnika. Wzajemne pochwały, słowa uznania i ewentualnej pociechy były na porządku dziennym, a Małgorzata umilała spotkanie opowieściami z wyprawy (zachęcając szczególnie do odwiedzenia The Icelandic Phallological Museum). Z liczydła wypadło nam, że sptkanie zakończyło się ogólnym zwycięstwem Asi, przed Donatą i Anią2, która została ogłoszona gremialnie przodowniczką dnia: – w jednej z rund zdobyła więcej punktów niż nasi ogólnie znani i lubiani liderzy – chapeau bas! Kolejni w ogonku byli: Adam, Małgorzata, Bernadeta i Ania1, która z kolei zdobyła I miejsce za najlepiej wystylizowaną scrabblistkę dnia. Wzmocnieni okołopsychiatrycznym energetycznym duchem rozeszliśmy się niespiesznie jeszcze przed zachodem słońca. {M}
12.07.2017 Czesc!
Jak zawsze, co trzeci tydzień przybyłem zagrać w milym towarzystwie w scrabble. Krótka rozmowa, szuranie stołami, rozstawienie plansz i zawodników i myślimy! Szast, prast! Zahuczało, zadymiło i oślepiło. Tak właśnie rozgromiła nas Donata. W trzech rozgrywkach w czteroosobowym zestawie nasza rozgromczyni zdobyła tyle małych punktów, ile my wszyscy razem wzięci i podliczeni. Jak to się to robi zapytacie? Zapytajcie Donaty. Z pyłu jak Ferniks powstała Bernadeta i rozejrzawszy się po pomieszczeniu pospiesznie zajęła drugie miejsce. Z kurzem i piachem w oczach i zębach na pozostałe miejsce na podium wczołgał się Darek. Po uprzątnięciu wszystkiego i po opadnięciu pyłu natknęliśmy się na zywą Anię2. Skonsternowani tym znaleziskiem, obszukaliśmy pomieszxczenie jeszcze raz i jeszcze raz. W końcu, kiedy rozeszły się pożyczone naprędce psy ratownicze uznaliśmy, że to już wszystko i poszliśmy do domów. Żałujcie kto nie był, że nie był, a kto nie widział, że nie widział. Można to nadrobić kolejnym razem. Zapraszam z maskami przeciwpylowymi i kocami żaroodpornymi. Będzie gorąco! Do zobaczenia wzajemnego! {D}
05.07.2017 Nawoływania i pohukiwania na scrabblowym forum poskutkowały parzystą obecnością sześciorga uczestników w zajęciach terapeutycznych. Przybył nawet z dawna wyczekiwany Vi-Waldi, u którego objawy zdecydowanego uzależnienia od pracy rozwinęły się do stopnia najwyższego – pora na kurację odwykową. Po powitaniach i krótkich, lecz mrożących krew w żyłach opowieściach o przygodach związanych z niedawną nawałnicą w naszym mieście, udaliśmy się na miejsce łagodnej terapii. Dla rozluźnienia i wzmocnienia przepływu dobrej energii w organizmie Waldemar hojnie podzielił się swoim napojem chmielowym i już w optymalnych nastrojach zaczęliśmy zmagania. Wszyscy byli niespotykanie spokojni – prawie jak na lekach normotymicznych - w antraktach starano się nie poruszać tematów drażliwych społecznie i kulturowo, a słowa osobliwe i kontrowersyjne omawialiśmy z wdziękiem. Pojawiły się elementy edukacyjne wraz z rozpoznaniem wyrazów „ohel”, „mohel” oraz „żubruj” (czyli np. po udanym żubrowaniu mohel przycupnął przy ohelu?), co podniosło znakomicie rangę naszego spotkania. Narzekaliśmy umiarkowanie, przywykając do faktu, że los w scrabblach jest niesprawiedliwy i bezwzględny i – niestety – trzeba się przyłożyć do wkuwania słówek. Bernadeta wspomniała o możliwości uczestnictwa we wczasach scrabblowych, na które się desperacko wybiera, nawet bez Waldemara, Ania2 podkreśliła skromnie, że zdecydowanie lepiej gra się jej w towarzystwie piwa, a wspomniany Waldemar tak dalece się wyluzował, że nawet zapomniał ile punktów zdobył w rozgrywce z Asią. Niestety, trzeba było w końcu pozamykać rundki, poskładać zabawki i przypomnieć sobie o realu. Mistrzunią wieczoru została Donata, wicemisrzunią Asia, a trzecia była Bernadeta – ladies rule! Kolejna trójka to Waldek, Ania2 i Małgorzata (która w przyszłym tygodniu jedzie na warsztaty z nauki słowa Eyjafjallajoekull). Podczas opuszczania Psychiatryka dostaliśmy elektryzującą wiadomość, że Pan Od Szlabanu nie chciał wypuścić Asi (?!?!), ale w końcu wszystkim nam udało się wyjść pomyślnie. A może jednak trochę żal... {M}
02.07.2017 Udało nam się jakoś przetrzymać kolejne nawałnice burzowe i przedrzeć przez połamany drzewostan na ulubione spotkanie - w sześcioosobowym składzie. Tym razem z ciastem przywędrowała Ania1, dzięki czemu okres okołoimieninowy wydłużył się znacznie. Po rozstawieniu niezbędnych talerzyków i łyżeczek, zaczęliśmy rozstawiać mniej istotne w tym wypadku akcesoria, takie jak: plansze, zegary, itp...Darek – z wyrównanym poziomem cukru po spałaszowaniu wybornego wypieku – logicznie poustawiał składy grających i w życzliwej atmosferze podjęliśmy wyzwania. Graliśmy tak spokojnie i grzecznie jak przymulone przedszkolaki przed leżakowaniem; nikt się nie denerwował, nie lżył przeciwnika obleśnymi słowy, a wręcz przeciwnie – pochwałom i zachwytom nie było końca. Tylko od czasu do czasu dobiegały nas (mieliśmy otwarte okna, gdyż duchota była wszechobecna) intrygujące odgłosy wykładu, jaki któryś z uczestników pobocznych terapii wygłaszał w tzw. podwórku-studni. W przerwach rozważaliśmy ewentualne uczestnictwo w kolejnych turniejach (Gdańsk) lub też innych interesujących wydarzeniach. Z trzema rundkami uwinęliśmy się szybciutko – wyniki były różne: od spektakularnych do satysfakcjonujących. Przegrani gratulowali wygranym, wygrani skromnie się cieszyli – ależ było elegancko! Na pierwszym miejscu zasiadł Darek, mając po bokach Donatę (II) i Malgorzatę (III). Drugie podium uformowały Bernadeta, Ania2 i Ania1. Życząc Donacie dobrego wypoczynku (urlop! urlop!) rozeszliśmy się przyzwoicie z zaleceniem czytania i pisania na forum. {M}
21.06.2017 Na kolejne spotkanie pod hasłem „Scrabble ratunkiem na wszelkie dolegliwości” przybyło pięć pań (w tym – już po raz drugi - nowa koleżanka Roma) oraz Krzysiu, który – oderwany chwilowo od mężowsko-ojcowskich obowiązków - wspaniale dopełnił reprezentacyjne stado. Rozmieściliśmy się tradycyjnie w salce z mądrym hasłem na ścianie i po udanej próbie podłaczenia komputera i „rozkminieniu” programu rozstawiającego, rozpoczęliśmy terapię, w której efekcie zaczynamy coraz lepiej reagować na przegrane i wygrane. Poza tym opanowaliśmy już w zasadzie operowanie nowym zegarem turniejowym, co z początku wydawało się nader kłopotliwe, cóż: praxi facit perfectam! Po drugiej rundzie – kiedy Donata i Krzysiu sprawiali scrabbliczny łomot pozostałym klubowiczkom – Ania2 znalazła się na skraju głodu kawowego i chciała odpuścić rundę trzecią – towarzyską. Na szczęście uległa błaganiom Ani1 i Małgorzaty, i opakowana w rozmaite obietnice i zapewnienia wytrwała z nami do końca. Trzecią rundę rozgrywaliśmy w piątkę, gdyż koleżanka Roma wyszła nieco wcześniej, a Krzysiu grał na dwie plansze, żeby nagrać się już do przysłowiowego „zdechu”. Łatwo nie było, bo stawiał scrabbla za scrabblem, ot tak, po prostu. Wkurzało? No zupełnie nie! Co prawda brałyśmy pod uwagę różne rozwiązania wendettowe, ale skuteczność terapii jest 100-procentowa. Z kulturą i wdziękiem skonstatowaliśmy, że wygrała jednak – niewielką przewagą nad Krzysiem – Donata. Trzecia była Ania2, czwarta Ania1, piąta Małgorzata. Nowa koleżanka Roma zamykała dzielnie grupę z całkiem dobrym wynikiem. Za tydzień możemy się spotkać w grupach indywidualnych, w dowolnych konfiguracjach i miejscach, albowiem Donata zasłużenie będzie odpoczywać. Rozstaliśmy się bez nerwów, co w dzisiejszych czasach jest sukcesem. {M}
07.06.2017 Po wejściu do Sali rozgrywek w naszym Klubie Psychiatrycznym zastałem wśród znanych i lubianych twarzy jedną całkiem nową. Po bliższym rozeznaniu sprawy okazało się, że to Roma. Wprowadziliśmy po krótce koleżankę w arkana spotkań i rozgrywek (staraliśmy się nie spłoszyć, z perspektywy czasu stwierdzam, że udało się) i zestawiliśmy się w parach. Wyglądało na to, że każdemu jest przyjemnie i panuje miła atmosfera, chociaż nasze zdolności adaptacyjne rosną z wiekiem, więc do końca nigdy nie wiadomo. Czy przychodzimy tu aby wygrać, czy aby pograć? Czy ze spotkania na spotkanie znamy się lepiej i rosną nasze umiejętności? Czy doczekamy razem siędziwego wieku i jak wygląda scrabblista na scrabblowej emeryturze? Nasuwa się jedna konkluzja: należy w dziedzinie psychiatrii powołać odpowiedni kierunek - Gry Losowo-Logiczne, specjalizacja Scrabble. Sądzę, że pracy będzie aż nadto.
*) Z braku informacji (wpis tymczasowy) nie wiem kto co osiągnął na spotkaniu z wartości wymiernych skalą wygranych/przegrancyh, wiem jednak, że za każdym razem wychodzimy z dodatkowymi wrażeniami i przemyśleniami.
* - wpis zostanie zastąpiony klasyfikacją już wkrótce. {D}
31.05.2017 Na cotygodniowym spotkaniu tym razem stawiła się szóstka – pięć pań i Adam. Było nieco ciepło, więc troskliwa Donata zorganizowała dla ogółu wodę (i kubki), a poza tym odnalazło się w szafce samotne piwo. Próby otworzenia butelki piwnej okupione zostały raną szarpaną u Adama, ale błyskawiczne pogotowie ratunkowe zapewniła Bernadeta i jej plasterek na wszystko. W końcu stary wypróbowany sposób (z wykorzystaniem framugi), który zapamiętała Małgorzata, zadziałał. Szlachetnym trunkiem podzielili się – niestety – tylko Ania2 z Adamem, gdyż pozostałe osoby – nawet te na największym głodzie (Asia) – przybyły jako zmotoryzowane. Jak już rozkręciliśmy imprezę, to przystąpiliśmy do rozgrywek. W pierwszej rundzie zaistniało domniemanie niekoleżeńskości w parze Bernadeta – Donata, kiedy Donata wystrzałowym headshotem zakończyła grę, a Benia została z płytkami. Generalnie można by przyjąć, że wygrane są niekoleżeńskie, a przegrane szlachetne, byle humor dopisywał, a tego nie brakowało. Słowa dziwne i prześmiewcze sprawdzaliśmy gdzie się dało, przeważnie zespołowo. Sąsiednie terapie kusiły kinem domowym oglądanym na leżąco, piwo się skończyło, została pogoda ducha. W kolejnych rundach zamiennie prezentowaliśmy koleżeńskość i szlachetność, a Benia odkuła się na Donacie zgarniając w trzeciej rozgrywce tyle punktów, że w ostatecznym podsumowaniu była od niej o 3 punkty wyżej. Zakończyliśmy o przyzwoitej porze i podliczyliśmy wyniki. Asia zwyciężyła, przed Bernadetą (zaskoczoną swoim dobrym wynikiem) i Donatą. Kolejni byli Adam i Ania2, a Małgorzata ponownie była najszlachetniejsza. Terapia zdecydowanie działa! {M}
24.05.2017 Nic tak nie koi starganych codzienną rzeczywistością nerwów jak solidna wygrana/przegrana (niepotrzebne skreślić) podczas terapii scrabblowej w niezawodnym psychiatryku. Przed zasadniczą sesją krótkie zebranie sprawozdawcze z pobytu w Konojadach poprowadziła Bernadeta, którą organizatorzy konojadzkiego turnieju powinni natychmiast nominować na głównego marketingowca tej imprezy i nagrodzić ad hoc za promocję. Z przekazów naszej członkini PFS wynikało, że wszystko się udało i nawet nasz Vi-Waldi został nagrodzony czajnikiem za numerek (a jaki, to żeby wiedzieć, trzeba przychodzić na spotkania). Po dotarciu Asi z nieodłącznym bidonem udałyśmy się do sali przesłuchań, gdzie niespiesznie ustaliłyśmy, która z pięciu przybyłych klubowiczek przyjmie na siebie rolę podwójnej graczki. W pierwszej rundzie zadania podjęła się Asia, w drugiej Donata – czyli nasze rankingowe klubowe tuzy. Wirtualną szóstą grającą została nieobecna ciałem Ania1, która aktualnie wciela się na ziemiach Wikingów w rolę dzielnej Lagerthy. Gra toczyła się w niespotykanym spokoju – twój ruch, zegar pstryk, mój ruch, zegar pstryk, wymiana, pstryk, czyj ruch „łomatko”??? Pod koniec drugiej rundy drzwi zaczęły się same otwierać, cóż, w końcu to psychiatryk, wszystko możliwe. Okazało się jednak, że to nie spirytualne wibracje czy też podprogowe omamy tylko mała Natalka, która przybyła wraz z tatą, a że jest jeszcze całkiem mała to prawie niewidoczna... Natalka szybko pogoniła mamę Asię do domu, żeby nie było wątpliwości kto rządzi, a pozostała czwórka dokończyła grę i zapiski. Pierwsze miejsce przypadło Asi, drugie Donacie. Bernadeta i Ania2 były kolejne, a na szarym radosnym końcu sznurka supełek wiązała Małgorzata.
Za tydzień kolejna regeneracja, zapraszamy! {M}
17.05.2017 Tym razem nasze spotkanie odbyło się we wdzięcznych domowych pieleszach u Donaty. Z miłego zaproszenia skorzystały cztery osoby, więc łącznie z Gospodynią było nas pięcioro plus sympatyczny piesek. Było niezwykle miło – pijąc doskonałą herbatę i pojadając podwieczorkowe słodkości, prowadziliśmy kulturalne rozmowy i - delektując się wykwintnym własnym towarzystwem - gdzieś w tle, jakby od niechcenia – ustawialiśmy na planszach różne słowa. Moglibyśmy w zasadzie grać w cokolwiek lub nawet nie grać w ogóle i też byłoby super. Darek – jako jedyny grający z nami facet (zarówno Pan Mąż jak i Pan Tata Donaty preferują inny rodzaj spędzania wolnego czasu, trochę szkoda...) wziął na siebie rolę podwójnego gracza i szło mu nadspodziewanie dobrze. Sympatyczny piesek usiłował podrywać po kolei każdą z nas, co było interesującym urozmaiceniem tegoż spotkania. W zasadzie wszystkim graczom grało się nieźle, a że ktoś musi wygrać a ktoś przegrać, to już taka natura tej niezwykłej gry, trudno. Po dwóch rundach kwalifikowanych na pierwszym miejscu stanęła Donata, a za nią dzielny podwójny Darko-Kamil z drugim i trzecim miejscem w garści. Kolejne były: Ania1, Małgorzata i Ania2, wszystkie z satysfakcjonującą punktacją. Tymczasem piesek porzucił zaloty ukierunkowane na klubowiczki, na rzecz pluszowego misia. Po wyjściu Darka pędzącego do domowych obowiązków rozegrałyśmy tradycyjną towarzyską rundkę, podczas której roztrząsałyśmy kwestę naszych postępów w grze: czy są arytmetyczne czy może – och, jakbyśmy chciały! - geometryczne. Stanęło na tym, że w ogóle są, więc jest dobrze. Po zapakowaniu cennego sprzętu w kuferki i uściskaniu gościnnej Donaty wyznaczyłyśmy azymut i oddaliłyśmy się w odpowiednich kierunkach. Ani1 życzymy udanego wyjazdu do krainy Wikingów! {M}
10.05.2017 W związku z faktem, że Donata - obarczona dodatkowymi obowiązkami służbowymi – nie mogła roztoczyć nad nami opieki w psychiatryku, spotkaliśmy się w wyziębionych murach fordońskiego klubu. Taki swoisty survival, ale w sympatycznym – co oczywiste – gronie. W drzwiach witał klubowiczów Darek z najgrzeczniejszą na świecie Natalką, która – szczelnie osmoczkowana - z zapałem wbijała pinezki w tablicę korkową i nie chciała się odezwać. Odzywał się jakiś czas rzeczony Darek: rozdał wszystkim nowe ściągawki z „trójkami” i „dwójkami” i konsultował wyprawę na inowrocławski turniej. Niestety Asia też nie mogła dotrzeć na spotkanie, a nie byliśmy do końca pewni jak długo Natalka zechce stać przy tablicy,, więc troskliwy ojciec też nie zdecydował się na rozgrywkę. Wybrał wyprawę do Lidla po croissanta dla dziecka, a do gry – po stosownych komunikatach i pouczeniach – przystąpiły cztery osoby: Ania1, Adam, Bernadeta i Małgorzata. Cóż, żadnych spektakularnych wydarzeń pobocznych nie odnotowaliśmy, trzy rundy przebiegły bez zakłóceń, aczkolwiek Bernadeta przebąkiwała, że nie może dobrze myśleć poniżej pewnego poziomu temperatury. Jakoś wytrwaliśmy i tym razem wszystko wygrał Adam – bezwzględnie i bezlitośnie, z mnóstwem punktów wszelakich. Bernadecie musiało się jednak myśleć całkiem dobrze, ponieważ jej drugie miejsce także miało wysoką punktację, Małgorzata i Ania1 całkiem przyzwoicie przegrały i z godnością przyjęły dalsze nominacje. Fordoński klub zamknął Darek, który zrobił na nas duże wrażenie pojawiając się na dobranoc w militarnej kurtce wysokiego zaszeregowania. Spodziewamy się konsekwencji w postaci wizyty szefa MON. Zaproponujemy mu partyjkę i Donata go rozmiażdży. Przynajmniej na planszy... {M}
26.04.2017 Nieprawidłowo skonfigurowana wiosenna aura przerzedziła nasze terapeutyczne grono do damskiej czwórki (i to bez sternika) w wyjątkowym składzie: Ania1, Bernadeta, Donata i Małgorzata. Ani chybi zmierzamy do matriarchatu, bo mimo uważnego wypatrywania pierwiastków męskich, żaden się nie pojawił. Tak więc jak dzielne „towarzyszki” po wojnie narodowooczyźnianej zatargałyśmy samodzielnie sprzęt scrabblowy do salki przesłuchań (z ciemną szybą) i pogodnie ustaliłyśmy ponure szczególy rozgrywek. Liczba uczestniczek była determinantą zasad gry, czyli każda z każdą – prawie jak podczas rzymskiej uczty biesiadnej, jakkolwiek frywolnie by to brzmiało. Przed samym przystąpieniem do zmagań wspomniałyśmy przez chwilę scrabblistę Mirka Dejnę, o którego odejściu poinformowała nas Donata (ta smutna wiadomość pojawiła się na twarzoksiągu). Rozegrałyśmy trzy szybkie rundy w zdumiewającym spokoju, chyba pozostali pacjenci mieli wychodne lub też szef kuchni „zadał” bromu w wydawanych potrawach. Wygranym oddawałyśmy należne słowne hołdy pełne wyrazów zachwytu, przegrane spotykały się z życzliwą pociechą połączoną z uznaniem za dzielność w radzeniu sobie z niesprzyjającymi okolicznościami przyrody. Wygrała niepodzielnie Donata, zagarniając mnóstwo punktów dużych, małych i wszystkich innych. Bernadeta dzielnie obroniła drugie miejsce, Małgorzata cieszyła się z trzeciego, a Ania1 za czwarte została nagrodzona próbką zapachową firmy Boss. Przy entuzjastycznym pożegnaniu wykazałyśmy obywtelsko-przyjacielską troskę o bezpieczny powrót do domu Ani1, która to miała w perspektywie pokonanie potencjalnie niebezpiecznej trasy do przystanku, ale obiecała solennie, że nie będzie kluczyć po zaroślach. Po tym zapewnieniu z ulgą rozeszłyśmy się w rozmaite świata strony. {M}
19.04.2017 Sześć nadaktywnych człokiń naszego klubu, które za nic sobie miały arktyczną wiosnę i przygruntowe przymrozki, przybyło ochoczo na spotkanie. W zamkniętych przestrzeniach oddziału było ciepło, ba! - gorąco, więc lekko przemarzłe zwoje mózgowe szybko się rozgrzały. Zaczęłyśmy jednak od odprawy księgowej oraz przyziemnej, ale jakże istotnej buchalterii. Bernadeta precyzyjnie omówiła aktywa i pasywa, przedstawiła bilans strat (kilkoro graczy wypadło) i zysków (nowy turniejowy zegar elektroniczny). W związku z faktem, że klubowa sakiewka zaczęła świecić pustkami szybko podjęłyśmy odpowiednie kroki uzupełniające i dopiero - po odchudzeniu w tym celu własnych portfeli oraz odnotowaniu wpływów - przystąpiłyśmy do towarzyskich rozgrywek. Naszą atmosferę skupienia i umiarkowanej powagi równoważyły ucieszne okrzyki dochodzące z sąsiednich sal terapeutycznych. Trzy rundy przeleciały jak Maciarewicz pod Luboniem i ani się obejrzałyśmy, a Donata wszystko wygrała. Scrabblowy biesik przyznawał blanki w sposób daleki od powszechnie rozumianej sprawiedliwości, ale na to nie mamy wpływu, więc starałyśmy się wedle zasady „robim co możem”. Asia uzyskała drugie zaszczytne miejsce, a Bernadeta umościła się na trzecim. Kolejne trzy miejsca przypadły Małgorzacie, Ani2 i Ani1. Pożegnałyśmy się i z wysoko pozycjonowanym poczuciem przyzwoitości udałyśmy się w drogę powrotną do naszych miejsc stałego zasiedzenia... {M}
05.04.2017 Na cotygodniowe spotkanie intelektualno-rozwijające w ramach terapii scrabblowej zjawiliśmy się w ilości nieparzystej. Zgodnie z deklaracją piwa było więcej, ale w granicach czujności i przyzwoitości. Nasza zwyczajowa salka zapełniona była ozdobami okołowielkanocnymi oraz rozlicznymi materiałami do produkcji takowych. Na szczególną uwagę zasługiwały króliczki wykonane ze skarpet i szczodrze wypełnione ryżem długoziarnistym. W razie czego przyda się do risotto. Ale żeby nie było tak beztrosko Darek zarządził szybką inwentaryzację płytek i ustawianie kwadracików, a Bernadeta zauważyła, że przestaliśmy oplacać skladki i na następnym spotkaniu powinniśmy uzupełnić fundusze klubu. Rozważaliśmy też opcje majowej wyprawy do Inowrocławia – kto z kim, jak, kiedy i po co. Po wygrane oczywiście. W końcu przystąpiliśmy do rozgrywek, z Darkiem w podwójnej obsadzie. W pierwszej rundzie zdecydowanie najweselszą parę stanowili Waldemar i Ania2, aż uprzejmy telefon komórkowy Waldka odezwał się na nutę „law level!”, co zinterpretowaliśmy jako naganę za niski poziom gry. Tak więc tubalne „Ale nie rozmawiamy!” (znów Waldemar) - sprowadziło nas na ziemię i do porządku. Było gorąco i czerwono na twarzach – emocje rosły i opadały, ale poczucie bezpieczeństwa i w zacnych murach oddziału było constans. Podobnie jak wysoka kultura, czego dowodem było chociażby to, że w pewnym momencie gry przeszliśmy chwilowo na język francuski. Pięknie i dostojnie – jak na paryskich salonach – oh belle! Drugą rundkę zakończyliśmy w przyzwoitym czasie i dobrych nastrojach, roztaczając marzycielskie wizje o dłuższym relaksacyjnym pobycie w życzliwym otoczeniu oswojonej służby zdrowia naszego ulubionego oddziału. Wygrała Donata przed Darkiem i Waldemarem. Następne na podium były Bernadeta i Ania1 z okalskującymi je kolejno Małgorzatą i Anią2. Pospiesznie uprzątnęliśmy sprzęt i – niektorzy biegusiem, inni spokojniej – wróciliśmy do rzeczywistej rzeczywistości. Za tydzień przynosimy kasę na składki. Zero piwa. {M}

Wesołych Świąt!
29.03.2017 /> XX.03.2017 Ostatnie trzy spotkania terapeutyczne pod hasłem „scrabble są wśród nas” odbyły się w atmosferze pełnej konspiracji, co wynikało – być może - z intensywnego treningu do zbliżającego się turnieju. Jakiego – tego też do końca nie wiadomo, ale jakieś zdecydowanie są przewidziane w rozpisce PFS. Dlatego też starannie ukryto przed upublicznieniem ilość uczestników, zdobyte miejsca i przebieg spotkań, aby nie było przecieków dla podstępnie węszących przeciwników z ościennych klubów. Oczywiście średnio zorientowany zjadacz pieczywa domyśli się, że zapewne w czołówce były te osoby, co zwykle, a pozostali gracze walczyli do upadłego (to zapowiadano wszak też na forum). Koniec świata, a tym bardziej klubu, nie nastąpił, co należy odnotować z niekłamaną satysfakcją. Udane zabiegi konspiracyjne zakończyły się pełnym sukcesem – nieobecni nic nie wiedzą i nic nie powiedzą, co w dzisiejszych skomplikowanych czasach należy uznać za doskonałe ćwiczenie. Zgodnie z zasadą: mniej wiesz, krócej będziesz przesłuchiwany... {M}
01.03.2017 Do przytulnego niewątpliwie Psychiatryka przybyło nas sześcioro: panie o inicjałach układających się w słowo JADAM i Adam. Czekając na zamknięcie listy aktywnych uczestników terapii scrabblowej wspominaliśmy z zaintrygowaniem szachistę Jarka oraz fakt, że wkrótce chyba skończy się mu okres orbitalny. Cóż, może zajrzy do nas jak zostanie arcymistrzem. Tymczasem Donata powiodła nas labiryntem korytarzy do salki na parterze, tej, w której zawsze można znależć jedzenie. Tym razem były jogurty i przesłodzone napoje oraz rysunek z trupią czaszką na ścianie, a obok zdjęcia wiewórek. Asia rozstawiła sprzęt, Adam plansze, a Ania2 – jeszcze słabująca po chorobie – starała się nie wywrócić. Sprzęt nas podobierał, po czym pokazał figę z makiem, jak próbowaliśmy sprawdzić słowa trudne i zmyślone. Nota bene mistrzem wymyślania był na tym spotkaniu Adam, który zaskakiwał inteligentnymi słowami, jakich słownik – po pewnym czasie rozbudzony ponownie do pracy - nie dopuszczał. Tempo gry w parach było bardzo zróżnicowane – od błyskawicznego, przez umiarkowane, do niespiesznego. Dłuższe przerwy umilaliśmy sobie wymądrzając się na tematy rozmaite oraz ciesząc się własnym wykwintnym towarzystwem. Asia rozmarzyła się w tęsknocie za prawdziwymi domowymi faworkami, na co Donata zdeklarowała swoją gotowość do usmażenia takowych, ale po poście. I ta skromna uwaga uzmysłowiła nam, że wszak mamy Popielec i „nadejszła” chwila postu właściwego. Ale czy będziemy sobie umieli odmówić przyjemności grania w scrabble? Otóż przyjęliśmy, że jest to ćwiczenie chroniące przed chorobami otępiennymi i niezbędne do przetrwania.
Po dwóch profilaktycznych rundkach zakończyliśmy. Asia – marzycielka wygrała zdecydowanie; w rozgrywce z Anią2 postawiła aż 4 scrabble. Druga była Donata, a w dalszej kolejności Małgorzata, Ania2, Adam i Ania1. Rozstaliśmy się uprzejmie, Małgorzata zaapelowała o prowadzenie niezbędnych dla potomności zapisków, podczas swojej umiarkowanie radosnej nieobecności. Za tydzień najprawdopodobniej spotkanie w Fordonie – piszcie, czytajcie, sprawdzajcie. {M}
22.02.2017 Pogoda „pod psem„ jest moim skromnym zdaniem określeniem krzywdzącym dla tych sympatycznych zazwyczaj zwierząt, może powinniśmy mawiać "pogoda jak przed niezadowolonym scrabblistą"? Wszakże taka aura panowała w czwartek, dniu wyznaczonym na kolejne nasze klubowe spotkanie. Tym razem na miejsce rozgrywek wyznaczony został Klub w Fordonie. Pierwsza na plac boju przybyła Donata, krótko po niej Ania1. Umilały sobie czas oczekiwania towarzyską pogawędką i obserwacją Bernadety, która to pojawiała się i znikała. Po odbyciu rundki w kierunku fordońskiego rynku, zaparkowała naprzeciwko „Biedronki „. Widziano ją potem udającą się do tegoż marketu by znowu zniknąć po jego opuszczeniu. Po kilku minutach intensywnych inwigilacji, wdzięczny obiekt w postaci Bernadety dołączył w końcu do dwóch klubowiczek. Wraz z nią pojawiła się również Asia z latoroślą na ręku i z zagadką do rozwikłania na ustach w brzmieniu: "gdzież to zniknął Darek, który jechał za nią i jeszcze nie dojechał". Wkrótce dotarł i on z drogocennym kluczem do klubu i rozgrywki mogliśmy zaczynać. Asia zajęta swoim podstawowym obowiązkiem, czyli opieką nad Natalią, musiała z gry zrezygnować. Z jakim trudem jej to przyszło – nie będę komentować.
Czwórka graczy: Donata, Bernadeta, Ania1 i Darek zdecydowała się bez głosowania na rozgrywki „Każdy z każdym„. W miłej atmosferze zamiar został zrealizowany, czyli każdy zagrał z każdym. Wyniki nie były zaskakujące (może tylko trochę dla Ani1, która jeszcze wygrywa stosunkowo rzadko) – pierwsze miejsce z kompletem zwycięstw i największą ilością małych punktów zajęła Donata, dalej Darek , Ania1 i Bernadeta. Wszyscy uczestnicy mniej lub bardziej ukontentowani udali się do domów z zamiarem spotkania się za tydzień, tym razem w „Psychiatryku„, być może w liczniejszym gronie. A nieczuły, oziębły deszcz padał dalej… {A1}
15.02.2017 Przyjawiło się nas czworo, czworo mocno nastawionych na podbicie turnieju w Inowrocławiu. Donata, Ania, Asia i Adam. Zagraliśmy po trzy partie. Każdy cieszył się ze swoich wygranych, Ania wygrała z Adamem, Adam wygrał z Donatą, Asia wygrała z Anią i Adamem a Donata wygrała z Asią i Anią wygrywając jednocześnie całe rozgrywki. Zaraz po niej uplasowała się Asia, Adam i Ania. Każdy walczył jak lwica albo lew. Jak przygotowania do turnieju, to pełną parą. Wszyscy graliśmy na czas z zegarami, dodatkowo Adam zdecydował się na wykreślankę, czym zmotywował Asię do tego samego. Wszyscy przyswajamy sobie słowa z nowego słownika, Adam zaskoczył nową trójką „ent”, która niedawno się pojawiła. Oby tak szło w trakcie turniejów, a o bydgoskim klubie będzie głośno. {A}
01.02.2017 Z wstępnych deklaracji na forum wynikało, że do Psychiatryka przyjdzie tylko najbardziej widocznie potrzebująca Małgorzata, toteż radość zapanowała, jak w progach zacnego oddziału pojawiły się w równym tempie obie Anie (obecność Donaty jest akjsomatem). Po dotarciu umiarkowanym krokiem do salki terapeutycznej otrzymałyśmy elektryzującą wiadomość, że oto właśnie zaraz nadbiegnie Asia, dzieki czemu sprzęt komputerowy zyskał bardziej fachową obsługę. Bez większych oporów Asia dzielnie przyjęła na siebie rolę podwójnej rozgrywającej, z wirtualną Bernadetą jako swoim alter ego. W pierwszej rundzie przeciwniczkami Asi były obie Anie, a Donata grała z Małgorzatą. Panie A, A, A grały niespiesznie – z uwagi na okoliczności, natomiast Donata w swoim szybkim tempie (trening! trening!) zręcznie ograła dzielnie stawiającą opór Małgorzatę, po czym obie panie oddały się przyjacielskiej pogawędce o sprawach rodzinnych i przyziemnych, które zawsze interesują kobiety. Omówiły kwestie diet wpływajacych na lepsze samopoczucie, różnic kulturowych na świecie i w najbliżym gronie oraz skomentowały błyskotliwie serię zdjęć z różnych interesujących miejsc i sytuacji. Dysponująca podzielną uwagą Asia dorzuciła tymczasem zatroskaną uwagę na temat planowanego przez Darka udziału w jakimś przedsięwzięciu dla biegających „rzeźników”, co wywołało zrozumiałe poruszenie i przepływ zatroskania o kolegę na pozostałe osoby. Tymczasem Ania2 zadała intrygujące pytanie: – Co to są ZWY? Umiarkowanie błyskotliwa odpowiedź Małgorzaty: – To taka trzyliterówka – spowodowała zbiorową radość zespołu (jest to mianownik liczby mnogiej od ZEW – sprawdzone w poczuciu wstydu...).W drugiej połowie drugiej rundki nastąpiła niespodzianka – wpadł rzeczony Darek z Natalką za pazuchą. Dziecko było nadzwyczaj grzeczne i spokojne, jakby przeczuwało, że tak właśnie trzeba się zachowywać, aby jednak nie zostać zatrzymanym na oddziale. Zniewolona urokiem małoletniej przyszłej scrabblistki Małgorzata prowadziła jednostronną konwersację z Natalką, zachwycona, że oto jest dziewczynka, która słucha i nie odpyskowuje (po osobistych doświadczeniach – rewelacja!) i jeszcze dodatkowo wie co to jest Lidl i potrafi pokazać logo. Hm.
Niespodzianek w trakcie gry nie było. Asia i Donata nastawiały tyle scrabbli, że szkoda gadać. W sumie zwyciężyła Donata przed Asio/Donato/Bernadetą, Asią, Małgorzatą, Anią 1 i Anią 2. Było jak zwykle niezwykle miło. Na zakończenie z tęsknotą pomyślałyśmy o nieobecnych od jakiegoś czasu kolegach, może jednak wpadniecie na partyjkę? Niezobowiązująco? Czekamy! A propos: być może w przyszłym tygodniu zajęcia odbędziemy w Starym Fordonie, w czwartek. Sprawdzajcie na forum! {M}
25.01.2017 Podstępny wirus grypy (lub też inne podłe okoliczności) lekko przerzedził nasze scrabbliczne grono i do Psychiatryka dotarły tylko cztery dzielne klubowiczki. Grono skromne, ale bardzo udane; zwykle oprócz umiarkowanie zaciętych bojów panie „toczą” odważne dysputy społeczno-polityczne, rozprawiają się z możnymi świata tego umiarkowanie komentując obecne wydarzenia i możliwe zagrożenia. Taki damski „Klub Pickwicka”. Umościwszy się w naszej salce, która przypominała nieco zaplecze magazynowe dla ozdób świąteczno-karnawałowych, rozegrałyśmy w eleganckim stylu trzy rundki - każda z każdą. Dla dodania sobie energii lub otuchy miałyśmy do dyspozycji cztery cukierki i trochę dyżurnych pierniczków, co pomagało utrzymać stały poziom cukru i dobrego humoru. Ania1 miała blankowego pecha (gładkie płytki trafiały się przeciwniczkom), ale nie traciła rezonu. Ania2 jak zwykle mantrycznie komentowała wszystko, od czasu do czasu przyjmując telefony w pilnych sprawach życiowych. Donata wdzięcznie nadawała tempo grze i gromadziła nadwyżki punktowe, a Malgorzata delektowała się atmosferą zakładu. Trzy rundki przeleciały szybciutko – jak nasz ulubiony minister pod Lubiczem – ale bez ostrej końcowki. Pożegnałyśmy się z kulturą i słowem na czwartek, po czym z odpowiednią szybkością rozeszłyśmy się do zajęć własnych. {M}
18.01.2017 Takiego tłumu na scrabblowym oddziale terapeutycznym już dawno nie było: oprócz stałej ekipy przybyli Łucja i Krzyś z dzieckiem oraz – z Wysp Brytyjskich – Paulina i Kamil jeszcze bez dziecka. Radości było co niemiara, poszukiwanie stosownej salki zakończyło się sukcesem i nawet mała Madzia była zadowolona. Darek (mimo zimy – bez kurtki, ale w pełnych butach!) pochwalił się nowym urządzeniem do organizowania rozgrywek, plansze zostały rozłożone i przystąpiliśmy do bojów. W pierwszej rundzie rolę podwójnego gracza przyjął na siebie Krzyś. Z elegancją rozgromił swoje przeciwniczki, po czym zgarnął rodzinę i podziękował za ciąg dalszy. Coż, mała Madzia i tak wykazała dużą dozę cierpliwości, a nam w grupie wyrównał się stan osobowy do liczby parzystej. Druga runda przebiegała w niepokojącej ciszy – po chwili dotarło do nas, że nie jest to efekt zbiorowego focha, tylko nieobecności latorośli Łucji i Krzysia. W tych spokojnych okolicznościach Adam na początku swojej gry zaimponował ruchem za 167 punktów, a rundkę zakończył wdzięcznym headshotem. Brytyjska młodzież wcale nie wyszła z wprawy, a wysoki poziom naszego spotkania motywował do myślenia nawet w kłopotliwych (?) sytuacjach otrzymania dwóch blanków jednocześnie. Znużony służbowymi telefonami i dokuczliwą rzeczywistością poza murami Psychiatryka Waldemar zapragnął ponownie pozostać na oddziale na dłużej, cóż, nie jest odosobniony w tym marzeniu...
Rozgrywki zakończyliśmy przed rytualną kąpielą Natalki i podsumowaliśmy wyniki. Bezwzględnie wygrała Donata uzyskując 852 pkt. Na podium usadowili się jeszcze kolejno: Darek, Kamil, Paulina i Adam. Pozostali wypadli równie doskonale, tylko podium było za ciasne. Uściskaliśmy zagraniczną młodzież, pozbieraliśmy sprzęt i ruszyliśmy na spotkanie z Panem Barierkowym. A jak wypuści – to do domu, a jak nie – to też będzie fajnie, o czym już wiemy. {M}
11.01.2017 Ani zamieć ani zawieja nie odstraszyły ani Ani1 ani Ani2 ani Asi ani Donaty. W pełni sił, zdrowia i dobrego humoru Gospodyni naszego psychiatrycznego lokalu uraczyła nas gorącą czarną oraz owocową herbatką. Asia przyniosła zalegające pierniczki (i będące zalegać) odłożone na czarną godzinę oraz ptasie mleczko i w takich słodkich okolicznościach rozpoczęłyśmy rozgrywki. W nielicznym ale zacnym i pełnym niezmożonych chęci gronie udało nam się rozgrać trzy partie systemem często spotykanym w życiu, a mianowicie „każdy z każdym”. Pierwszą grę w fantastycznym stylu wygrała z Asią Ania1, która położyła scrabble na potrójnej premii i zaraz w drugim ruchu, jak gdyby nigdy nic dołożyła do niego jedną literkę na kolejnej potrójnej premii uzyskując tylko tymi dwoma ruchami 153 punkty. Drugą partię z Anią2 wygrała Asia miażdżąc przewagą dwustu punktów. Ostatnia runda okazała się być decydująca. W walce o wszystko wzięła udział Donata, Asia i Ania2, z których każda miała po dwie wygrane. W trakcie ostatniej partii Asia musiała wyjść służbowo w celach prywatnych na 5 minut, czym zawiesiła grę z Donatą, powodując tym samym niezły chaos, ponieważ na dworze nadal wiało, padało, śnieżyło i mroziło, a drzwi wejściowe zatrzasnęły jej się na głucho przed nosem i pozostawały nieme i nieczułe na tupanie i słabnące z czasem szarpnięcia. Na szczęście Asia wzięła ze sobą telefon, na który już mniej szczęsliwie nie odpowiadała ani Ania1 ani Donata. Ania2 permanentnie prześladowana podczas dzisiejszego spotkania telefonami (mniej gluchymi niż drzwi) nie zawiodła i uratowała Asię z opresji, więc udało się dokończyć ostatnią rundę przed zamarznięciem naszej opresantki.

O sukcesie zadecydowały małe punkty, których Asia uzbierała najwięcej plasując się na pierwszym miejscu przed Donatą, Anią1 i Anią2. I tak się to właśnie wszystko skończyło. A ja tam właśnie byłam, wina i miodu nie piłam, ale to co widziałam, ślicznie Wam tu opisałam. {A}
04.01.2017 Pierwsze nasze spotkanie w nowym, nastałym nam pomyślnie roku, nie było pomyślne, chociaż w wesołym otoczeniu. Spotkaliśmy się w odpowiednio parzystym gronie, w radosnym i świątecznie przystrojonym psychiatryku. Byłoby więc idealnie, ale dwie nasze czołowe scrabblistki wyraźnie zaniemogły gastrycznie. Były jednak bardzo dzielne i zasiadły do gry, co prawda lekko zzieleniałe na licach, lecz z mocnym postanowieniem wytrwania. Nowy komputer podobierał nas optymalnie, chociaż były zastrzeżenia co do słownika, który – jak złośliwy biesik – podawał nieprawdziwe informacje. Graliśmy z wysokim poziomem stresu z powodu wysokiej empatii i troski o nasze niedomagające koleżanki. Nieco rozluźnienia do atmosfery wprowadzały frywolnie wznoszone okrzyki: - „A teraz idziemy na jednego!” - z pozostałych salek terapeutycznych. Wyraźnie zachęceni Waldemar i Małgorzata wyrazili zainteresowanie dłuższym udziałem w zajęciach na oddziale, tym bardziej, że jesteśmy stale narażeni na stany lękowe z powodu np. możliwości przegrania partii. Pierwsza runda przebiegła w miarę gładko, nawet Asi – pomimo wyraźnej niedyspozycji – udało się postawić 4 scrabble, a krótkie interwały ratujące zdrowie nie wpływały na płynność rozgrywek. Druga runda została z konieczności nieco skrócona, chociaż niektórzy koledzy gładko dokończyli swoje partie. Błyskawiczny porządek i bezceremonialne pożegnanie również podyktowane były naglącą potrzebą znalezienia się w kojących pieleszach domowych. Wygrane i przegrane jakby nie miały znaczenia, ale jakieś podsumowanie zrobimy i zamieścimy. Obyśmy zdrowi byli przez cały rok! {M} Klasyfikacja: I.Waldek, II.Asia, III.Adam, Bernadeta, Małgorzata, Donata, Ania2, Ania1.
BTW
Asia nie dokończyła partii, oddając tym samym honorowo zwycięstwo zdrowszemu na oko Waldkowi. {D}
22.12.2016 Na spotkanie przedświąteczne – do fordońskiego klubu – przybyło nas dziesięcioro, w tym zgodnie zasmarkani członkowie PFS oraz mała Natalka, której zapobiegliwi rodzice zatkali buzię smoczkiem-gryzaczkiem na pół twarzy. Zdecydowanie postaraliśmy się, aby nasze scrabbliczne jasełka były udane: dzieciątko już było, zgromadziliśmy nieco słodkości do pogryzania, Adam, Darek i Waldek prezentowali się godnie - jak Trzej Królowie wśród pasterzy (pasterek?), a pasterze (pasterki) śpiewali kolędy i pastorałki z towarzyszeniem gitary obsługiwanej wdzięcznie przez Małgorzatę. Pięknie i radośnie. Świętym Mikołajem była Donata, która obdarowala nas przepięknymi rękodzielniczymi wyrobami własnymi, co wprawilo nas w niewysłowione osłupienie i niekłamany zachwyt. Głosy kolędnicze rozkładały się równomiernie, kolęda szła w świat – a przynajmniej w Stary Fordon – a nerwowy pan z górnego piętra nie interweniował. Po części artystycznej postanowiliśmy rozegrać dwie rundy świąteczne, z Darkiem w roli podwójnego rozgrywającego. Donata zawnioskowała, aby – biorąc pod uwagę poprawność polityczną – przestać nazywać Darka Prezesem, co zostało przyjęte bez zastrzeżeń, po ciemku i z pełnym kworum (rozważamy DD (Darek Dyktator), MD (Miłościwy Darek), DA (Darek Absolutny) oraz inne propozycje). Sama gra przebiegała bez zakłóceń, udało się nawet dziewczynom wygrać z Asią, której waleczna natura scrabblistki ustąpiła miejsca priorytetom matczynym i skierowała większość uwagi na buszującą wśród krzeseł i stolików dziewczę. Ponieważ nie byliśmy zgodni co do tego, czy grać z zastosowaniem nowego słownika, a może jednak pozostać przy starym – rozstrzygnięć dokonywaliśmy w dobranych parach. W tej to miłej i terapeutycznej atmosferze czas poleciał jak doniczka z dachu. Natalka – która mogłaby wygrywać wszystkie konkursy na najgrzeczniejsze dziecko świata – też wydawała się ukontentowana, tym bardziej, że dostała w końcu pierwszego w życiu pierniczka. Przedświąteczne rozgrywki wygrała Donata, uhonorowana czekoladą Milka (lokowanie produktu!), drugi był beztroski ojciec Darek, trzecia Małgorzata, czwarta Bernadeta, piąty Adam. Przed udaniem się do swoich domowych stajenek uściskaliśmy się serdecznie, życząc sobie samych miłych, dobrych i mądrych rzeczy. Wesołych Świąt i do zobaczenia po Nowym Roku! {M}
14.12.2016 Po dłuższej przerwie powróciliśmy do Psychiatryka, a ponieważ czas jest trudny i przedświąteczna irytacja rozsiewa się jak wirus, był to najlepszy moment. Na terapię scrabblową przybyło sześć klubowiczek i Adam – męski pierwiastek dla dobrostanu w grupie. Ozdrowiała Donata przeprowadziła nas (prawie jak wycieczkę) w nieco inną stronę zakladu, gdyż w „naszej” salce trwały nieustanne prace manualno-artystyczne. Dostaliśmy do dyspozycji stołówkę wraz z niezjedzonymi kanapkami i mnóstwem miejsca. W trakcie zamotanych ustaleń kto ewentualnie mógłby zagrać na dwie plansze, Donata niespodziewanie zaproponowała Belgijkę. Część zareagowała ochoczo i przychylnie, natomiasta nasza Ania1 zaczęła natychmiast rozważać strzelenie focha i powrót do domu – namówienie jej do pozostania odnotowujemy po stronie sukcesow negocjacyjnych. Asia z zapałem i radością demonstrowaną skokami do sufitu zgłosiła się na „workową” i usadowiła w pozycji nauczycielki panującej nad niegrzeczną klasą. Chwilę trwały ustawienia sprzętu i konsultacje z Darkiem w kwestii brzęczyka, po czym – w lekko już rozluźnionej atmosferze – przystąpiliśmy do gry. Losowanie przebiegało sprawnie, aczkolwiek zestawy na stojaku często były wyzwaniem. Pierwszego scrabbla MROZIKI (na potrójnej premii!) postawiła Asia, która tym samym wysunęła się na prowadzenie. Tymczasem zadzwonił Vi-Waldi, czyli Waldemar, który złożony jakaś niemocą nie mógł nam towarzyszyć, ale dał znać, że myśli przytomnie i jest z nami duchem. Mantryczne „ale nie rozmawiamy!” - pod nieobecność Waldemara – wypowiadała zdecydowanie Ania1, która – mimo dąsów jednak dzielnie z nami grała. Ania2 zaskoczyła najlepszym słowem TAPETA, a wymyślone przez Asię i Małgorzatę „wypianie” - choć tak dobrze brzmiało – niestety nie weszło. Mimo apelu Donaty o nie losowanie naraz dwóch blanków, zlośliwy biesik woreczkowy podrzucił je nam na stojak, z czego większość coś powymyślała, ale wygrało „[P]OZUJ[Ż]E” (Donaty), ze zmyślnie ustawionym „U” na podwójnej premii literowej – szacun dla doświadczenia, mądrości i taktyki! Po drodze do mety trafił nam się jeszcze jeden scrabbel, debata czy lepiej „macać”, czy już „macał” i emocjonująca końcówka ze znajdowaniem najlepszych miejsc. Ostatecznie zwyciężyła Asia tuż przed Donatą. Dalej zapunktowały Małgorzata, Ania2 i Bernadeta. Przed rozstaniem ustaliliśmy, że chętnie się spotkamy w nastroju kolędowo-świątecznym, w następnym tygodniu w Fordonie. Mile widziane wszelkie instrumenty: dęte, szarpane, strugane, walone i inne. Zachęcamy też do przepłukania gardeł i nastrojenia strun głosowych. Tylko jak przekupimy nerwowego pana z piętra powyżej?..... {M}
26.11.2016 Wszechobecny duch i potrzeba rywalizacji zmobilizowały nas do błyskawicznej organizacji mini turnieju z przedstawicielstwem z zaprzyjaźnionego miasta, czyli Inowrocławia. Bratni klub reprezentowała arcygodnie wybitna scrabblistka Sylwia, dlatego nasi członkowie stawili się nawet w nadkomplecie. W sumie było nas trzynaścioro – niby pechowo, ale sympatycznie. Miejsca użyczył sympatyczny Klub Miłośników Starego Fordonu, oddając do dyspozycji salkę i zaplecze socjalne, które się przydało na przyniesione hurtowo dwudniowe conajmniej zapasy wypieków i słodyczy. Cóż, podczas intensywnego myślenia spada poziom cukru w organiźmie, więc pfofilaktyka była jak najbardziej uzasadniona i na miejscu. Jeszcze tylko odebraliśmy szybką z*e**ę od sąsiada z góry, który uważał, że źle zamykamy drzwi i Darek ogłosił pierwszą rundkę. Jak to zwykle bywa – graliśmy dając z siebie wszystko, z rozmaicie rozłożonym na stojaku szczęściem lub pechem. Waldemar tubalnie upominał „Ale nie rozmawiamy!“, a obie Anie miłosiernie roznosiły napitki spragnionym i posiłki wycieńczonym. Chciałoby się powiedzieć, że w struchlałej ciszy słychać było stukot płytek, dramatyczne westchnienia lub szlochy szczęścia“ – ale normalnie była radocha lub zwykłe wkurzenie. Ponad podziałami wygrywało dobre wychowanie i szacunek dla przeciwnika oraz pokora wobec własnych słabości. Tacy byliśmy! Po trzech rundkach Małgorzata wycofała się z turnieju do obowiązków służbowych, dzięki czemu można już było grać normalnie w parach, bez „stand by’s“, co zapobiegło rozluźnieniu dyscypliny.
Dalej turniej przebiegał bez problemów. Zobiliśmy sobie przerwę pizzową, którą to (chodzi o pizzę) pochłanialiśmy bez zbytnich uwag i komentarzy, czym okazaliśmy szacunek poprawnie ukręconemu na podobę włoskiego ciasta ciastu i jego pokryciu wierzchniemu. Autorem serwisu była Pizzeria Bianconerri (jak wytłumaczył Jarek – z włoskiego: biało-czarna), która pobiła rekord dostarczenia: 3h. Po posiłku z racji obecnej w nim cebuli i czosnku, staraliśmy się oddychać dyskretnie w różnych trajektoriach przepływu. Nie wiadomo, czy to opary jednym zaszkodziły a innym pomogły, czy szczęście, czy oba te czynniki – tak czy inaczej – jedni wygrywali, inni przegrywali w harmonii i synchronie. No i stało się! Oto nastąpiło zamknięcie turnieju, z uroczystym rozdaniem medali (trzy pierwsze miejsca) oraz nagród rzeczowych i spożywczych. Pierwsze miejsce, z kompletem zwycięstw zagarnęła niepodzielnie Asia, za nią z czterema wygranymi i całą masą małych punktów uplasował się inowrocławski klub scrabblowy w osobie Sylwii, która tym samym po społu z Asią rozłożyła na łopatki wszytkich walecznych facetów. Na trzecim miejscu jako ostatni medalista zaparkował Darek (a było ciasno!). Po nim, całkiem w zasięgu jednej dłoni stanął zdyszany lekko Tomek, dalej kolejno Krzysztof i Donata. Kiedy opadł pył, posprzątaliśmy wszystko jak należy, spakowaliśmy cały majdan i zamykając po cichutku feralne, podwójno-uszczelkowe drzwi udaliśmy się w całkiem to przeróżnych kierunkach, a nawet stronach i do miast. Tymczasem! Czekamy na dalsze potyczki (ćwicząc!). {M}{D}

*Sprawozdanie dedykujemy Ani1, z podziękowaniami za gorącą motywację.
**Serwis zdjęciowy niebawem, po uzyskaniu materiałów od wszystkich materiałoczyńców (z góry serdeczne ...podziękowania). Zapraszamy na stronę Galerii.
09.11.2016 Tym razem spotkaliśmy się – w przeddzień Narodowego Święta - ponownie w fordońskim klubie. w nieco okrojonym składzie: Ania1, Ania2, Asia, Małgorzata, Darek. Nie tylko zabrakło Liderki, członków PFS, szachistów, cyklistów, itp., ale także małej Natalki. Pełnoetatowa Opiekunka zluzowała zestresowanych rodziców, którzy mogli swobodnie toczyć spory wokół materii słowotwórczej. Tymczasem szybkie postanowienie o grze w Belgijkę zestresowało Anię1, która z oburzeniem oznajmiła, że wbec tego wraca do domu. Dzięki błyskotliwemu krótkiemu wykładowi Darka o edukacyjnej, niezwykle istotnej i rozwijającej roli Belkijki oraz jej wyjątkowym wpływie na nasz umysł, udało się Anię jednak przekonać do pozostania. W tej sytuacji pierwszym położonym słowem na planszy było mroczne „ŹGASZ“. Napięcie nieco zelżało, chociaż Ania1 stwierdziła, że i tak będzie marudzić i słowa solennie dotrzymała. Dalsze losowanie przebiegało nieszczególnie, gdyż upierdliwy los zsyłał nam głównie spółgłoski, a po desperackiej wymianie na stojaku pojawiły się głównie samogłoski. Jakoś z tych niepomyślnych zestawów udało się postawić skromnego scrabbla „OPIELMY“ i nieco rozwinąć planszę. Prowadziła zdecydowanie Asia i tak już zostało do końca gry. Znalezienie miejsca dla ostatniej literki przypieczętowało zwycięstwo Asi. W dalszej kolejności ustawili się: Małgorzata, Darek, Ania2 i Ania1. Miły Pan Od Klubu przyszedł po klucze i zapoznał nas z ofertą na narodowe świętowanie w Fordonie. Aby nie przesadzić z patosem i w nawiązaniu też do Święta Gęsiny Małgorzata zakończyła spotkanie krótką fotorelacją na temat seksowania drobiu… {M}
13.10.2016 Nasze tradycyjne środowe spotkanie odbyło się tym razem w czwartek – poza miastem, czyli w starym Fordonie - w Klubie Miłośników Czegoś Bardzo Ważnego. W miejscu zbiorki zjawiły się cztery dorosłe osoby i jedna nieletnia Natalka. Ania2 z Małgorzatą uroczyście przemaszerowały do miejsca docelowego, a Asia z Darkiem (i Natalką) podjechali ze sprzętem. Darek odziany po wodzowsku w indiański koc – dla zaznaczenia, kto tu jest najważniejszym Apaczem – powiódł pozostałe squaw do małego acz sympatycznego pomieszczenia z interesującym widokiem na podwórko, zapleczem socjalnym z zapasem musztardy na pół roku i częścią taneczną. I to wszystko na niespełna 50-60 m. kw. Grzejniki były w stanie uśpienia, ale nasze nastroje rozgrzane, więc nie marudząc zdecydowaliśmy, że – z rozmaitych powodów - gramy w Belgijkę. Natalka bacznie wszystko obserwowała i zachowywała się jak dobrze przygotowany wizytator. Sprawdzała rozstaw krzeseł, ilość dziurek w siedziskach i czy pinezki na tablicy dobrze się trzymają. Po udostępnieniu dziecku woreczków z literkami wiedzieliśmy, że ma zajęcie na dłużej. Tymczasem Asia rozpoczęła losowanie i już w drugim ruchu dziewczyny postawiły scrabbla ZIEWACIE, co było nieprawdą w realu, ale pięknie się ułożyło na planszy. Po sprawdzeniu czy jest „poburzy” i w konsekwencji zbiorowym dostawieniu „poleź” do „oburzy”, Asia zapunktowała scrabblem PANDEMII i wysunęła się na prowadzenie. Dość swobodne i frywolne podejście do rozgrywek spowodowało, że Darkowi spadł iloraz dobrego nastroju do poziomu lekko pół ujemnego i postanowił opuścić to rozbestwione damskie towarzystwo. Zawinął Natalkę w koc i uprzejmie obwieścił, że przyjdzie jak skończymy, a Asia może grać i wygrywać. Howgh. I rzeczywiście: z losowania Asi postawiłyśmy jeszcze kilka scrabbli – NAGRANA (wszystkie panie), ZJAWIŁA (tez wszystkie) i KO[P]ISTÓW (Asia). Natrzaskałyśmy mnóstwo punktów, wygrała oczywiście Asia (834 pkt.!), ale Małgorzata i Ania2 też nieźle się spisały. Czekając na Darka poskładałyśmy wszystko i uporządkowałyśmy salkę. Dalej było jak w chaplinowskiej komedii: wszedł Darek z Natalką w kocu, dziewczyny postanowiły podnieść trzypiętrową skrzynkę ze sprzętem, po czym wszystko RYMSŁO! na podłogę! I tu trzeba było zobaczyć minę naszej małej wizytatorki Natalki – oczy na pół głowy, ale spokój grabarza. Cóż, skrzynki nie zostały prawidłowo spięte – spędziliśmy więc dodatkowe chwile na zbieraniu wszystkiego, Darek wykazał się celującą znajomością profesjonalnych interpersonalnych zachowań, bo nie dość, że nie dał nam tzw. „zjebki”, to jeszcze zafundował przyspieszony kurs zamykania skrzynek. Natalka oceniła całość pozytywnie, chyba... {M}
05.10.2016 Praktyczny zdrowy rozsądek w zasadzie nakazywał pozostanie w ciepłych, domowych pieleszach – wiało, lało, było zimno i ciemno. Mimo tych obiektywnych, naturalnych przeszkód garstka wytrwałych klubowiczów postanowiła skorzystać z zaproszenia Donaty i wybrać się – jak na tajne komplety – na scrabblowe spotkanie domowe. Po zlokalizowaniu zagubionej Asi i pomyślnym zaparkowaniu czerwonego cudeńka, mogliśmy w przybyłym gronie uściskać naszą niesprawną chwilowo Liderkę. W domowych progach – oprócz kulawej gospodyni – powitał nas przesympatyczny pan -Tata Donaty, oraz mocno napalony i niewyżyty piesek (później się to zmieniło). Pierwszy atak przypuścił na zakłopotanego nieco Jarka, następny na Asię, którą w owych chwilach jednostronnej namiętności czworonoga dosłownie paraliżowało ze strachu. Piesek ostatecznie skoncentrował się na Małgorzacie, która stwierdziła, że jest już w takim wieku, kiedy z życzliwą radością przyjmuje się każdą adorację, więc dzielnie tolerowała amory pupila Donaty. W tych zabawnych okolicznościach podjęliśmy rozgrywki na zasadzie każdy z każdym. Umościliśmy się przy kawie, herbacie i cukierkach wedlowskich, które wywoływały mnóstwo ambiwalentnych uczuć u Asi – przeważała zdecydowanie nieodparta pokusa. W krótkich antraktach omawialiśmy sprawy rodzinne, światowe i abstrakcyjne. Asia z marketingowym entuzjazmem opowiadała o grze Rummikub, namawiając nas do wprowadzenia jej jako alternatywnej rozgrywki klubowej. Do spróbowania i rozważenia – czemu nie? Graliśmy spokojnie, Donata wszystkie partie wygrała, co jej się zdecydowanie należało chociażby z tytułu pociechy regeneracyjnej. Jarek wygrał dwie partie, Asia jedną, a Małgorzata wszystkie przegrała (cóż, namiętne ataki rozerotyzowanej psiny widać nie sprzyjają koncentracji...). Za oknem nadal hulało i gwizdało, więc Asia miłosiernie zdeklarowała się, że Jarka podwiezie, chociaż nie dał jej się pokonać w ostatniej rundzie. Podziękowaliśmy Donacie za gościnę i generalnie ukontentowani wyszliśmy grzecznie i o przyzwoitej porze. Wykończony erotycznymi ekscesami piesek wypalił papierosa, padł i zasnął... {M}
28.09.2016 Złośliwy chochlik losowy wyeliminował z klubowych rozgrywek - na kilka tygodni – naszą Liderkę Donatę, co postawiło nas przed koniecznością poszukania na ten czas miejsca zastępczego. Niezawodny Darek w porozumieniu z Anią2 odnowili kontakt z „przestrzenią kulturalną” w kinie Orzeł i tym sposobem nasze klubowe randez vous odbyliśmy właśnie tam. Otoczeni aurą wzniosłego bon tonu zasiedliśmy przy stolikach w kawiarni „Szpulka” ze świadomością, że nasz czas jest limitowany (kolejna impreza kulturalna). Tak więc dla pięciorga przybyłych (obie Anie, Małgorzata, Darek, Jarek) propozycja rozegrania szybkiej Belgijki była oczywista. Obejrzeliśmy jeszcze z pomrukami zadowolenia zaprojektowane przez Darka klubowe plansze i przystąpiliśmy do gry. Na przekór zapadającemu zmrokowi w tle rozbrzmiewało „Here comes the sun” , więc nastroje były pogodne. Losowanie też przebiegało pomyślnie i nawet w zbiorowej mądrości postawiliśmy zespołowo scrabbla SZYKANIE (bez blanka!). Po intrygujących słowach: FANZ oraz ŚNICO, kiedy Małgorzata domagała się zdecydowanie definicji, Darek z powagą objaśnił, że istnieją dwa słowniki: czynny i bierny i trzeba z obu korzystać, amen. W tej kwestii i nie tylko prowadził zdecydowanie Jarek, który ze spokojem szachisty wykonywał na stojaku i planszy inteligentne roszady. Tymczasem okazało się, że Ania1 ma manko w literkach, podczas gdy Ania2 miała superatę, chyba znów czeka nas poważna inwentaryzacja. Po uzupełnieniu niedoboru w woreczku przyspieszyliśmy tempo, gdyż do Orła zaczęły napływać gromadne tłumy. Kończyliśmy grę dyskretnie, gdyż nie wszystkie ostatnie układane słowa pasowały do podniosłej atmosfery w przestrzeni. Wygrał oczywiście Jarek. Za nim uplasował się Darek, a kolejne były panie: Małgorzata, Ania1 i Ania2. Postanowiliśmy za tydzień odwiedzić z planszami Donatę, rozważaliśmy też propozycję tymczasowych spotkań w Fordonie w czwartki. Do przemyślenia. Na razie tęsknimy za Donatą i (może to zabrzmieć niedorzecznie) za naszym ulubionym psychiatrykiem... {M}
14.09.2016 Przyszliśmy, zagraliśmy (metodą "każdy z każdym") i poszliśmy. Na pierwszym miejscu Darek, na drugim Donata, na trzecim Ania1, na czwartym Ania2. Wiecej miejsc nie było, bo wiecej nikt się nie pojawił na miejce.
PS.
Brawa dla Ani1 za kolejnego scrabbla podczas gry!
Dziękujemy świeżo (no, stosunkowo świeżo) upieczonym matkom klubowym i ich pociechom za przybycie i urozmaicanie rozgrywek.
Czekamy na powrót kronikarza z prawdziwego zdarzenia.
Koniec. {D}
07.09.2016 Na dzisiejsze spotkanie nie dotarł Waldek (a obiecał kronikarzowi, że tym razem w końcu się pojawi), za to przybyły 4 dziewczęta: Anie dwie, Asia, Donata (po jednej) i rodzynek Adam (także jeden, jak to rodzynek). Tym razem, choć na zbyt krótko, dołączyła też do nas Łucja. Niestety obowiązków maminych Krzysztof-tata przejąć nie śmiał, więc Łucja po pierwszej rundzie musiała pędzić do domu. A szkoda, bo nie wiadomo jak by się dzisiejsze rozgrywki mogły zakończyć. Łucja pierwszą i swoją jedyną partię rozegrała z Adamem, kładąc już w drugim ruchu scrabble’a, który poprowadził ją do wygrania całej partii i ostatecznie uplasowania się na trzecim miejscu całych rozgrywek. Z braku jednego gracza, druga runda dała szansę Adamowi na poświęcenie się podczas gry na dwie plansze. Szczytem niewdzięczności losu była więc spektakularna podwójnie dotkliwa porażka - stąd miejsce tuż za podium. Potyczki ostatecznie kilkoma punktami przed Donatą wygrała Asia. Za nimi wszystkimi osiadły wygodnie Ania1 i Ania2. Jak osiadły, tak i my osiądźmy. Poczekajmy na resztę klubowiczów.. {A}
31.08.2016 Na kolejne spotkanie w przeważająco damskim gronie scrabblistycznym przybył Jarek (nieco wcześniej niż wskazywałby na to jego dotychczasowy okres orbitalny) - spiesznym i zdecydowanym krokiem. Ponieważ był jedynym przedstawicielem panów, został powitany z entuzjazmem i radością, której nie przyćmiły niepewne przewidywania co do ewentualnych wyników. Nasz szachowy scrabblista został nazwany przez Donatę „szachem” i jako taki udał się z orszakiem 6 pań do salki terapeutycznej. Na miejscu Ania2 okazała się mistrzem-zegarmistrzem i przy pomocy nowych nakrętek-pokrętek naprawiła felerny zegar. Dostała za to – oprócz zespołowego aplauzu - obietnicę (od Asi) wychwalania pod niebiosa przez Darka. Będzie musiał więc przygotować jakieś akty strzeliste. Mimo nieparzystości postanowiliśmy grać w parach, z nowo mianowanym szachem w podwójnej obsadzie. Tym razem dojmująca widać tęsknota za Waldemarem sprawiła, że właśnie on został oznaczony jako wirtualny gracz z połową umysłu Jarka. Asia kompetentnie dobrała pary parzyste i nieparzyste i podjęliśmy uzdrawiające psyche zmagania. W pierwszej rundzie dualny Jarek zdecydowanie zmiażdżył swoje przeciwniczki – Anię2 i Małgorzatę, uśmiechając się uwodzicielsko i przyjaźnie. A niech tam. Tymczasem Asia zwyciężyła z Anią1, a Donata z Bernadetą. Z komputerowych ustawień do następnej rundki wynikało, że Jarek ma zagrać z Waldkiem, czyli de facto sam ze sobą. Hm. Przeprosiwszy komputer zmieniliśmy zgodnie ustawienia i Jarek podjął walkę z prawdziwymi damskimi gigantami w scrabble: – Asią i Donatą. Walka tej Trójki była kulturalna, ale ostra – do ostatniej minuty i literki. Dzielne dziewczyny pokonały Jarko-Waldka, który jednak tanio skóry nie sprzedał. Zaliczył, co prawda, kilka osobliwych strat i jedną niefortunną wpadkę sprawdzając słowo postawione przez Donatę, ale bronił się dzielnie (aż mu się zalotny „kogucik” uformował z czupryny - jak do zdjęcia modelowego). W tle tej walki o tron, poboczne pary kończyły spokojne boje: Ania2 pokonała niepocieszoną Bernadetę, a Małgorzata – z trudem – o kilka punktów Anię1. Zwycięstwo ogólne przypadło Asi, przed Donatą. Szach był trzeci, a za nim kolejno: Małgorzata, Ania2, Bernadeta i Ania1. W dużym komforcie rozjeżdżaliśmy się do domów, gdyż samochody stały pod nosem, a Pan Parkingowy służbowo honorował ważne pieczątki. Dzięki Donata! {M}
24.08.2016 Nasze dłuuugo wyczekiwane powakacyjne spotkanie odbyło się w atmosferze błogiego spokoju i rodzinnej radości. Nadspodziewanie niespodziewanym gościem w zacnych psychiatrycznych murach była przedstawicielka najmłodszej generacji scrabblistów – mała Natalka. Była to już druga jej wizyta w naszym zakładzie, dziecko musi się przyzwyczajać – wszak rozmaicie w życiu bywa. Szczery „kasownikowy” uśmiech małej scrabblistki na widok rozkładanych planszy mówił sam za siebie: Natalka niewątpliwie niebawem dołączy do klubu (Darek już napomniał Asi o składkach!). Dziecko było tak grzeczne, że mogłoby reklamować bezproblemowe rodzicielstwo we wszystkich kampaniach wyborczych z promocją 500+ a nawet 1000+ włącznie. Mimo iż z Natalką stanowiliśmy „team parzysty” - zdecydowaliśmy o grze w Belgijkę, dziecku pozostawiając ważną rolę maskotki. I od razu w pierwszym losowaniu większość postawiła scrabbla OMSZAŁO, co było znakomitym początkiem. Kolejne losowania przynosiły kolejne wysoko punktowane słowa, na czoło peletonu wysunęła się Donata, za nią – dzięki zmyślnemu scrabblowi PARSZYWY – w bezpiecznej jednak odległości – Małgorzata. Tymczasem Benia wykazywała oznaki sympatycznego roztargnienia i z uporem mieszała sobie w literach, a Darek zaliczał niesprawiedliwe straty. Ania2 spokojnie i jak zwykle mantrycznie układała swoje. Natalka zajmowała się dokładnym weryfikowaniem zamków w szafkach i rozsyłała nam radosne uśmiechy odkrywcy, a Benia zaczęła się rozkręcać i solidnie punktować. Niestety, po zjedzeniu paćki z brokułów dziecko wyjechało z Asią do domu więc rozgrywki dokończyliśmy bez maskotki. Zwyciężyła bezwzględnie Donata uzyskując 784 pkt. Kolejni byli: Małgorzata, Darek, Bernadeta i Ania2, która dostała oficjalną pochwałę od Liderki Klubu za postępy w postępie geometrycznym. Od przyszłego tygodnia – dzięki urokowi, wdziękowi i innym przymiotom Donaty – mamy szanse na parkowanie 3 samochodów przed zakładem, dobra wiadomość dla zmotoryzowanych! {M}
27.07.2016 Pomyślałby kto, że kapryśna pogoda zdemobilizuje graczy i deszcz zatrzyma ich w domach. Na horyzoncie pojawiła się jedynie Donata, Ania1 i Adam. Ale nic bardziej mylnego! Pogodzie udało się jedynie wybiórczo zapobiec dotarciu na czas. Spóźnione, choć pełne wigoru, dołączyły Ania2, Bernadetta i Asia. Zupełną niespodzianką okazała się skompletowana rodzina Kodzisów - Łucja, Magda i Krzysztof. Co prawda Łucja piastowała (aż) rolę matki swej córki, ale ich obecność jeszcze bardziej dopingowała do wysiłku (w końcu widzowie w klubie to wielka rzadkość). Magdalena nad wyraz spokojnie i w zamyśleniu kibicowała tacie, który podjął się gry na dwie plansze (jak w większości przypadków belgijka nie doszła do skutku sic!) i obie partie wygrał! Niestety z racji późnej pory dla najmłodszej klubowiczki musiał się wraz z rodziną ewakuować po pierwszej rundzie. Mały wielki sukces w grze odniosła Ania1 ustawiając scrabbla z blankiem, na dodatek na potrójnej premii. Brawo! Teraz należy tylko ten poziom utrzymać. Do podium pierwsza dotarła Donata, Asia druga. Prawdziwa batalia rozegrała się o trzecie miejsce. Do samego końca nie było wiadomo kto jest zwycięzcą stawki. Uciekając przed deszczem Anie z Asią w fyli porzuciły potyczki pozostawiając na dożynkach Adama z Bernadettą. Przed wyjściem prowadziła Ania1. Po weryfikacji telefonicznej okazało się, że Bernadetta rzucając czar ograła Adama i kilkoma nabitymi punktami zbiła Anię1 z podium. Adam walkę zakończył na piątym miejscu. {A}
20.07.2016 Pierwiastkiem Yang w naszej matriarchalnej monokulturze był tym razem szachista Jarek, który - jak wiadomo - pojawia się i znika (jak bohater - też na "J" - ponadczasowego rykliwego utworu gwiazdy zespołu Bajm). Napędzany energią wewnętrzną i zewnętrzną oraz siłami bezwładności i rozgrzanego umysłu, zlądował na naszej skromnej terapii behawioralnej z międzynarodowego prestiżowego i wielodniowego konkursu szachowego. Czapki z głów! Pomimo oczywistej radości i podekscytowania Małgorzata powzięła ponure podejrzenia co do ewentualnych wyników - cóż doświadczenia wskazują, że Jarek zwykle przychodzi aby wygrać… Było nas siedmioro, ale zdecydowaliśmy niejednomyślnie o grze w parach. Na podwójnego bojownika został namaszczony Jarek (kara? a może nagroda?), który pogodnie przyjął ów zaszczyt wraz ze swoim wirtualnym alter ego. Asia - jako zdecydowanie najbardziej zorientowana w zawiłościach komputerowych ustawień turniejków - dopasowała nas optymalnie i zaczęliśmy rozgryweczki. I znów było nadzwyczaj spokojnie, jak na godzinkach medytacyjnych w świątyni buddyjskiej - napięcia związane z "realem" ulotniły się w przestrzeni oddziału, a nasze myśli oscylowały wokół słów znanych, nieznanych i wymyślanych. Po dwóch rundkach Asia popędziła do Natalki, a u nas nastąpiło niezamierzone zamieszanie w kwestii dopasowań. Komputer miał inną wizję niż my, bez możliwości negocjacji. Mądre damskie głowy (Bernadeta, Donata) zadecydowały kto z kim i dlaczego, tak więc towarzyska rundka przebiegła bez zakłóceń. Te wystąpiły przy podsumowaniu, bo znów racje komputera były inne niż graczy (dojmującą przeszkodą był wirtualny Kamil, którego wyniki komplikowały całokształt). Ostatecznie naprędce zmontowany Trybunał Scrabbliczny zdecydował, że pierwsze miejsce należy się Asi, drugie Jarkowi (prawie mu się udało!), a trzecie Donacie. W dalszej kolejności były Bernadeta, Małgorzata i obie Anie. Pogratulowawszy sobie wzajemnie rozstaliśmy się jeszcze w umiarkowanym świetle dziennym. Za tydzień znowu gramy! {M}
13.07.2016 Nie jak to stoi napisane w porzekadle „łaska pańska na pstrym koniu jeździ” a raczej jak podaje klechda polska „sprawiedliwość starannie pielęgnowana obsypie cię kwieciem swym, gdy powieją pomyślne wiatry” tak też układało się nam tym razem granie w parach. Donata swoją silną postawą i osobowością udowodniła, że jednak można „stawiwszy czoła morzu nędzy, przez opór wybrnąć z niego”. Z przytupem pokonała w rewanżu swoich rywali i wzięła wszystko, co wziąć się dało (4 blanki, pyszny, wilgotny sok truskawkowy Hortex* z dodatkiem mięty ogrodowej, klucze do gabinetu, sympatię koleżanek i kolegów). Od drugiej na podium Pauliny zdystansowała się o bez mała 100pkt.! Spotkanie zostało ubogacone panelową dyskusją na temat składek klubowych i nowych plansz do gry. Po jednomyślnie niepomyślnym dla prelegenta glosowaniu został ustalony nowy porządek rzeczy, całkiem do rzeczy. Gościnnie występujący Kamil (sklasyfikowany ma miejscu piątym) podziękował po rozgrywkach wszystkim za przypomnienie mu, dlaczego nie cierpi tej gry. Cóż, my nadal lubimy! Trzeci w tabeli ukazał się Darek i kolejno Adam. Po wszystkim uprzejmościom i uściskom zdawało się nie być końca. Ostatecznie jednak pożegnaliśmy naszych brenterowców i rozpierzchnęliśmy się czmychnąwszy na wszystkie strony („i odtąd jak czmycha(my), tak czmycha(my)”. {D}
*Relacja zawierała lokowanie produktu.
06.07.2016 Pogoda, na którą – wedle powszechnego mniemania (przytoczonego przez Anię1) nie wypędza się nawet psa, nie była żadnym problemem dla sześciu dzielnych klubowiczek. Przybyły punktualnie nie bacząc na targanie wiatrem i smaganie deszczem oraz przemoczone obuwie. Skoki przez kałuże w kierunku naszego ulubionego psychiatryka świadczyły o determinacji i wysokim poziomie zaangażowania. Panowie! Bierzcież przykład!
Nastroje na oddziale były jak zwykle pogodne i radość ze wspólego przeżywania czegokolwiek i nam się udzieliła, toteż ochoczo – po omówieniu ważnych spraw ogólnorodzinnych, światowych i ogólnoludzkich – zaczęłyśmy grę. Poszło nam wyjątkowo szybko, gdyż każda z nas miała inny, istotny powód do wcześniejszego powrotu do domu. Gra w żeńskim gronie jak zwykle przebiegała w atmosferze spokoju i wysokiej kultury, niczym w przedwojennym szanowanym domu klasy lekkopółśredniej – z manierami, językiem francuskim i fortepianem. Nikt nie szlochał (a były powody), nie darł szat (to mogłoby być interesujące), ani nie tłukł głową o ściany. Jing i Jang w pełni. W podsumowaniu sympatycznych dwóch rundek najlepiej wypadła punktowo Asia, przed Donatą i Bernadetą, a Ania1, Małgorzata i Ania2 uformowały kolejną trójkę. Zapakowałyśmy sprzęt i nieprzepisowym pędem przez ulicę i kałuże (znowu) zdążyłyśmy do samochodów przed kolejnym zrzutem wody z nieba. {M}
29.06.2016 Powrot do przeszlości? Klub prócz wiernych, wypełnił się gościnie występującymi: Pauliną i Kamilem. Po "latach" z sentymentem postanowili sobie przypomieć wspaniałe emocje towarzyszące może nie tyle samym potyczkom, co przenikającym się i interferującym empatyczno-sympatycznym nastawieniom klubowiczów. Po kilku (jakże często to bywa) nieudanych żartach Darka i głosowaniu nad rodzajem gry (nieparzysta ilość była jednoznaczną podpowiedzią) wspomożonym pojawieniem się Bernatety, zaczęły się nierówne potyczki w [o]parach. Rach, ciach, buch, trach! - Odgłosy cięcia i rąbania, wzmocnione jakże wymownym pobrzękiwaniem kości w workach towarzyszyły nam już do samego końca. Jęki zranionych i okrzyki purrysowych zwycięzców bezlitośnie zamieniane były na bezduszne klasyfikatory punktowe. Po drugiej rundzie wszystko jeszcze było możliwe na podium. Po trzeciej, zapadła cisza i po opadnięciu kurzawki ostał się tylko Jeden: Kamil. On to właśnie pokonawszy swojego ojca, po raz kolejny udowodnił swoje umiejętności. Na trzecie miejsce przebiła się Paulina, tuż za nią Donata i Adam. Czy po opatrzeniu ran spotkamy się za tydzień? Tak. Bo warto. Bo nadzwyczajnie. Bo inaczej. Co prawda - już bez gości, ale za to z prawdziwej krwi kronikarką Małgorzatą (sprawozdanie będzie się milej czytało). Do zobaczenia! {D}
22.06.2016 W przeddzień Dnia Ojca mocna bydgoska ekipa scrabblowa ruszyła na podbój świata, czyli do Inowrocławia, na towarzyski turniej belgijkowy. Trzy limuzyny dowiozły naszych zawodników przed inowrocławski klub, w sumie stawiło się nas 12 osób, parzyście według płci i par do ewentualnego poloneza. Gościnnie przybyli: Paula, Kamil i Tomek, czyli silna grupa dysydencka, wpadł też szachowy Jarek oraz młody ojciec Krzyś. Niestety nasz Prezes nie dotarł i już celebrował wspomniane święto w domu, zmuszony przez okoliczności do rozgrywania partii w parze z małą Natalką i kibicującą im babcią. Koledzy z Inowrocławia reprezentowali swój klub skromniejszą frekwencją, ale gościnnie i serdecznie. (Z pewnością nasz Krzyś miał ambiwalentne odczucia, jako rodem z Ina, a zamieszkały w Bydzi...). Na środku salki stała imponująca plansza – tablica (dzieło miejscowego plastyka), aby każdy widział, co wylosowano i co układamy. Po uprzejmych powitaniach i przedstawieniu zasad rozgrywek, kolega Mariusz – sędzia, workowy i operator planszy w jednym – odgwizdał pierwsze losowanie. Zaczęliśmy prawie równo, ale szybko – po słowie GRZĘDA ustaliła się hierarchia dziobania i pierwsza czołówka, głównie w naszej sympatycznej grupie dysydenckiej. Trafiły się dobrze przemyślane i punktowane scrabble (ROZUMOWE, SŁUSZN[Y]) i kilkanaście bez-punktowych, równie inteligentnych, ale nieistniejących w słowniku – taki fikuśny ryzyk-fizyk. Nie minęła nawet jeszcze połowa gry, gdy Asia zdecydowanie zaczęła domagać się jedzenia, na szczęście Ania2 była przygotowana jak na wielorodzinny piknik i podzieliła się posiłkiem. Uspokoiwszy Asię graliśmy dalej, sędzia Mariusz pilnował, upominał, dawał żółte kartki i robił srogie miny. Złagodniał pod koniec gry, kiedy już wyluzowani dostawialiśmy ostatnie literki. Zwycięzcą spotkania okazał się nasz kolega dysydent Tomek, który jednym punktem wyprzedził Kamila. Trzecie zaszczytne przypadło klubowej liderce Donacie, czwarte najedzonej Asi, a piąta była Paulina. Jednym słowem Bydgoszcz wygrała: gloria victoribus! – gloria victis! Po odebraniu nagród, pochwał i wiwatów, na zakończenie tej miłej imprezy ustawiliśmy się do zbiorowego pamiątkowego zdjęcia. O przyzwoitej porze wyruszyliśmy w drogę powrotną, po drodze przewrotnie się wyprzedzając i strojąc głupie miny. Pora na powrót do psychiatryka... {M}
08.06.2016 Wygląda na to, że w naszym klubowym gronie scrabble ukochały sobie głównie panie. Pierwiastkiem męskim na ostatnim spotkaniu był Prezes Darek, świeżo po wizycie w salonie fryzjerskim – new look, a co tam. Wędrując na miejsce rozgrywek ostrożnie dywagowaliśmy na temat skrętów w lewo, czasem w prawo - w razie konieczności. Bez podtekstów oczywiście, lecz z błyskiem w oku. Małgorzata miała nadzieję na belgijkę, ale – siła złego na jednego – nadzieja się rozwiała wraz z pojawieniem się Bernadety, która dzielnie trafiła (bez przewodnika) do naszej salki. Radość ze zwiększonej frekwencji była większa niż żal, więc w sumie ochoczo zasiedliśmy do gry. Obecność Darka gwarantowała porządny porządek przy doborze par oraz w woreczkach, gdyż Prezes zarządził sprawdzenie liczebności płytek. I słusznie, jak się okazało, gdyż jeden z wybranych do gry woreczków miał superatę. Pierwsza runda przeleciała jak doniczka z dachu, a Donata i Darek zgromadzili po tyle punktów, że już mogliby pójść do domu. Na początku drugiej rundy Ania2 „olała” Małgorzatę i wybrała bardziej interesującego interlokutora komórkowego - to już praktycznie reguła. Na szczęście taryfa telefoniczna jest bezwzględna i Ania2 – nolens volens – wróciła do porzuconej koleżanki scrabblowej. Po drugiej rundzie Darek oznajmił beztrosko, że w zasadzie wygrał i już właśnie idzie do domu. Aż chciałoby się rzucić szekspirowsko – „chcesz już iść? Jeszcze ranek nie tak blisko...” Trudno, roczek Natalki zobowiązuje. Druga w rozgrywkach okazała się Donata, trzecia Bernadeta. W dalszej kolejności uplasowały się Małgorzata, Ania1 i Ania2. Trzecią - tradycyjnie towarzyską rundę – Donata, już doświadczona w podwójnych bojach, rozgrywała na dwie plansze. Rozstałyśmy się w pozytywnych nastrojach, życząc Donacie pomyślnego powrotu po udanym wyjeździe na wyspy, jeszcze w ramach UE. Za tydzień nasze spotkanie najpewniej odbędzie się w innej „przestrzeni kulturalnej”, gdyż nasza „przestrzeń terapeutyczna” będzie chwilowo niedostępna. I to by było na tyle. {M}
Zapraszam do dyskusji na form. {D}
01.06.2016 Na naszą cotygodniową scrabblową terapię punktualnie przybyły: Asia, Ania1, Donata i Małgorzata. Asia (budząc życzliwą zazdrość) ozdobiła uszy wyjątkowymi kolczykami, w kształcie ułożonych z płytek scrabblowych wyrazów „GOOD” „GIRL”. Żeby nie było wątpliwości jaka jest i na jaką imprezę się wybiera. Dobrałyśmy pary według podwórkowych zasad i rozpoczęłyśmy grę, kiedy nagle objawił się spóźniony Adam. W tej sytuacji zaczęliśmy jeszcze raz, z Adamem w roli podwójnego gracza. W tle towarzyszyły nam odgłosy sąsiednich zajęć terapeutycznych – rodzaj dźwięków wskazywał na wysoki poziom atrakcyjności terapii, a tym samym zadowolenia uczestników. Pachniało bigosem, a w połowie naszych rozgrywek do drzwi zapukała pani z ciastkami. Niestety nasz poważny i spokojny widok ją odstraszył, więc ciastka dostali inni pacjenci, trudno. Mina Donaty nie wróżyła nic dobrego, ale nasz entuzjazm do pozostania w miejscu naszych spotkań wykazuje tendencję zwyżkową. Szło nam rozmaicie: Asia ryzykowała i wygrywała, Donata grała spokojnie ze zmiennym szczęściem, Adam usiłował nie pomylić stojaków, Małgorzata na zasadzie „robim co możem”, Ania1 z filozoficznymi przemyśleniami typu: - czy „dupa” się układa? Ależ oczywiście, fantastycznie się układa i to nawet za sporo punktów, jak się okazało. Skończyliśmy po dwóch rundach, które trwały dłużej niż normalnie (w tym jedna dodatkowo rozegrana przez Asie i Donatę) i nie przedłużając imprezy grzecznie się rozstaliśmy. Tym bardziej, że sąsiedzi też postanowili się wyciszyć. Zwyciężczynią spotkania została Asia, przed Adamem i Donatą, miejsca na podium dopełniły Małgorzata z Anią. Elegancko i na piątkę. {M}
25.05.2016 Tym razem przed Psychiatrykiem zebrało się sześcioro graczy - w tym połowa naszych członków PFS, czyli dawno nie widziana Bernadeta. Drugiej połowie pierwsza połowa przydzieliła ponure zadania dotyczące sprzętu RTV i AGD, tak więc Waldemar - jak W - nie mógł dopełnić tej organizacyjnej całości. Podobnie jak inni zmotoryzowani klubowicze Bernadeta miała okazję przekonać się, że od jakiegoś czasu są dwie opcje parkowania: drogo i luksusowo blisko miejsca rozgrywek oraz alternatywnie nieodpłatnie - w zakamarkach okolicznych osiedli mieszkaniowych, Tajemniczo nie dotarli Asia z Darkiem, co wywołało lawinę plotkarskich spekulacji z przeważającą optymistyczną wersją wyjazdową. Jedynym więc przedstawicielem panów na spotkaniu był Adam, co chociażby ze względu na biblijne wszak imię było bardzo poprawne politycznie. Po nieprofesjonalnym, ale skutecznym dobraniu par rozegraliśmy spokojne trzy rundy. Bernadeta narzekała na brak formy spowodpwany brakiem treningów, ale chyba tylko kurtuazyjnie, bo w podsumowaniu była druga. Bezczelnie i miażdżąco wygrał wszystko Adam, chociaż trzeba przyznać, że z kulturą Arsena Lupina - taki dżentelmen wygrywacz. Donata była trzecia w pierwszej trójce. W drugiej dzielnie kroczyły - jak w japońskim pałacu cesarza - Małgorzata, Ania 1 i Ania 2. Rozstawaliśmy się jeszcze w blasku dnia - takie scrabbliczne wieczorne misterium…Zapraszamy do udziału. {M}
18.05.2016 Rekordowe w ilości uczestników spotkanie naszego klubu odbyło się u Donaty w zaciszu domowym. Standardowe głosowanie co do rodzaju rozgrywek jednogłośnie zostało rostrzygnięte na korzyść gry w parach. 3 szybkie rundy, w których niestrudzenie urozmaicaniem gry zajmował się domowy piesek pupilek, dostarczając wszelkich możliwych przedmiotów mieszczących się w paszczy, bądź to dających się przyholować za pomocą tejże (w tym ogromny miś). Na trzy rozegrane potyczki dwie pierwsze ze względu na odpowiednie składy literowe wygrał Darek, a trzecią ostatnią, decydującą i najważniejszą dzieki swym umiejętnościom wygrała Donata. {D}
11.05.2016 Utrudnienia komunikacyjo-drogowe w naszej metropolii były przyczyną nieco późniejszego startu klubowych rozgrywek. Asia i Małgorzata przepychały się dzielnie w korkach (targi Wod-Kan oraz inne atrakcje?), po czym jak już dotarły okazało się, że Donata słusznie przewidziała koniec swobodnego i radosnego parkowania przed Ośrodkiem. Asia, która przyjechała – jak na natowskie ćwiczenia – samochodem-czołgiem, musiała się wycofać i manewrowała dzielnie niczym Grigorij (kto pamięta „Czterech pancernych?...), gdyż Pan Od Szlabanu był bezwzględny i nieprzekupny, a bilet lichwiarsko drogi. Razem z Małgorzatą zabezpieczyły więc naprzeciwległą flankę od ulicy i z nadzieją, że samochody (a zwłaszcza ten bojowy Asi!) pozostaną tam, gdzie chwilowo zaparkowały, pognały na ćwiczenia umysłowe. Na szczęście nasi koledzy klubowi z cierpliwością amerykańskich psychoanalityków oczekiwali na nas w holu zakładu, w miłym towarzystwie coraz większej Madzi i coraz mniejszej Łucji. Dziewczyny wpadły na krótkie odwiedziny. Po pożegnalnych uściskach zdecydowana na grę szóstka udała się do salki i Asia profesjonalnie podobierała pary umiarkowanie mieszane (jeden Adam na pięć kobiet, jak w dobrze utrzymanym kurniku). Atmosfera – łącznie z sąsiednimi terapiami – przywodziła na myśl kolonie letnie w Ustrzykach Górnych – przyjemnie, bezstresowo, ciepło i chwilowo bez wychowawczyni. Dwurundowe zmagania wygrała – niewiele przed Asią – Donata, trzecia była Ania 1, a za nimi Małgorzata, Adam i Ania 2. Po pożegnaniu matki – Polki Asi zagraliśmy jeszcze jedną rundę (towarzysko oczywiście) i tym razem Adam - chapeau bas! - grający na dwie plansze zdecydowanie był najlepszy. Rozstaliśmy się niespiesznie – obie Anie uznały, że jakiś autobus i tak kiedyś przyjedzie, Donata z wykupionym karnetem i Adamem u boku odjechała legalnie, a Małgorzata poszła na poszukiwanie swojego autka. Znalazło się... {M}
27.04.2016 Na naszą cotygodniową umysłową kurację przybyły panie w podstawowym czwórkowym składzie oraz Prezes Darek, który zawsze dodaje otuchy swoim wiosenno-letnim przyodzieniem. Bose stopy, sandały, lekki sweterek – zdecydowanie kontrastowały w zestawieniu z ciepłymi kurtkami i płaszczami dziewczyn. O kwadransowej godzinie zamknęliśmy listę i udaliśmy się do salki, po drodze omawiając przyszłe zagmatwane możliwości zaparkowania pojazdów gdzieś w pobliżu Zakładu, albowiem dotychczasowa swoboda w tym zakresie ma zostać – w ramach dobrych zmian – zdecydowanie ukrócona. Mimo nieparzystości zdecydowaliśmy o grze w parach, rozważając ewentualnie podjęcie uchwały o grze w Belgijkę – powiedzmy – raz na 6 tygodni. Dobraliśmy więc radośnie pary obsadzając jak zwykle Darka w podwójnej roli. Gra przebiegała spokojnie, przeplatana wyrazami uznania dla znakomitych ruchów przeciwnika, a także subtelnymi westchnieniami w przypadkach beznadziejnych na stojaku. Pełna kultura. W połowie rozgrywek mała Natalka przesłała nam pozdrowienia wraz ze swoim wirtualnym dagerotypem, co tak rozproszyło Darka, że w kolejnej rundzie pozwolił się elegancko ograć. Bardzo pełna kultura. Po dwóch formalnych rundkach wyszło na to, że wygrała Donata, za nią – mimo wszystko – uplasował się Darek, a kolejne były Małgorzata, Ania 1 i Ania 2. Po wyprawieniu ojca do rodzicielskich obowiązków, pozostała czwórka dam (skład: DAMA) rozegrała tradycyjną przyjacielską partię. Zakończyłyśmy miły wieczór, a po opuszczeniu naszego bezpiecznego terapeutycznego miejsca ponownie wessała nas czarna dziura ponurej rzeczywistości...Cóż, za tydzień znów jest środa! {M}
20.04.2016 Nieliczne, acz wierne trzyosobowe grono przybyło stoczyć słowne potyczki: Ania2, Donata i Asia. Po kurtuazyjnym, a zarazem retorycznym pytaniu "Czy może zagramy w belgijkę?" przystąpiłyśmy do gry na dwie plansze. W pierwszej kolejności dualistycznego wyzwania podjęła się Asia, po niej Donata. Asia w starciu z Donatą postawiła scrabble'a: ODSIEWA do końcówki "KI" pierwszego słowa położonego na środku planszy. Nic w tym w zasadzie nadzwyczajnego. W tym nie. Niespotykany okazał się ruch Donaty w partii z Anią, która to ustawiła jej scrabble'a ODSIEWA do końcówki "KI" pierwszego słowa położonego na środku planszy. Replay? Déja Vu? Nie - takie cuda to tylko w scrabblach. Jako, że było nas mało, to będzie krótko. W dużych punktach Asia zremisowała z Donatą, w małych miała nieco więcej, więc odniosła zwycięstwo. {A}
16-17.04.2016 Veni, vidi, vidi! Tylko tyle i aż tyle. Dwa dni zmagań w Inowrocławiu przepełniły różnorodne stany świadomości. Począwszy od nadziei, poprzez egzaltację do całkiem egzystencjalnych i wręcz surwiwalowych przemyśleń. W niewielkim gronie 40 graczy z podwyższonym poziomem (w końcu wystapiła bydgoska elita) potykalismy się wzajemnie z sobą i o siebie. Wspólne podróże kształcą, ale czasami bywają bogate w niebezpieczne prekognicje. To właśnie w pierwszym dniu spotkało Donatę i Darka. Wszystkie omawiane teorie w samochodzie sprawdziły się w życiu. Nauczka na przyszłość: ostrożnie z doborem słów i tematów!
Rozgrywki bardzo urozmaicało głośne i melodyjne pogwizdywanie organizatora, które pięknie wpisywało się w nasze działania przy stojakach. Zasilić się można było płatkami śniadaniowymi misternie rozłożonymi na talerzach.
W niedzielę skład drużyny wzbogaciła swoją osobą Asia, której poszło najlepiej z nas wszystkich. Brawo! Vici nie było, ale podwójne vidi też może dać sporo satysfakcji. Nie zdobyliśmy kryształowego jaja, wiec właśnie satysfakcja niechaj będzie dla nas super nagrodą! {D}
PS.
Sondaż.
Co nas powstrzymuje przed wzięciem udziału w turnieju?
1. Praca.
2. Rodzinne obowiązki (z wykluczniem posiadania małych dzieci).
3. Szachy.
Co nas nie powstrzymuje?
1. Praca.
2. Rodzinne obowiązki (w tym niemowlaki).
3. Szachy!
13.04.2016 Tym razem na oddział uzależnień scrabblicznych dotarło aż 9 klubowiczów – w tym szachista Jarek oraz dawno nie widziani Łucja i Krzysiu z małą Madzią. To już drugie klubowe dziecię, które zostało wprowadzone w jasne mury naszego psychiatryka, z tym, że Natalka była w roli gościa-lustratora, a Madzia zaliczyła aktywne uczestnictwo. W związku z nadspodziewanie liczną obsadą oraz koniecznością zaparkowania pojazdu dziecięcego, skorzystaliśmy z większej salki i ochłonąwszy nieco przeprowadziliśmy błyskawiczną debatę quasi-parlamentarną: „w co gramy”. Sztukę kompromisu opanowaliśmy lepiej niż politycy i ustaliliśmy, że najpierw zagramy w błyskawiczną Belgijkę, a potem błyskawiczną rundkę w parach. Taka scrabblowa polka-galopka w szybkim tempie i metrum na 2/4, czyli w sumie 40 sek. na ruch. Niby mało czasu na myślenie, a i tak Donata zmiażdżyła nas pospiesznie i genialnie wymyślonym (i to bez blanka!) scrabblem POWOŁASZ. Uznanie małej Madzi przejawiało się w miarowym potrząsaniu nad grającymi sprzętem grzechoczącym, czas płynął szybciej niż zwykle i belgijkowy sprint zakończyliśmy w optymalnym momencie – dziecko domagało się zwiększonej uwagi. Belgijkowe zmagania wygrała Donata, drugi był Krzysiu (nadal znakomita forma!), trzeci Jarek (szachowy mistrz ligowy!), dalej Darek, Małgorzata i pozostali klubowicze. Tymczasem pożegnawszy Łucję, Krzysia i Madzię przystąpiliśmy do jednostajnie przyspieszonej gry w parach, Darek jak zwykle na dwie plansze. I tutaj już było jak zwykle niesprawiedliwie i przebiegle. Albo też fantastycznie i zmyślnie. Jak w łacińskiej sentencji: „litera uczy, litera szkodzi”...Szybki turniejek wygrała – a jakże! - Donata przed Darkiem. Trzecia była Ania1 – gratulacje! - za nią Adam i Małgorzata. Ostatnią, stricte przyjacielską rundę rozegrało czworo uczestników: Adam, Donata, Jarek i Małgorzata, gdyż obie Anie i Darek pomknęli do osobistych zajęć świetlicowych. W ten sposób naturalnie wyciszyliśmy ekscytację i napięcie wywołane nadmiarem wrażeń i urozmaiceń w ciągu jednego spotkania, ale wypieki (na twarzy nie w kuchni) zostały. Zapraszamy na kolejną terapię, a kolegom, którzy będą walczyć o Jajo w Inowrocławiu życzymy samych fajnych układów na stojakach i wielu wygranych! {M}
06.04.2016 Oprócz stałego zestawu czwórkowego (Ania, Ania, Donata, Małgorzata) na nasze scrabbloterapeutyczne spotkanie przybyła też Asia – dochodząca do siebie po zdradliwie męczliwej infekcji – oraz gościnnie Radek – zdecydowany sympatyk scrabbli w każdym wydaniu. Darek pełnił domowy dyżur przy Natalce, a Bernadeta z Waldemarem nie zarejestrowali tego, że jest środa, co zdecydowanie niepokoi. Pora na wizytę w oddziale. Parzystość uczestników zdeterminowała rodzaj gry i po odpaleniu komputera podjęliśmy sympatyczne rozgrywki w parach. W pierwszej rundzie Radek chytrze wygrał z Małgorzatą osobliwym scrabblem, którego – jak się później okazało – nie ma w słowniku. Wniosek: sprawdzamy wszystko „do zdechu”. W drugiej rundzie Donata znokautowała wszystkich scrabblem przez dwie potrójne premie - za tyle punktów, ile niektórzy nie uzyskują nawet w całej rozgrywce. Po dwóch rundach Asi padł telefon i czas nominowany na pobyt w psychiatryku. Podsumowaliśmy stan gry – wygrała Donata, przed Asią i Radkiem. Małgorzata była czwarta, a dalej Ania 1 i Ania 2. Trzecią rundkę zagraliśmy towarzysko i tym razem grę na dwie plansze i dwie Anie podjął Radek. Zakończyliśmy spotkanie o jeszcze przyzwoitej porze, z dużym zapasem na dojazd, wieczorne mecze ligi hiszpańskiej oraz inne domowe atrakcje. Za tydzień też jest środa, o czym przypominamy zagonionym i przepracowanym... {M}
30.03.2016 Pierwsze spotkanie po świętach odbyło się w naszym stałym miejscu. Po wzrokowej kontroli stanu odzieży spodniej u ostatnio przybyłej osoby, gęsiego powędrowaliśmy do salki. Krótka narada dotycząca turnieju w Inowrocławiu wyłoniła reprezentantów miasta Bydgoszcz. Następny w kolejności nastąpił sondaż „kto w co woli zagrać” i już bez dalszych słów przystąpiliśmy do potyczek w parach. Nieparzysta liczba określająca frekwencję wynosiła pięć, co zdeterminowało podwójną rolę Darka w rozgrywkach. Szybkie partie pochłonęły nadmiernie zgromadzone podczas świątecznych biesiad kalorie i przyniosły wygranym wygrane, a przegranym przegrane. Nikt nie zremisował. Zasłużenie dominantem został Adam, drugie miejsce osiągnął Darek. Za Panami uplasowały się w kolejno: Donata, Bernadeta i Ania2. Darek w popłochu wybiegł załatwiać trudne sprawy, a w tym czasie reszta drużyny hołdowała staremu, głęboko zakorzenionemu w polskiej tradycji porzekadłu ”To co? Jeszcze kolejeczka?”.
Pozdrawiamy wszystkich nieobencych, te chore i tych zapracowanych, opiekunki i opiekunów. {D}
16.03.2016 Spotkanie scrabbliczne – mimo skromnej frekwencji (Ania 1, Ania 2, Donata, Małgorzata) – było jak zwykle niezwykle sympatyczne i pełne wzajemnej kurtuazji. W psychiatryku zaczynamy czuć się jak u siebie w domu, rozważamy integrację z innymi uczestnikami rozmaitych terapii oraz kwestę poważnego pozostania na dłużej. Bezbłędnie trafiamy do „naszej” salki i najważniejszego gabinetu. Niestety naszym pozostałym kolegom klubowym jakieś środowe chochliki namieszały w planach; i tak np. Bernadeta i Waldemar chwilowo zakręcili się w sprawach mieszkaniowych, Darka pochłonęły sprawy służbowe, Adama pewnie też, a Jarek to po prostu „pojawia się i znika”. Natomiast spotkany przez Małgorzatę na Frymarku Bydgoskim nasz były klubowicz Andrzej (poszukujący nerwowo ekologicznego masła) – przekazał wszystkim serdeczne pozdrowienia. Powspominawszy czasy kiedy było nas cotygodniowo nieco więcej, rozstawiłyśmy plansze i nawet załączyłyśmy komputerowy słownik. Przydał się nadzwyczajnie zwłaszcza, kiedy rozważałyśmy rozmaite konfiguracje słowa „pluć” i problem dlaczego nie można „dopluć”, skoro można „popluć”. Cóż, sprawdziłyśmy też, że można „porzygać”, ale nie „dorzygać”. Pozostałe sprawy sporne wyjaśniała Donata, która tym razem nie pozwoliła się już ograć nikomu. Trzy szybkie rundy minęły jak z bicza trzasł. W połowie trzeciej rozgrywki zadzwonił Prezes Darek ze stosownym usprawiedliwieniem swojej nieobecności i wyrazami żalu z tegoż powodu, a tymczasem Ania 2 przeprowadzała – również przez telefon - niespodziewane negocjacje biznesowe. Po końcowych podliczeniach ogłosiłyśmy sprawiedliwe zwycięstwo Donaty. Za nią – z całkiem przyzwoitym dorobkiem punktowym ustawiły się: Małgorzata, Ania 1 i Ania 2. Niestety – z przyczyn około świątecznych oraz rozmaitych innych – ustaliłyśmy, że ponownie spotkamy się już po Wielkiejnocy. Więc jeśli ktoś nie przeczyta informacji w kronice lub na forum, to – niestety – pocałuje oddziałową klamkę. Wesołych Świąt dla wszystkich! {M}
09.03.2016 Na cotygodniową terapię scrabblami przybył ADAM i A.D.A.M., czyli Ania, Donata, Ania i Małgorzata. Nasi pozostali klubowicze zmagali się w tym czasie z rozmaitymi stanami rzeczywistości. Nasz Prezes zaplątał się w informatycznych zawiłościach, członkowie PFS chyba wmurowali się w ściany, a Jarek zapewne czaił się gdzieś między gońcem, skoczkiem i królem. Donata pochwaliła się swoim imponującym wynikiem na „Zagraju”, wzbudzając zachwyt i życzliwą zazdrość, ale tym samym została nominowana na Podwójnego Bojownika w sytuacjach nieparzystych. Tym bardziej, że jak nie ma Darka nie odpalamy komputera turniejowego, tak więc nasze spontanicznie wymyślane sposoby na dobór graczy są coraz bardziej zagmatwane. Jakoś udało się ustalić kto z kim gra i dlaczego, po czym w serdecznej i łagodnej atmosferze rozegraliśmy pierwszą rundę. Tymczasem (w połowie drugiej rundki) Asia z Darkiem – sobie tylko znanymi sposobami – sforsowali wrota do naszego oddziału i w ramach rodzinnego spaceru pod hasłem „Poznaj Świat” odwiedzili nas z Natalką. Taka sympatyczna wizyta(cja). Dziecko dzielnie zniosło pierwszy kontakt z psychiatrykiem i szeroko otwartymi oczkami lustrowało uważnie co i jak. Cóż, w dzisiejszych czasach warto wiedzieć, że są takie miejsca, które dają schronienie i izolację od wszechogarniającej głupoty. Po okrzykach zachwytu i zdumienia nad niebywale grzeczną małą kopią Asi i Darka wróciliśmy do gry, z lubością całą uwagę skupiając nie na wyrokach lub ich braku, ale na literkach: dlaczego losowanie nam nie sprzyja i dlaczegóż to przeciwnik ma znowu dwa blanki?! Kolejną rundę na dwa mózgi rozgrywał Adam i radził sobie całkiem dobrze, więc też może dostać nominację. W ostatniej grze Małgorzacie udało się wygrać z Donatą (tylko 2 punktami, ale jednak) – co przyjęła z oszołomieniem i radością odpowiednią na gali rozdania hollywoodzkich Oskarów. Rozgrywki wygrała oczywiście Donata, drugi był Adam, a dalej wirtualny Darek, Małgorzata, Ania 1 i Ania 2. Starając się nie myśleć o tym co na świecie, rozstaliśmy się radośnie, a nadal oszołomiona Małgorzata zapomniała gdzie zostawiła samochód. Przed capstrzykiem się znalazł... {M}
02.03.2016 Na placu boju stawiła się dzisiaj Donata i wszyscy na "A": dwie Anie, Asia i Adam. Po szybkiej weryfikacji i deklaracji Ani1, że woli grać na dwa stoły niż w belgijkę, zapadła decyzja o kontrolowanym rozdwojeniu jaźni Donaty. W wyniku prywatnych zdarzeń zabrakło naszego niezłomnego kronikarza (w zastępstwie Asia), więc zadecydowaliśmy, że dla uhonorowania 6 osobą będzie wirtualna Małgorzata, bo na pewno była z nami duchem. Gra na dwa stoły nie obyła się bez dziwnych przypadków: Donata położyła scrabbla Adamowi, ale ze składu, którym grała z Anią. Adam szybko skwitował: "to mamy trzy banki??". Gdzie jeszcze, jak nie u nas można zobaczyć coś takiego? Ania położyła słowo "ANI" przekraczając tym ruchem 200 punktów. Między rundami padały dowcipy i anegdoty o kradzieżach aut i opowiadania matema-tematyczne. W drugiej rundzie zażartą walkę stoczyły Anie, wynikiem czego bardziej pogryziona została Ania1 (przegrała jednym jedynym punktem 310 do 311). Pomimo utrudnionej gry na dwie plansze Donacie udało się zdobyć największą ilość małych punktów: 823 i 3 miejsce na podium. Po dwie wygrane mieli Asia i Adam, a różnica między nimi wyniosła zaledwie 22 punkty na korzyść Asi. Młodo upieczone matki pognały do swoich pociech, reszta reprezentacji postanowiła jeszcze pobaraszkować na planszach. Po wszystkim mimo licznych ran kąsanych, rozeszliśmy się w pokoju licząc na sparafrazowane powiedzenie: "Do następnego razu sie zagoi.." {A}
25.02.2016 Tym razem na spotkanie scrabbliczne przyszło nas sześcioro – stała ekipa damska (obie Anie, Donata, Małgorzata) oraz - zluzowani na czas określony przez Babcię z Elbląga – Asia z Darkiem. Darek jak zwykle wprowadził zamęt w umysłach jeśli chodzi o odbiór sygnałów pogodowych, ponieważ jako jedyny przybył bez kurtki i w sandałach, pokazując figę lekkiemu przymrozkowi. Nie tracąc limitowanego czasu pomknęliśmy do salki, w której zastaliśmy mnóstwo materiałów przywodzących wspomnienia zajęć praktyczno-technicznych (poczciwe ZPT) z podstawówki. W zasadzie od ręki można było przystąpić do klejenia i malowania, a karteczka z napisem „uśmiechnij się” rozczulała i zachęcała. Pomysł z uporządkowaniem salki upadł w przedbiegach więc wycofaliśmy się taktycznie, a dzięki wszechmocnej Donacie umościliśmy się w sąsiednim pomieszczeniu z odpowiednią tabliczką - „Psychoterapia grupowa”. Bardzo stosownie i elegancko. Były stoły, mnóstwo krzeseł, a na ścianie wisiała plansza z wykresami, które Darek zinterpretował jako wskaźniki frekwencji klubowej. Przez lustro weneckie przyglądała nam się z uwagą kadra psychologów-analityków behawioralnych, ubogacając wizję dzwiękiem pochodzącym z dyskretnie zainstalowanego w suficie mikrofonu. Rozstawiliśmy plansze (tymczasem mała Natalka dokładała starań, aby Babcia nie wyszła z wprawy w karmieniu i zmienianiu pampersów) i zaczęliśmy rozgrywki. I jak zwykle tak się działo, że Przedziwne Wyrazy (prawie jak w „Kubusiu Puchatku”) stawiane przez Donatę i Darka oczywiście były dopuszczalne, a poczciwe i wszystkim znane, aczkolwiek nie zawsze przyzwoite – układane m.in przez Asię – jakoś nie. Pora na uaktualnienie słownika, a tak w ogóle to wiele jeszcze nauki przed żuczkami – scrabbleuszkami. Udało nam się w pełnym składzie rozegrać trzy rundy - po pierwszej pacjentka z grupy z sąsiedniej terapii zapukała i przypomniała o kolacji, cóż, nie byliśmy zapisani - ostatnią kończyliśmy w tempie jednostajnie przyspieszonym, bo Darek z Asią stali już w blokach startowych. W podsumowaniu wygrała Donata przed Asią i Darkiem – to było pierwsze, wyższe podium. Na niższym ustawiły się pozostałe uczestniczki: Małgorzata, Ania 1 i Ania 2. Po ogarnięciu sprzętu i salki opuściliśmy oddział (bez kolacji) i po tradycyjnej wymianie uścisków dłoni rozeszliśmy się dobrze oświetleni księżycową pełnią. W tym czasie analitycy kończyli kompletację uwag psychometrycznych w naszych teczkach.. {M}
17.02.2016 Systematyczne uczestnictwo w terapii scrabblowej - w końcu w nowoczesnym i pięknym oddziale - zdecydowanie przynosi efekty - każdemu według potrzeb lub zasług. Na naszym ostatnim spotkaniu (stawiła się niezłomna piątka) było tak grzecznie i spokojnie, że gdyby nie konieczność używania wysoko zorganizowanej materii (czyli mózgu) wiałoby nudą niemalże jak na ostatnim filmie Tarantino. Nikt się nie denerwował, nie ogryzał paznokci, nie szlochał, nie rwał włosów z głowy. Jak po skutecznej kuracji bromem. Jedyną atrakcją była plansza wykreowana przez Anię2 i Darka z wyrazami, których układanie zapewne poczciwy Freud zinterpretowałby jako przejaw skrywanych podświadomie chuci, czy coś w tym duchu. Graliśmy najpierw w ową piątkę i pierwszym Brucem Lee (walka z więcej niż jednym przeciwnikiem) był Darek, a po jego wyjściu (zgodnie z ojcowskim grafikiem) - Donata. No i było tak jak w "Wejściu Smoka", czyli przeciwnicy - mimo twardej walki do ostatniej płytki - dostali bęcki. Dobrze, że od Mistrzów - formalne rozgrywki wygrała Donata, za nią Darek, kolejni byli: Adam, Małgorzata i Ania2. Wyciszeni i otuleni kojącą atmosferą opuściliśmy miły oddział wracając na kolejny tydzień do nerwowej rzeczywistości. {M}
10.02.2016 Zapewne okoliczności popielcowe - a w niektórych przypadkach podstępne wirusy – spowodowały, że na oddziałowe zajęcia przyszły panie w brydżowym czwórkowym komplecie – 2 x Ania, Donata i Małgorzata. Czyli w zasadzie niezawodny, punktualny (była zapodana nowa kwadransowa godzina!) zestaw odpowiedzialnych klubowiczek, co gwarantowało kulturalne rozgrywki w atmosferze zgody i wygraną Donaty. Mając tego świadomość przystąpiłyśmy do gry w pogodnych nastrojach i rozegrałyśmy trzy krzyżowe rundy, w drobnych przerwach wymieniając uwagi na tematy literackie, filmowe i rodzinne. Jak w elitarnym klubie dyskusyjnym lub kasynie – brakowało tylko cygar, vesper martini i Jamesa Bonda. Ania 1 nie miała dobrej passy i swoje pechowe przegrane przyjmowała jako pokutę popielcową, Ania 2 uspokajała mantrycznie rozmowami z samą sobą, a Donata dawała przykład jak należy grać po mistrzowsku. Szybka analiza rozkładu jazdy autobusów do Fordonu pokazała, że zakończyłyśmy grę w czasie optymalnym, wygrała in gloria Donata, za nią – w dużym oddaleniu – Małgorzata, Ania 2 i Ania 1. Pan Portier był wyjątkowo uprzejmy (ecce homo!) i podniósł szlaban bez podnoszenia rabanu. Do zobaczenia za tydzień, oby w szerszym gronie. {M}
03.02.2016 Scrabbliczna magiczna siódemka sprawdza się ostatnio w klubowej frekwencji. Tym razem rodzynkiem w damskim towarzystwie był Waldemar – emanujący męskimi feromonami prosto z budowy. Rozproszona tym zjawiskiem Małgorzata nie mogła odnaleźć wewnętrznej równowagi i skupienia, tak więc losowanie literek w celu dobrania towarzystwa w pary przebiegało osobliwie, w sposób właściwy dla naszego oddziału psychiatrycznego. Udało się w końcu, a Waldek – zmotywowany okazją do ćwiczeń umysłowych - zadeklarował chęć grania na dwie plansze. Dwie pierwsze rundy przebiegały w miarę spokojnie – jak zwykle szczęście miało swoich faworytów, a pech swoich. Zwykle niespotykanie spokojna Asia dosadnie w obcym narzeczu spuentowała fakt, że „spadł” jej czas i tym samym kilka punktów dzielących od możliwej wygranej. Niestety nie miała okazji do kolejnej gry, gdyż spadł jej również czas przeznaczony na grę w ogóle. Wyglądało na to, że już po spotkaniu, bo Ania 2 nie miała dobrego dnia, dojmujące zmęczenie odebrało jej chęć do gry, pojawiły się stany lękowe i gdyby nie łagodna perswazja kolegów, Ania 2 zapewne chętnie położyłaby się na oddział w charakterze pacjentki. Pozytywne fluidy współgraczy podziałały mobilizująco i trzecia – towarzyska już rundka – została rozegrana bez presji i z przyjemnością, a w tym czasie Ania 1 nauczyła się kilku nowych osobliwych słów. W podsumowaniu najwięcej oczywistych punktów zgarnął Podwójny Waldemar, a w tradycyjnych parach górą była Bernadeta, przed Asią i Donatą. Rozgrzane umysły klubowiczów ruszyły jeszcze do krótkiej debaty społeczno-politycznej, po czym w pełnym zatroskaniu o losy wszechświata rozstaliśmy się dobrodusznie. {M}
21.01.2016 Po ostatnich perturbacjach pogodowo-służbowych tym razem frekwencja klubowa dopisała. Przybyła – prawie jak w filmie Tarantino – ósemka (ale przyjazna – nie „nienawistna”!) co oczywiście sugerowało grę w parach, chociaż radość z długo wyczekiwanego spotkania była absolutna, więc zapewne zagralibyśmy w cokolwiek, jakkolwiek, gdziekolwiek i z kimkolwiek. Niespodziewana łączna obecność Asi i Darka (Natalka jest już duża i mądra i w tym czasie sama rozgrywała batalię na grzechotki z babcią z Elbląga) zaiskrzyła ciepłym wspomnieniem o Łucji i Krzysiu. Wyraziliśmy zbiorową nadzieję, że jednak któreś z nich wkrótce do nas dołączy i rozstawiliśmy plansze. Rozegraliśmy dwie rundki według turniejowych zasad, które w ogólnym podsumowaniu wygrała Donata przed Jarkiem i Asią. Przy podium przycupnęli jeszcze Darek i Adam. Kolejną rundkę – stricte towarzyską – rozegraliśmy już bez Asi i Darka, gdyż Natalka była już po wygranej bitwie i trzeba było reanimować babcię. Wygraliśmy, przegraliśmy, ogarnęliśmy nasz sprzęt i pożegnaliśmy się nadzwyczaj pogodnie. Po serdecznościach i życzeniach ponownego miłego spotkania pomknęliśmy do domów, odmrażając nosy na przetartych już nieco zimowych szlakach. {M}
09.12.2015 Pomimo tego, że przedświąteczne przygotowania ruszyły – przynajmniej medialnie – pełna parą, sześcioro uzależnionych scrabblistów oderwało się od tych wzniosłych czynności i przybyło na oddział lękowy bez lęku. Rodzynkiem w tym damskim keksiku był Jarek i Małgorzata od razu miała konkretne przeczucia: Jarek przychodzi i kokieteryjnie wygrywa. Cóż, przed wejściem na terapię obejrzeliśmy w zachwycie przystrojone świątecznie patio, po czym okazało się, że nasza salka jest pełna rozmaitych materiałów praktyczno-technicznych do robienia aniołów, gwiazdek i łańcuchów. Małgorzata od razu zapaliła się do produkcji rzeczonych ozdób (wszyscy do łańcucha!), Asia nie mogła oderwać wzroku i rąk od szmacianych aniołów, a Ania 2 z Anią 1 roztrząsały różnice między kordonkiem a muliną. Donata zachwyciła wszystkich swoją domową produkcją gadżetów prezentowych, a Jarek oczekiwał na jakieś decyzje w spokoju i zakłopotaniu. I z pewnością udałoby się nam ustroić kolejne patio, ale ktoś głupio przypomniał po co właściwie przyszliśmy. Anioły i gwiazdy „poszły” na boki, trudno, przystąpiliśmy do gry i udało nam się zaliczyć dwie rundy. Szczęście – oczywiście – sprzyjało mądrym, zdolnym (i tym co rzadko przychodzą – sic!), a zły Krampus mieszał szyki pozostałym – taka kara za bycie niegrzecznym...Oczywiście wygrał Jarek, co zaczyna być regułą w przypadku jego obecności, druga była Asia, trzecia Donata. Ania 2 miała więcej punktów małych od Ani 1, ale Ania 1 miała jedną wygraną. Małgorzata miała więcej punktów od Ani 2, ale nie wygrała. Czyli jest co – mówiąc gwarą młodzieżową - „rozkminiać”. Licząc beztrosko na to, że Darek sobie jakoś to poukłada, pozbieraliśmy nasz sprzęt spośród aniołów i łańcuchów. Wracamy do rzeczywistości przedświątecznej... {M}
25.11.2015 Chyba „nadejszła” zima. Z zaspami i śniegiem po sufity. Jak w filmie katastroficznym. Mrozy - wirtualne lub mózgowe spowodowały, że przez skute iluzorycznym lodem bydgoskie przestrzenie przedarły się na spotkanie scrabbliczne aż cztery damskie osobniki (jak w „Matriarchacie” Wolskiego, ale bez większej nadziei na spotkanie jakichkolwiek „płaskich” . Info dla urodzonych później: – „Matriarchat” - popularna audycja radiowa w czasach zamierzchłych ubiegłego wieku). Jednym słowem do Psychiatryka zawitała prawdziwa DAMA, czyli Donata, Ania 1, Małgorzata, Ania 2. Tylko wrodzona przyzwoitość pohamowała oczywistą ochotę do zaproszenia do gry młodych, błąkających się po klinice, studentów, chociaż może szkoda? Wygląda na to, że miejsca w salce do gry wystarczy niedługo także dla personelu... Przybyłe damy rozegrały trzy przyjacielskie rundy w spokojnej atmosferze, a w nawiązaniu do zbliżającego się okresu świątecznego Donata z Małgorzatą wymieniły się pomysłami na rękodzieła prezentowe i kto wie, może zawiążemy niebawem kółko koronkowe. Damskie rozgrywki wygrała bezwzględnie Donata, zdobywając tyle punktów, że aż niemożliwe, więc nie piszemy. Dobrą passę literową i intelektualną miały obie Anie, z przewagą na drugim miejscu Ani 2. Małgorzata miała słaby dzień – zwoje mózgowe jej się rozprostowały a i litery nie pomogły, tak więc cudem, a może szachrajstwem (???) udało się jej przycupnąć nieśmiało obok Ani 1 na trzeciej pozycji. Zakończywszy z żalem to sympatyczne spotkanie, założyłyśmy wirtualne rakiety śnieżne, aby bezpiecznie przedrzeć się w kierunku domowych pieleszy. Zapraszamy kogokolwiek za tydzień. Mogą być nawet cheerleaderki a zwłaszcza chippendale`si... {M}
18.11.2015 Dawno nie było tak tłumnie i gwarnie na naszej cotygodniowej terapii scrabblowej – pomimo iluś tam w skali Beauforta na zewnątrz. Widać nadmiar odbieranych w realu agresywnych bodźców skłonił także Bernadetę i Waldemara do przybycia na oddział – bardzo wskazane zresztą dla każdego. Tym samym było nas ośmioro, ale – mimo chwilowej troski Donaty - czy aby się pomieścimy? - miejsca w salce było dość i mogliśmy w pełnym komforcie zmierzyć się w parach. Tymczasem Bernadeta przedstawiła bilans skarbowy klubu, a Darek (obuty w pełne buty!) załączył program(ik) rozgrywek. Atmosfera zagęściła się od intelektualnych fluidów i w skupieniu staraliśmy się uzyskać wyniki powyżej granicy własnego zadowolenia, co bywa nie lada wyzwaniem. Rozegraliśmy dwie rundy turniejkowe, które wygrał Waldemar, a kolejni byli Darek, Donata, Adam i Bernadeta. Postanowiliśmy zagrać jeszcze jedną – towarzyską partię – tym razem bez Darka, którego wzywały obowiązki ojcowskie. Został też (Darek) zobowiązany do nawiązania skutecznego kontaktu głosowego z Łucją i Krzysiem, przekazania pozdrowień i innych pozytywnych myśli. W towarzyskiej rundzie na ochotnika na dwie plansze dzielne zmagania podjął Waldemar („blokować!, blokować!”). Rozgrzani umysłowo i emocjonalnie moglibyśmy tak grać jeszcze długo, tym bardziej, że na oddziale bardzo nam się podoba, ale nie zabraliśmy piżam. Wyników towarzyskich nie sumowaliśmy, a spotkanie zakończyliśmy jednak jeszcze o tzw. przyzwoitej porze i po tradycyjnych uściskach dłoni zostaliśmy skutecznie wywiani w listopadowy mrok. {M}
04.11.2015 Wszyscy przybyli do gry przystąpili. W parach zagrali, sporo z siebie dali. W końcu zmęczeni, zostali tak ustawieni: Donata, Asia, Adam, Ania1, Ania2. {D}
28.10.2015 Pomimo chłodniejszego już popołudnia czworo wytrwałych graczy zjawiło się w Psychiatryku, w tym trzy panie i Gorącostopy Darek, który uparcie odmawia noszenia normalnych butów i prawie całą zimę biega w sandałach. Ucieszyła nas wiadomość, że na świecie pojawiła się kolejna mała scrabblistka – Magda – i gdyby nie powaga miejsca spotkań z pewnością dałoby się „zmontować” na szybko okolicznościową imprezę. Cóż, zostały nam jeszcze wody mineralne po turnieju, zaczniemy chyba powoli spijać, a na poważne wiwaty zaczekamy do wiosny. Tymczasem ponownie trzeba było przeprowadzić szybki remanent w woreczkach, gdyż po ostatnim spotkaniu zostało bezdomne „L”, które jednak udało nam się ponownie umieścić we właściwym miejscu. Rozegraliśmy trzy szybkie rundy, ze spokojem przyjmując zarówno wygrane jak i porażki. Wygrywający mieli poczucie misji a przegrywający poczucie, że coś chyba im nie idzie... Cóż, gra z mistrzami to swoisty rodzaj akademii wyższych umiejętności, trzeba podpatrywać, wyciągać wnioski, starać się brać przykład i walczyć o punkty. Nie da się ukryć - „usu facit perfectum” - i o to nieszczęsne perfectum właśnie chodzi. Dlatego przychodzimy i zachęcamy naszych pozostałych klubowiczów do tego samego.
Wygrała bezwzględnie i sympatycznie Donata, drugi był równie sympatyczny Darek, trzecia Małgorzata, czwarta Ania 1. Jak wychodziliśmy księżyc uśmiechał się do nas pełną gębą w pełni... {M}
21.10.2015 Tym razem nasze terapeutyczne spotkanie było satysfakcjonujące dla wielbicieli Belgijki. Uprzejme grono przybyłych na spotkanie klubowiczów - w liczbie 7 - zgodziło się zagrać w tę miłą odmianę scrabbla, ku uciesze Małgorzaty i Jarka, który od razu wyznaczony został na workowego. Joasia i Adam zostali wstępnie szybko przeszkoleni i przystąpiliśmy do gry. Pierwsze losowanie trzeba było anulować, bo Jarkowi pod rękę podchodziły głównie samogłoski. Z kolejnych układaliśmy całkiem porządny „ceglany” murek na planszy, walcząc o najwyższe notowania punktowe. Atmosfera była jak u miłej cioci na imieninach – brakowało tylko zakąsek i przepitek. Wraz z kolejną wymianą wspomnieliśmy Bernadetę (która na pewno optowałaby przeciw!), a „W” jak Waldemar pozostawało bez odpowiedzi. Gdzie się podziali nasi członkowie PFS? Adam sięgnął do pamięci szkolnej (Kasprowicz?, Tetmajer?) i zapunktował najlepiej słowem LIMB w zestawie z UL, a po postawieniu CZCZĄC Ania 1 oznajmiła, że może nawet polubi Belgijkę. Joasia miała swój sukces układając na potrójnej D[Ź]WIĘK, a Ania 2 też najlepiej zapunktowała przy SI[N]I/IN/MI. Intrygujące taneczne BAKARAT ułożyła Ania 1 tym samym pięknie rozwinęła planszę oraz zbiorową wyobraźnię. Po wylosowaniu zdublowanego „Ł” zastanawialiśmy się chwilę co też słychać u Łucji i Krzysia, a chwilę potem czy jest słowo „sony”? Jest - powiedziała Donata – czyli jest. Konkurs na najlepszy ostatni ruch wygraliśmy zespołowo, po czym w panice rozpoczęliśmy przegląd plansz w celu wyszukania najładniej ułożonej – do zdjęcia. Fotografem mianowaliśmy workowego Jarka, który z namaszczeniem, przy asyście Małgorzaty z prowizoryczną „blendą”, wykonał kilka ujęć. Może się nadadzą. Belgijka została zaliczona – wygrała Donata, drugi był Jarek, trzecia Małgorzata. Na podium znaleźli się też Adam i Ania 1. Ania 2 i Joasia dzielnie dały radę z całkiem dobrymi wynikami. Po podsumowaniu i owacjach część naszego zespołu graczy wybiegła w pośpiechu z nadzieją na złapanie stosownego środka komunikacji, pozostali - w wolniejszym tempie – uporządkowali salkę. Za tydzień wracamy do bojów dwójkowych, więc zapraszamy! {M}
14.10.2015 Ladies rulez! Sześcioosobowa damska ekipa scrabblowa zjawiła się w Psychiatryku na dzień przed wizytą tam Najjaśniejszego Prezydenta RP. Mając na względzie tę niezwykłą okoliczność Donata uprzedziła nas o mogących wystąpić problemach z parkowaniem, które ostatecznie nie wystąpiły, ale i tak byłyśmy przejęte. Czułyśmy się wyjątkowo w wyjątkowym miejscu, oczekując najpierw w czwórkę i w przytupach na Joasię. Okazało się jednak, że Joasia nader bystrze poradziła sobie z pokonaniem elektronicznie zamykanych drzwi ( przydatne hasło – Donata!) i już od pół godziny była w naszej salce, a czekająca tymczasem czwórka równie radośnie powitała Asię. (Uwaga rozróżniająca: jest Asia i Joasia). Wyjątkowa damska parzystość radowała, bo nie trzeba było kombinować na cztery ręce i dwie plansze. Inteligentnie poustalałyśmy grające dwójki i w miłej atmosferze rozegrałyśmy dwie rundy. Gra była wyrównana, nie było powodów – miło najwłaściwszego otoczenia - do rzucania przysłowiowym mięsem czy też rozpaczliwego bicia głową o ścianę - spokój ponad wszystko. W przerwie wyraziłyśmy też nieśmiałe, zatroskane zainteresowane Łucją i Krzysztofem wraz z nadzieją, że już niebawem będziemy im gratulować. Rozgrywki wygrała zdecydowanie Donata, Asia była druga, na trzeciej pozycji upchały się z identyczną punktacją Ania 2 i Małgorzata. Tuż za nimi deptała im po piętach Ania 1, a Joasia pogodnie zamykała peletonik. Przed wyjściem sprawdziłyśmy czy wszystko jest ok - w końcu Prezydent nie na co dzień bywa „w Bydgoszczu” - i życząc Donacie sukcesów w polowaniu na autograf lub chociażby uścisk dłoni, dyskretnie i po ciemku wymknęłyśmy się do naszych domowych zajęć. {M}
07.10.2015 Jubileusz pięciolecia rejestracji klubu w PFS świętowaliśmy odpowiednio w piątkę. Grono było skromne, ale przygotowane – na stole wśród plansz pojawił się azjatycki torcik wedlowski i batony Choco Candy. Żałowaliśmy jednak, że nie było z nami członków-założycieli - Bernadety i Waldemara - którzy ostatnio walczą z przeciwnościami niełatwej rzeczywistości, tracąc przy tym nerwy i kilogramy. Cóż, po odśpiewaniu pieśni triumfalnej i pożarciu połowy słodyczy, podjęliśmy oczywiste zmagania bojowe w nieparzystych parach, Darek jak zwykle w takiej sytuacji na dwie plansze. W pierwszej rundzie rezultaty były umiarkowanie wyrównane, natomiast w drugiej „miedzy żarem słów, a słów tych cieniem” krążyła – i owszem – muza pomyślności, ale głównie przy Darku, który rozłożył na łopatki swoje przeciwniczki podstawiając m.in. Małgorzacie NYGĘ, a nad Anią potrząsając KUFĄ. Nawet patronka spraw beznadziejnych, św. Rita, nie dałaby rady. Donata spokojnie wygrywała swoje partie bez pomocy astralnych cicerone, a małomówny Adam dzielnie i profesjonalnie przyjmował umiarkowane bęcki. Dokończyliśmy podnoszące poziom fenyloetyloaminy czekoladowe słodycze i posumowaliśmy zmagania. Zwyciężył Darek Bez Skarpet, druga była Donata, kolejni Małgorzata, Adam i Ania. Omiatając powłóczystym spojrzeniem przytulny oddział terapeutyczny z żalem opuściliśmy to bezpieczne miejsce. Oczekujemy na wieści od pozostałych klubowiczów i oczywiście na ich obecność na najbliższym spotkaniu. {M}
30.09.2015 Na zaproszenie do udziału w kolejnej sesji - "Scrabble ponad wszystko" - przybyło pięć pań, zdecydowanie zdecydowanych wytrwać w klubie. Dużą radość sprawiła Asia, chwilowo oderwana od obowiązków matczynych. Niestety - aby bilans emocji się zanadto nie rozchwiał - okazało się, że Andrzej został niechybnie uleczony od uzależnienia scrabblicznego i tymczasowo pozostanie zdystansowany cieleśnie od zajęć na oddziale. Pochłonęły go inne gry i zbawy zespołowe, którym się oddał bezgranicznie, a nam pozostał - jak temu gościowi od "Beaty" - "smutek i żal". - Ama nos et vale! - jakby co, wiadomo gdzie nas szukać. Nie tracąc czasu podjęłyśmy dzielnie zmagania turniejkowe, pomimo oczywistej nieparzystości. W pierwszej rundzie na dwie plansze podjęła walkę Asia - jak dzielna Joanna D`Arc. Tyle że w tym przypadku to przeciwniczki dostały łupnia. Powstało też podejrzenie, że Asia ma wmontowany w swój organizm kalkulator, bo liczy szybciej niż księgowa u Steva Jobsa. W drugiej rundzie rolę podwójnego umysłu przejęła Donata, również miażdżąc - aczkolwiek z dużą kulturą - swoje rywalki planszowe. Tymczasem zlokalizowałyśmy woreczek, któremu brakowało literek z poprzedniego spotkania, świetnie, przy okazji pomieszałyśmy kolejne dwa. Trudno - trzeba było szybko zrobić zapowiadany remanent. Asia szybciej zakończyła spotkanie, a pozostała czwórka skrupulatnie liczyła literki (bez literka!). Chyba się udało i w pełnym poczuciu przyzwoitości mogłyśmy uprządkować salę i przemknąć się do wyjścia. Za tydzień przypada 5-lecie klubu, dobrą propozycją wydaje się przećwiczenie na kilka głosów - dla ambitnych - "Marsza Triumfalnego" z Aidy - alternatywnie - dla płochliwie nieśmiałych - ponadczasowego utworu "Pieski małe dwa". {M}
23.09.2015 Drugie nasze spotkanie w nowoczesnym i gościnnym Psychiatryku zaczęło się od miłej niespodzianki. Otóż na terapię scrabblową przybyły dwie nowe osoby – Joasia i Adam. Podążając za Donatą przez zaułki budynku B cieszyliśmy się, że grono się zwiększyło (tym bardziej, że wygląda na to, iż Łucji i Krzysztofa jednak jakiś czas nie będzie z nami). Kolejną niespodzianką było pojawienie się Jarka, który - jak cyklicznie powracająca kometa Halleya - nagle się objawił, w dobrym nastroju i wystrzałowej formie. Tym samym decyzja o grze w parach znalazła najpełniejsze uzasadnienie. Tym bardziej, że postanowiliśmy gremialnie większość spotkań poświęcać na boje w dwójkach, a tylko raz na jakiś czas (lub na wyraźne błagania!) pogrywać w Belgijkę. Padła też propozycja, żeby „wpisywaczem” środowych spotkań mianować Donatę, dzięki której sesje mogą się odbywać. W uprzejmej dyskusji położyliśmy nacisk na pozytywne i pełne nadziei emocje związane z oczekiwaniem na owe zajawki, które warto zamieszczać nieco wcześniej, aby np. Andrzej nie poszedł na brydża. Darek podał też stosowne kody do Forum i zachęcał do wpisywania rozmaitych przemyśleń, twórczości własnej oraz szwagra. Forum ma żyć, rozkwitać i tym samym pracować na stosowną pozycję w sieci, finis. Tak pozytywnie zachęceni przystąpiliśmy do rozgrywek w parach wyznaczonych przez chochlika komputerowego. Graliśmy z kulturą i przyjacielskim nastawieniem, tym bardziej, że dla naszych nowych kolegów to była pierwsza przygoda klubowa. Wszystko było w porządku poza tym, że jeden woreczek miał superatę w postaci trzech literek, co okazało się pod koniec gry po dolosowaniu kolejnego „Ś”. Chyba pora na remanent. Sesję rozgrywkową ostatecznie wygrał Darek, drugi był cykliczny Jarek, trzecia Donata. Adam zapunktował na czwartym miejscu, Małgorzata na kolejnym, a Joasia dzielnie walczyła i obiecała, że nauczy się „dwójek”. Zakończyliśmy spotkanie o przyzwoitej porze i w grzecznym sznureczku za Donatą opuściliśmy opiekuńcze mury oddziału. {M}
16.09.2015 Nowy oddział leczenia uzależnień i stanów lękowych jak najbardziej wpasował się w nasze scrabblowe potrzeby (lęk przed niemożnością grania i uzależnienie od grania) i okazał się idealnym miejscem na pierwsze pourlopowe spotkanie. Odział jest nowiutki, czysty i Andrzej nawet wyraził ochotę dłuższego pobytu, gdy zobaczył gotowy do gry stół pingpongowy. Przyjęliśmy do Klubu nową członkinię Anię. Przybyło nas pięcioro - mamy nadzieję na wyższą frekwencję wkrótce - ale pomimo nieparzystości zdecydowaliśmy się zagrać w parach. Na dwie ręce i obie półkule mózgowe zdecydował się grać Darek, reszta tradycyjnie. Po dwóch spokojnych rundach wygrała oczywiście Donata, za nią zasłużenie wyczerpany umysłowo Darek, trzeci był Andrzej. Małgorzata z Anią na luzie zamknęły punktowaną piątkę. Zestawy do gry zostały zabezpieczone w najlepszym miejscu, po czym grzecznie za Donatą – jak za panią matką – udaliśmy się do stosownego wyjścia (nie tak łatwo jest wyjść z naszego nowego lokum!). Wieczór zakończyliśmy tradycyjnymi uściskami dłoni i życzeniami "do zobaczenia za tydzień". {M}
23-24.08.2015 „Nunc est bibendum!” - Pora pić! - chciałoby się zakrzyknąć za Horacym podsumowując zmagania na Jubileuszowym X Turnieju Scrabblowym w Bydgoszczy (Bydgoszczu...). Frekwencja dopisała nadspodziewanie: zjechała arcymistrzowska generalicja scrabblowa, mistrzowski kapitanat i dziarska kawaleria – na szczęście udało się wszystkich zmieścić w obszernej sali bydgoskiej „Łuczniczki”. Na powitanie wjechał tort jubileuszowy, którym obdzielono sprawiedliwie uczestników, zaaranżowano kącik aprowizacyjny z domowymi ciastami i pół-bananami, aby utrzymać w normie poziomy cukrów. Nasi klubowicze – po wykonaniu miliona zadań organizacyjnych – stawili się na turniej w liczbie 12. Lekki biesik-stresik szybko się ulotnił - po gorących powitaniach: całusach „z dubeltówki”, padaniu sobie w ramiona (np. Waldek i koleżanki z innych klubów!), podjęto rycerskie zmagania. Sukcesy przeplatały się z porażkami, słowniczek do sprawdzania pracował na pełnych obrotach, pan Sędzia uprzejmie przypominał o protokołach. Pierwsze stoły płonęły ogniem intelektu i błyskotliwej strategii – przy ostatnich przeważały zrozumienie i tolerancja dla wzajemnych niedociągnięć. Ciasto i pół-banany ratowały w momentach depresyjnych, a znakomita grochówka (dzięki Donata!) postawiła na nogi słaniających się z głodu. 12 rund przeleciało jak z bicza trzasł. Na zakończenie mistrzowie odebrali swoje zasłużone nagrody i puchary ufundowane przez Prezydenta Bydgoszczy, dodatkowo wszyscy uczestnicy otrzymali okolicznościowe medale. Nasi klubowicze spisali się nadzwyczaj dzielnie, a Ania została uhonorowana pucharem dla najlepszego debiutanta. Po ogarnięciu się i uporządkowaniu sali rozstaliśmy się już spokojnie. Adrenalina opadła i przyszła pora na relaks. Dzięki wszystkim za przybycie i udział, oby bydgoski turniej pozostawił jak najlepsze wspomnienia! {M}
19.08.2015 Spotkanie przed turniejowe – z udziałem aż dziewięciorga klubowiczów – było ostatnim w starym, zacnym Psychiatryku, ponieważ klinika zmienia siedzibę. Odprawa była konkretna: w zasadzie turniej mamy dopięty, zadania podzielone, a błogosławieństwo miłościwie panującego nam Prezydenta wzmocniło rangę i morale. Omówiliśmy więc jeszcze kwestie ciast, przedłużaczy i innych utensyliów. Prezes Darek, który z dumą prezentował scrabblową koszulkę, nadmienił o zainteresowaniu współpracą z nami ze strony Focus Park. Padła również propozycja – do rozważenia – zorganizowania tzw, turnieju II-ligowego dla scrabblistów „z ostatnich stolików”, czyli tych z tabel wice-wice mistrzowskich. Pomysł już na wstępie miał natychmiast zwolenników i przeciwników, więc trzeba to przegryźć i popić przed ewentualną realizacją. Musimy też przemyśleć decyzję o formalnej rejestracji klubu, gdyż wówczas mielibyśmy szanse na konkretne oferty sponsorów i szersze możliwości organizacji czegokolwiek. Świetlane fantasmagorie rozwoju zmąciła nieco wizja biurokracji księgowej, cóż to są te dwa końce kija. Czas biegł, postanowiliśmy więc zagrać w Belgijkę. Początek był luzacko-wyskokowy, po czym plansza stawała się coraz trudniejsza, a scrabble zdecydowanie omijały stojak. Najlepiej punktowane były inteligentne „plomby” dostawiane (czy raczej wciskane) bystrze przez Donatę i Łucję – np. BID[O]M/OK[O]Ć/KIM czy MI/IDY/RYSI. Końcówka była – jak zwykle – intrygująco zagmatwana, ale ostatecznie wszystkie literki trafiły na planszę. Trzy pierwsze miejsca zajęły panie: Donata, Łucja, Małgorzata. Kolejni byli Darek i Krzysio. Nowe koleżanki klubowe – Ania i Ania - na szczęście się nie zniechęciły. Życząc sobie wzajemnie powodzenia na turnieju wychodziliśmy po ciemku i po omacku, z nadzieją na możliwość kontynuowania terapii scrabblowej w murach nowej kliniki... {M}
12.08.2015 Do klubu psychiatrycznego zawitało 8 osób w tym jedna nowa koleżanka Ania koleżanka Ani (umysł ścisły, bezwzględny). Część klubowiczów poświęciła masę organizacyjnych osobistych zmagań celem rzetelnego przybycia. Grę urozmaicały nam ustawiczne kontakty z nieobecnym Waldemarem, który przyjął rolę Pierwszego Telefonicznego Polskiego Oficjalnego Słownika Scrabblisty, w skrócie PTPOSS. W przyjaźnie rywalizacyjnej atmosferze rozegrane zostały dwie rundy przygotowujące uczestników do bliskiego już bydgoskiego turnieju. Niepowodzenia przekuwane były w kwieciste tłumaczenia, a zwycięstwa w przyjazne oklepywanie się nawzajem. Omówione zostały kwestie kulinarnego zaplecza rzeczonego turnieju, podziwialiśmy nagrodę ufundowaną przez hojnego Andrzeja i patrzyliśmy z wdzięcznością w kierunku miejskiego ratusza, który to będzie fundatorem pucharów. Przyjęliśmy w poczet naszych klubowiczów Anie I (koleżankę Ani II). Gorąca temperatura gier podsycana była ukropem lejącym się z okien. Dwie gry to nie dużo, ale w połączeniu z całą otoczką opuszczaliśmy przybytek pokryci bitewną wilgocią pododzieżową. Wygrał Krzysztof z kompletem zwycięstw, za nim Łucja, trzecie miejsce zajęła Asia, czwarte Andrzej (tymże i perorowaniem Asi zachęcony do turnieju), a piąte Bernadeta. W oczekiwaniu na zgrabne wyrazy kronikarskie Małgorzaty spływające na klawiaturę zadowalamy się ustnym przekazem Asi oto utrwalonym. {D}
29.07.2015 Tym razem na ogólnopsychiczną terapię scrabblami do miłego ZP przybyła brydżowa czwórka – Bernadeta, Donata, Małgorzata i dawno nie widziany Jarek, który działa jak w ewangelicznej przypowieści: „maluczko, a ujrzycie mnie i znów maluczko, a nie ujrzycie mnie”. Taki to szach-mat. Wszyscy prezesi i wiceprezesi klubowi oddawali się innym zajmującym czynnościom, więc pozostawienie bez władzy klubowicze pospolici zadecydowali szybko i konkretnie o grze w parach – po jednej, każdy z każdym, w sumie trzy. Oporne nieco zegary jakoś udało się ustawić, nikt się nie denerwował, nie krzyczał i nie upominał – panowała pełna dyscyplina i wyjątkowa kultura. Rozgrywki wygrał bezczelnie Jarek (widać urlop od scrabbli mu posłużył)– odnosząc trzy zwycięstwa, chociaż w małych punktach prześcignęła go Donata. Bernadeta z Małgorzata osiągnęły podobny poziom punktowy, a spotkanie udało się zakończyć przed zmierzchem. Z nadzieją na wyższą frekwencję już niebawem, rozstaliśmy się pogodnie. {M}
22.07.2015 Upał, duchota i zlewne poty nie stanowiły przeszkody dla siedmiorga maniaków scrabblicznych – zestaw imienny: BŁADMAK. Ponieważ Waldemara zmógł wirus pracoholizmu, funkcję prowadzącego przejął wdzięcznie Andrzej. Na początek zarządził podsumowanie stanu wiedzy na temat zaawansowania przygotowań do turnieju oraz klubowych możliwości finansowych. Donata wykazała się niebywałym talentem pijarowym i załatwiła bardzo korzystną ofertę gastronomiczną, pozostałe wydatki musimy przekalkulować. Najważniejsza jest dobra atmosfera – to zgodnie przyznali wszyscy, po czym zadumaliśmy się chwilę nad osobliwym przypadkiem Nowozelandczyka, który został mistrzem w scrabble we Francji, nie znając francuskiego. W końcu Andrzej rozpoczął belgijkowe losowanie i już z drugiego zestawu położył – jako jedyny – technicznego scrabbla CEWIARCE. Ale wkrótce na czoło wysunął się Krzysiu, który – prawie jak wspomniany mistrz - wykazywał się zdumiewającą wiedzą leksykalną, zaskakiwał, „WYMIATAŁ” i układał słowa niezwyczajne. Położył scrabbla PORFIRÓW (chodziło o rodzaj skał magmowych, podczas gdy my wymądrzaliśmy się na temat porfirii), tajemnicze HAFIZY wprowadziły nas w świat Koranu, a słowo HANGĘ – w nurt artystyczny. Chemicznie brzmiący SCYNK okazał się jaszczurką. Wszystkie te zagadki słowne sprawdził Andrzej, a Krzysiu skromnie triumfował. Na planszy stanęły jeszcze dwa scrabble: BA[R]AKOWI oraz WIE[R]SZYK, a pod koniec gry na stojaku zostały nam same „enki”. Po ich inteligentnym podostawianiu podsumowaliśmy Maxa – osiągnął satysfakcjonujący wynik 879 pkt, a wygrał zdecydowanie Krzysio – 809 pkt. Za nim uplasowała się Łucja, tuż za nią Donata, a do podium przytulili się jeszcze Andrzej i Małgorzata. Wychodziliśmy lekko przyduszeni z gorąca, ale zwycięzca dnia - Krzysio – z mocą zapowiedział nocną burzę. Użył słów zrozumiałych i potocznych więc odetchnęliśmy z ulgą... {M}
15.07.2015 Tym razem spotkanie w gościnnych podwojach miłego Psychiatryka było – nareszcie! - satysfakcjonujące dla Donaty. Stawiło się nas ośmioro, w tym powitani radosnymi okrzykami Łucja i Krzyś oraz nowa koleżanka Ania. W związku z tym, że oto nastała długo wyczekiwana okazja do grania w parach – nikt nie oponował i na stoliczkach błyskawicznie znalazły się gotowe plansze, woreczki i zegary. Tak więc nowa koleżanka wraz z nami stanęła w szranki mini zawodów. Genialny w swojej prostocie pomysł na losowanie par bojowych zaproponował Andrzej, a Małgorzata odpaliła kieszonkowy internet z anagramatorem. - Ale nie rozmawiamy! - tradycyjnie tubalnie zakrzyknął Waldemar i wystartowaliśmy. Rozegraliśmy trzy rundy. Szczęście literkowe rozkładało się rozmaicie, ale często ważyły doświadczenie i zmyślna, żeby nie powiedzieć złośliwie przebiegła, strategia. Radości z położenia scrabbla i frustracje z powodu niemożności położenia tegoż, sprawiały, że emocje iskrzyły pod świetlówkami. Pochłonięci grą odmówiliśmy nawet debaty głośnomówiącej Prezesowi Darkowi, co zapewne było dużym nietaktem, trudno. Rozgrywki wygrała Łucja (w podwójnej obsadzie), chociaż Krzysio – tuż za nią – nabił nieco więcej tzw. małych punktów. Szczęśliwa Donata była trzecia, czwarta Bernadeta. Po jednej wygranej zaliczyli Waldemar, Andrzej i Małgorzata, a Ania dzielnie dotrwała do końca z całkiem dobrym wynikiem. Po podsumowaniu Waldemar zrobił krótką naradę na temat turnieju - rozstaliśmy się z przekonaniem, że damy sobie radę zarówno w okolicznościach niesprzyjających jak i tych przychylnych. Pozytywne myślenie to połowa sukcesu. Nad drugą połową pracujemy. {M}
08.07.2015 Żelazna piątka graczy stawiła się w naszym ulubionym Psychiatryku w optymistycznych nastrojach. Nie przyszła, niestety, oczekiwana z sympatią tajemnicza nowa koleżanka. Trudno. Tak czy owak, zapraszamy. Upał nieco odpuścił, co sprzyjało aktywności szarych komórek. Zatem Belgijkowe zmagania poprzedziliśmy zgrabnie rozwiniętą dyskusją o emocjach i doznaniach związanych z kolonoskopią. Bez wysuwania przesadnych wniosków, z pierwszego losowania postawiliśmy – nomen omen – DĄŻCIE. A już od następnego ruchu rozpoczęła się seria wysokich wyników. Donata z Małgorzatą postawiły walecznie scrabbla HUZARII, następnie na dwóch podwójnych premiach zaległo ZLEŻAŁO. Waldemar szybko nadrobił straty stawiając jako jedyny na potrójnej NIEOWCZE. - Powinieneś się cieszyć moim szczęściem! - radośnie zakrzyknął ekspert od runa do Andrzeja, który jakoś bez entuzjazmu komentował tę słowotwórczą kreatywność Vi-Waldiego. Po krótkiej przerwie na „dopajanie” i inne sprawy z życzliwego składu stanęła na planszy ósemka OBERWANY, po czym nastąpiła kolejna przerwa, gdyż wpadł z wizyt(acj)ą Prezes Darek. Po 40 minutach debaty parlamentarnej na tematy turniejowe oraz poboczne (w tym zasada 20/80), wróciliśmy do dalszych zmagań. Nieelegancki scrabbel NASRAŁOM (przez dwie podwójne premie!) nieco obniżył ciśnienie (czyżby pierścieniowe nawiązanie do kolonoskopii?). Tymczasem Pan Portier zamknął bramę wjazdową i zawiesił kłódkę. Nie zrażeni perspektywą noclegu w miłym i profesjonalnym ZP dobijaliśmy do mety. Ciekawe KECZY położył Andrzej – obyty z nazewnictwem sportowo-rekreacyjnym. W kwestii PU[C]HY kontra PY[C]HY – decyzję podjął samiec Alfa Waldemar, chociaż było 1:2. Końcówkę mieliśmy dosadną i konkretną - z wysoko punktowym ŚLUBNI (Bernadeta, Donata, Andrzej) i słowem postawionym tylko przez Andrzeja, najdroższym w tym miejscu. (Do sprawdzenia na planszy, którą sfotografowaliśmy z perspektywy ptasiej). Zasłużonym zwycięzcą spotkania został Waldemar. Donata – mimo kilku poważnych strat – była druga, kolejni: Andrzej, Małgorzata i Bernadeta.
Pan Portier był uprzejmy i jednak bramę otworzył, a nawet pięknie się ukłonił. {M}
24.06.2015 Ostatnio spotykamy się w piątkę, co gwarantuje obstawę na wszystkich punktowanych miejscach, ale uniemożliwia satysfakcjonującą grę w parach. Tak też było tym razem – pojawiło się niezbędne kworum do Belgijki i goszcząca nas Donata nie ukrywała rozczarowania. Gdyby nie służbowe obowiązki sympatycznego Pana Portiera, nie wahalibyśmy się przed zaproszeniem go do gry. Cóż, wedle mądrej sentencji „cierpliwość zbiera róże” - kiedyś się doczekamy parzystego składu. Po wstępnych ciepłych uwagach dotyczących turnieju w Konojadach, w którym uczestniczyli i bardzo dobrze sobie radzili nasi aktywni członkowie PFS, Waldemar ogłosił: - Gramy dla przyjemności! - i zanurkował do woreczka. I już od początku gry potwierdził się skromny, ale wielki Geniusz naszego kolegi Andrzeja, który przemyśliwał ułożenie słowa „bąkamy”, ale z przezorności zaniechał, a szkoda, bo słowo zasadniczo jest poprawne, cokolwiek mielibyśmy na myśli. - Ale nie buntujemy się i nie liczymy! - upominał Waldemar dla zasady, gdy próby podsumowania prostego ZJEMY się przeciągały ( w sumie za 39 pkt). Z kolejnego losowania najlepszego scrabbla z blankiem – CZA[S]ZCE - postawiła Bernadeta, chociaż padły także inne propozycje: „czeczota” Donaty i „zaczepce” Andrzeja. Małgorzata z Waldemarem w tym czasie czuli tylko czczą czaczę i nieco odstali. Następnie Donata – za sprawą domowego remontu obyta ze sprzętem wiertniczym – położyła na potrójnej premii WIDIO, a tymczasem Waldemar wylosował kolejny zestaw z blankiem. Po chwili intensywnego przestawiania liter połączonego z myśleniem, każde z nas mogło się pochwalić scrabblem i rozpoczęliśmy licytację punktową. I tu się okazało, że najlepiej wypadł Andrzej. Każda chwila ma swojego Mistrza, a w scrabblach to mistrzostwo przejawia się słowotwórczo i odważnie. Andrzej uprzejmie poprosił Waldemara o komisyjną akceptację słowa za 102 pkt i w ten sposób wygrało.... POJE[B]AŁY . Oniemieliśmy w ambiwalentnym zachwycie (Donata zawnioskowała, żeby za wulgaryzmy odejmować 10% - do rozważenia), a Andrzej w glorii wysunął się na prowadzenie, które przypieczętował kładąc FAUNĘ za 50 pkt. Z pokorą kończyliśmy grę dostawiając spółgłoski w różne dziwne miejsca, rezygnując – z rozmaitych powodów - z zaplanowanych hopsztosów. Co się odwlecze to nie uciecze, a zawsze bardzo fajnie się planuje, nawet jeśli plany nie wypalą. Andrzej otrzymał owacje na stojąco, Donata była druga, a Bernadeta trzecia. Kolejni byli Waldek i Małgorzata. Przed nami wakacje więc spotkania mogą być w rozmaitych konfiguracjach, ale nie rezygnujemy! {M}
17.06.2015 Dwutygodniowa przerwa w zajęciach zmobilizowała stęsknionych za literowymi zmaganiami uczestników i w sympatycznym Psychiatryku zjawiło się nas siedmioro. Frekwencja cieszyła, chociaż tym samym nadzieje Donaty na grę w scrabblach „poszły się bujać” – jak mawiają znawcy slangu miejskiego. Zjawili się Łucja i Krzyś w dobrych nastrojach i z dobrymi perspektywami, można więc było już na początku z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć kto będzie wśród „najsampierwszych”. Waldemar początkowo rozpaczliwie poszukiwał jakiegoś pożywienia, bo z głodu nie mógł się skoncentrować. Najbliższe bary były pozamykane, więc nad słabnącym Waldkiem zlitowała się Donata i zrobiła mu błyskawicznie najlepsze na świecie kanapki. Waldemar jadł wydając pomruki zadowolenia, a rolę Workowego przejęła na początku gry Bernadeta. Już w drugim ruchu z jej pięknego losowania na planszy stanął scrabbel WARZYMY i zapowiadało się nieźle, ale najedzony Waldemar postanowił powrócić do roli lidera grupy i losować – jak zaznaczył - „bez draństwa i oszukaństwa”. Hm. Układaliśmy więc co się dało. - Niech moc będzie z tobą! - zaklinał Waldek swojego smartfona sprawdzając słowa, co do których mieliśmy zastrzeżenia. Od początku na prowadzeniu były – naprzemiennie – Donata i Łucja, idąc prawie „łeb w łeb”. Czy „munie” to te od „kuku na muniu” czy chodzi o grzyba? – zastanawialiśmy się nieśmiało, podkręceni swingowo JAZZEM/MUNIE (Donata). Zdecydowany CHODAK na potrójnej, zauważony przez Andrzeja i Waldka, bardziej powalił niż wcześniejsze POWAŁĄ. Zgodnie z nowymi zasadami gry wymienialiśmy płytki częściej niż skarpetki, ponieważ na stojaku muszą być proporcje. W efekcie w końcówce gry mieliśmy do dyspozycji głównie spółgłoski i sporą zagwozdkę gdzie je podostawiać. Krzyś zabłysnął stawiając PEJS, Bernadeta została mistrzynią FESTYNu, a Donata zaskoczyła staropolskim OZUŁ. Zwyciężyła Łucja – 702 pkt - a tuż za nią o dwa punkty niżej uplasowała się Donata - „ladies rulez!”. Na trzecim miejscu zgodnie ulokowali się Waldek i Krzyś, kolejni byli Andrzej i Małgorzata. Błyskawiczny konkurs na najpiękniej ułożoną planszę do zdjęcia wygrała bezdyskusyjnie Donata, stosownego pstryknięcia dokonał Waldemar. Za tydzień planujemy integracyjne hopsztosy o ile się nie rozmyślimy. {M}
27.05.2015 Pięcioro graczy klubowych postanowiło zdecydowanie nie odpuszczać i w takiej też liczbie stawiliśmy się w Psychiatryku. W tle Waldemar przebąkiwał mgliście o spotkaniu z Łucją i Krzysiem, którzy jednak tym razem do nas nie dotarli. Donata była nieco rozczarowana, gdyż kłopotliwa nieparzystość uczestników wpłynęła na odgórną decyzja Vice-Waldiego o grze w Belgijkę. - Ale nie ziewamy! - upomniał Waldek Bernadetę i wylosował zamaszyście pierwszy zestaw, z którego królewskim ruchem Andrzej i Donata jako jedyni postawili BEREŁ. Na stojak pchały się spółgłoski i inne trudne drogie literki, z których dzielnie układaliśmy co się dało. Chwilowe rozważania nad znaczeniem wywołało różnie rozumiane STLEŃ (Waldemara), aczkolwiek poprawne i dopuszczalne. Prowadziła Donata, z każdym słowem wyprzedzała nas o kilka punktów wzbudzając okrzyki zachwytu i łagodnej zazdrości. Jak postawiła HIT[U] (z blankiem) do [U]BIŁAM poczuliśmy się ubici. I może dlatego w przedłużce LUBIŁAM Waldemar postanowił zostawić LWY Andrzeja, a nie LNY Donaty – zaistniało lekkie podejrzenie o męski szowinizm. Z drugiego blanka zakpiła Bernadeta kładąc na potrójnej KP[I]N, za najwyższą stawkę w tym ruchu. DZIEŻ Donaty – za 44 pkt (jak u Mickiewicza!) pozwoliło Małgorzacie popisać się bystrością w przedłużeniu na premii ZORZE/ODZIEŻ, ale tak naprawdę bohaterem spotkania został Andrzej, który postawił jako jedyny scrabbla ODWAPNI i został nagrodzony huczną owacją. Dzięki temu Andrzej znalazł się w pierwszej trójce i poprawił mu się humor. Wygrała naturalnie i z wdziękiem Donata z wynikiem 660 pkt., drugie miejsce przypadło Małgorzacie. Bernadeta cieszyła się z czwartej pozycji, a Waldemar zasłużył na dodatkową premię z racji pełnienia wielorakich funkcji i wykonywania rozmaitych czynności prawie jednocześnie, co – jak wiadomo - jest bardzo trudne dla mężczyzn. Próby wybrania najpiękniej ułożonej planszy do stosownej fotografii zakończyły się umiarkowaną frustracją, ale zdjęcie i tak zostało pstryknięte. Wyszliśmy powściągliwie zadowoleni z bogatym planem imprezowym na przyszłość. {M}
20.05.2015 W oczekiwaniu na przybycie Vi-ce prezesa Vi-Waldiego - z otwartą głową i czasomierzem - obecna już w Psychiatryku trójka graczy (Andrzej, Donata, Małgorzata) omawiała jeszcze spektakularne zwycięstwo Andrzeja na poprzednim spotkaniu. Okazało się, że o miejscu na najwyższym podium zdecydowało 57-punktowe, genialnie położone na potrójnej premii słowo „obędą”. Dyskusję nad zawiłościami mowy polskiej mogłyby trwać w nieskończoność, ale pojawili się Bernadeta z Waldkiem i po wstępnych zagajeniach, wyborze woreczków i ciepłym powitaniu zaczęliśmy – ku rozczarowaniu Donaty – Belgijkę. Szło trochę jak po przysłowiowej grudzie, na stojaku gościły złośliwie te samy zestawy literek z królującą „zetką”. - Bez oszukaństwa jest dzisiaj! - grzmiał Waldemar losując ponownie „Z”, a Bernadeta skrupulatnie odnotowywała kolejną stratę, co podejrzanie radowało Andrzeja. W chwili matematycznego zamotania – 28 czy 29? - decyzje podejmował Waldemar. Andrzej znów pięknie zapunktował stawiając TYTUŁ na premii, a Donata zaintrygowała zestawem SPOR/SKAŹ. Po umiarkowanie drogim słowie GZI Waldkowi zabłysły oczęta, ale szybko zgasły, gdy okazało się, że nie ma LAF (w głowie było pewnie romantyczniejsze „love”...). - Mamy syf na stojaku – obwieścił Waldi dyplomatycznie, po czym dolosował „Z”. Mimo wymagającego zestawu literowego Małgorzacie udało się zabłysnąć słowem RANCZ na potrójnej premii, którego jakoś inni nie dostrzegli. Dobrnęliśmy do zasłużonego końca bez scrabbli i ze skromniejszą niż zwykle punktacją – Max zebrał 638. Mistrzynią strat została Bernadeta, która wpadała na śmiałe pomysły i nie bała się ryzyka – dzielna dziewczyna! Wygrała Donata, która jako jedyna przekroczyła szóstą setkę w punktacji – 609 pkt. Drugie miejsce przypadło Małgorzacie, która (dzięki „rancz(u) zapewne) wyprzedziła o 7 punktów Andrzeja, Waldek był czwarty. Zebraliśmy sprzęt i rozstaliśmy się w przyjaźni, omawiając troskliwie przyczyny nieobecności naszych kolegów. Czekamy na koniec remontu u Tomka, kolejne szachowe zwycięstwa Jarka, babeczki od Łucji i Krzysia i w ogóle na wszystkich innych chętnych. {M}
13.05.2015 Pierwsze spotkanie bez Asi i Darka odbyło się kulturalnie i bez szczególnych zawirowań – na wszelki wypadek w Klubie Psychiatrycznym. Waldek, jako tzw. „nowa miotła” wprowadził – konsultując się ze sobą, a jakże, kilka nowych dyrektyw i pomysłów na rozgrywki belgijkowe. Z mierzeniem czasu też jakoś się udało za pomocą ukrytego w domowych zbiorach pomocnego gadżetu do gotowania jajek na miękko, twardo lub mieszanych. Intrygujący był początkowy scrabbel ZAPIANY – postawiony przez Andrzeja i Bernadetę – którego znaczenie okazało się całkiem odmienne niż to, co się wydawało ogółowi, ale punkty wpadły. Zapisy kronikarskie powstały na podstawie błyskawicznego wywiadu telefonicznego, ponieważ pełniąca obowiązki skryby Małgorzata, była nieobecna na zajęciach. Jednakże ślad po spotkaniu musi pozostać dla zainteresowanych i potomności (właśnie w drodze). {M}
Pierwsze miejsce osiągnął Andrzej, na drugim znalazła się Donata, na trzecim wylądował Waldemar, na czwartym uplasował Jarek, a na piątym odnalazła się Bernadeta. {D}
06.05.2015 Tym razem nasze spotkanie (znowu siódemka!) w życzliwym Klubie Psychiatrycznym było głęboko uzasadnione okolicznościami, gdyż po wstępnie skomentowanych wrażeniach z inowrocławskiego turnieju oraz gratulacjach dla Andrzeja, który wygrał turniej brydżowy, przeszliśmy do wiwisekcji przyszłości klubowej. Prezes Darek wygłosił oświadczenie, w którym – z przyczyn demograficznych - złożył tymczasowo swoją funkcję i przedstawił konsekwencje tego faktu. Rozprawiając się z wizją powolnego upadku klubu i morale uczestników, postanowiliśmy szybko wybrać 2 zastępców naszego Prezesa – Waldemara, Andrzeja. Podczas nieobecności Darka klubem będzie kierował Waldemar, któremu będziemy posłuszni, zgodnie z prawem dyscypliny klubowej. Zestawy do gry zostały przekazane Donacie, czyli w najlepsze ręce, a reszta jakoś się poukłada. Bądźmy dobrej myśli. Kolejną istotną kwestią było omówienie spraw związanych z organizacją zbliżającego się turnieju i przydzielenie zadań. Przy okazji okazało się, że mamy duże talenty dysputacyjne, a ponieważ czas naglił, rozpoczęliśmy – w nieco przygaszonym nastroju – Belgijkę. Początek był wyrównany, po czym Donata wyprzedziła grupę stawiając najlepiej punktowanego scrabbla SENE[S]ACH. Po znakomitym postawieniu WYKRĘCI (Waldek, Asia) zrobiliśmy krótką przerwę na ustalenia polityczne, czyli na kogo członkowie klubu mają głosować w nadchodzących wyborach (dyrektywa klubowa nadejdzie sms-em). WYKLEP było lepsze od „wyleź”, a SZAKALI od „nawali”. Asia starała się poprawić nastrój stawiając najlepsze słowo ZBAWIONY, ale wyraz PONURĄ i tak najlepiej obrazował minę Darka. Całość przypieczętowało smętne PIJA na potrójnej. Wygrała Donata – 663 pkt, tuż za nią była Asia w podwójnej obsadzie, a kolejni: Andrzej, Waldek i Małgorzata. Wychodziliśmy w lekkim zmroku, na szczęście życzliwy Pan Portier otworzył bramę i wypuścił nas z uśmiechem. To dobry znak, nil desperandum! {M}
29.04.2015 Spotkaliśmy się w Klubie Psychiatrycznym, który stał się naszym drugim domem scrabblicznym. Przybyło nas siedmioro, a ponieważ siódemka symbolizuje związek czasu i przestrzeni, poczuliśmy się w pełni doskonale. Pojawił się – po raz pierwszy w Psychiatryku – Jarek, który w czasie, kiedy z nami nie grywał, pokonywał rywali szachowych w rozmaitych turniejach. Ozdrowiały w pełni Prezes powitał nas serdecznie i zaprosił do uczestnictwa w inowrocławskim Turnieju o Kryształowe Jajo. Kilkoro klubowiczów na pewno pojedzie i stanie do rozgrywek, spotkania z kolegami z Inowrocławia są zwykle bogate nie tylko w doświadczenia bojowe, ale także pozytywne braterskie emocje. Po wstępnych, mało precyzyjnych ustaleniach zaczęliśmy przyspieszoną Belgijkę. Wykorzystując nieobecność Andrzeja (który wcześniej rozpoczął intelektualny weekend i pogrążył się w otchłani wielorozdaniowych robrów) Darek skrócił nieco czas na ruch, gdyż miał jeszcze w perspektywie obowiązki służbowe. Po pierwszym losowaniu najwyżej zapunktował właśnie Darek, którego sentyment do popularnego kiedyś programu wyraził się w słowie MAPETA. Dokuczliwy brzęczek czasomierza poganiał, ale mocna w słowach większość inteligentnie znalazła scrabbla WSTECZNĄ. Na czoło peletonu wysunęła się Łucja, która konsekwentnie ciułała punkty stawiając ciekawe słowa (COBYŚ, zestaw PILNY/LIN) w mocnych miejscach. U niektórych graczy wystąpiły przejściowo-chwilowe problemy ze słuchem lub wzrokiem i w efekcie na stojaku mieli literki zmyłkowe, cóż - pora na okulistę i laryngologa. Drugiego w rozgrywce scrabbla NIESZARY postawiła sprawna zmysłowo grupa grających, po czym w kilku ruchach sprawnie zakończyliśmy zmagania przed zmrokiem. Wygrała Łucja z punktacją 801, drugi był Jarek, a tuż za nim Darek. Donata i Asia dopełniły podium. Przed nami weekendowa walka o Jajo, trzymajmy kciuki za uczestników! {M}
22.04.2015 Spotkaliśmy się ponownie w Klubie Psychiatrycznym. Skład niewielki, ale pozwalający obsadzić wszystkie premiowane miejsca. Po opowiadaniach różnych przystapiliśmy do rozgrywek. W pierwszym ruchu trzy osoby postawiły scrabbla: Asia, Andrzej i Darek. Donata mimo braku premi na początku konsekwentnie dążyła do obranego celu. Nie udało się jej przegonić galopującej wdzięcznie Asi (zabrakło kilka punktów), za to przeskoczyła Darka i Andrzeja (o kilka punktów). Tak więc: na pierwszym miejscu bezwarunkowo Asia, na drugim Donata, na trzecim (po ponownym przeliczeniu punktów) Darek, na czwartym Andrzej, a na piątym Bernadeta. Pozdrowienia dla wszystkch nieobecnych! Czekamy za tydzien!{D}
01.04.2015 Klub Psychiatryczny był cudownym miejscem naszego przedrezurekcyjnego spotkania pod hasłem „Scrabble są wśród nas”. Było jasno (przynajmniej na początku) ciepło i stymulująco, bo - zgodnie z nowymi regułami – w przypadku parzystej liczby uczestników gramy turniejek. Prezes Darek pokreślił znaczący wnos Bernadety w dobra klubowe, czyli załatwienie pokrętła do zegara. Wyraziliśmy też zbiorową troskę o nieobecnych, spekulując na temat domniemanych przyczyn tych nieobecności. Uznaliśmy, że np. Jarek ma szlaban rodzinny na wychodne lub ewentualnie powiększyła mu się rodzina i jest zaangażowany w bardziej przyziemne sprawy, Tomek buszuje duchem w przestrzeni astralnej, natomiast Andrzej po prostu się pochorował. Losy Kodzisów pozostaja niezgłębione... W efekcie do gry przystąpiła szóstka klubowiczów. Rozegraliśmy dwie rundki, grzecznie – jak przystało na atmosferę wielkopostną – i jak zwykle ze zmiennym szczęściem. Udało się każdemu położyć jakiegoś scrabbla, poziom satysfakcji był umiarkowanie zwyżkujący. Wygrały panie – Donata, druga Asia, a Waldemar – ratując honor panów – rozsiadł się na trzecim miejscu. Przed rozstaniem uściskaliśmy się świątecznie, życząc sobie i innym Wesołych i Zdrowych Świąt. Po świętach mamy nadzieję na bogatszą frekwencję! {M}
18.03.2015 Zmotywowani liczbą uczestników spotkania (7) zaczęliśmy belgijkę. Po przerwie, podczas której gościliśmy w miłym klubie Psychiatrycznym, zasiedliśmy za stołami w macierzystej Venie. Zastosowaliśmy nowo uchwalone zasady gry i wszyscy wydawali się być zadowoleni. W praktyce niektóre szybsze umysłowo ruchy powodowały niepokój rąk (pstrykanie długopisem), inne – trudniejsze zadziwiały małą ilością czasu na myślenie. Wszystko jest względne – kto już wcześniej to wiedział to się upewnił, a kto nie wiedział – już wie. Bardzo brakowało nam wszystkich nieobecnych na czele z nieocenioną Małgorzatą. Tak to już bywa, że czasami coś stoi na przeszkodzie w realizacji miłych zadań. Pierwsze miejsce po strasznych zmaganiach pozyskała Donata potwierdzając tym samym wysoką formę, za nią Łucja, następny na 3 miejscu uplasował się Andrzej i kolejno Waldemar z Bernadetą. Do zobaczenia 8 kwietnia (po świętach). {D}
04.03.2015 Otuleni przytulną i ciepłą atmosferą coraz bliższego naszemu sercu i duszy Zakładu Psychiatrycznego, odbyliśmy tam nasze kolejne, niezwykłe spotkanie, w składzie siedmioosobowym. Siódemka to coraz częściej nasz szczęśliwy – nie tylko scrabblowy – numerek. Waldemar z Bernadetą zdali pogodną relację z odbytego turnieju w Kołobrzegu, gdzie (oprócz satysfakcjonujących zmagań) mieli okazję odurzyć się prawdziwą kawą, najeść do syta bez uszczerbku na zdrowiu i upiec kiełbaski przy zimowym ognisku. Po krótkiej technicznej przerwie na przegląd i próbę glukometrów Prezes powitał nas konspiracyjnie i roztoczył ponurą militarną wizję rosyjskiej okupacji, która niechybnie nastąpi - będziemy wtedy zmuszeni grać na tajnych kompletach. Przywoławszy Prezesa do rzeczywistości – póki co jeszcze pokojowej – zdecydowaliśmy się zagrać w Belgijkę. Stawianiu literek towarzyszyły osobliwe dźwięki z komputerowego czasomierza Darka, który postanowił coś uatrakcyjnić i pozmieniać. W efekcie nie bardzo wiadomo było, czy to alarm p-poż, czy może sygnał SMS? Po w miarę wyrównanym początku, kilku pomniejszych stratach i jednej wymianie, na czoło peletonu wysunęła się Donata, a zgrabny tygrysi scrabbel BRYKNIE (Darek, Donata, Waldek) ugruntował tę pozycję. Fantastyczny ruch Waldemara – zestaw MROŹ/MET – mimo że oceniony jako najlepszy, nie został na planszy z powodu demokracji i zasady większości. To już zapowiadało kłopoty. Waldemar, który nie najlepiej się czuł po podejrzanym obiedzie i wyglądał jak świeży zombie, (a jednak dawał z siebie wszystko!) – postanowił zaprotestować. Wywiązała się dyskusja zahaczająca o kwestie statutowo-regulaminowe, z powołaniem się także na „zasadę Kamila” o blankach oraz innych literach, którą przytaczali naprzemiennie Andrzej z Waldkiem. Kolejne losowanie zatrzymało lawinę argumentów, a na planszy pojawiło się kolejne ciekawe słowo – PUHA (bicz, harap – sprawdził Andrzej), więc dyskusja zeszła na bezpieczne tory. W końcówce „ostał nam się ino SZNÓR”, co usiłowaliśmy inteligentnie rozegrać za najwyższe stawki. Ostateczny wynik ustaliliśmy najpierw losowo, głosując jednogłośnie na Donatę, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Druga była Asia, trzeci zielony na licu Waldemar, kolejni Andrzej i Małgorzata. Po brawach i gratulacjach nastąpiła spontanicznie druga część spotkania, czyli kontynuacja rozmów o demokracji i zasadach. Zrobiło się prawie jak w naszym parlamencie – tylko znacznie kulturalniej. Andrzej domagał się przestrzegania zasad belgijkowych i wydłużenia czasu na ruch, czemu wtórowała Bernadeta.Waldemar naciskał na konieczność – jak to określił – „móżdżenia” scrabbli, a Darek podkreślił potrzebę większej dyscypliny słuchowej i czasowej, z bezwzględnym egzekwowaniem strat ruchu przy wpadkach. Zanosiło się na debaty z noclegiem, ale przytomna Donata przypomniała nam o upływającym czasie (tempus fugit), panu z portierni i rodzinach w domu. Ustaliliśmy pospiesznie, że będziemy się wcześniej spotykać i dłużej grać. Ciąg dalszy nastąpi. Rozstaliśmy się w zgodzie, a to najważniejsze, zwłaszcza w nawiązaniu do wizji Prezesa... {M}
18.02.2015 Podstępny wirus grypy uszczuplił grono klubowiczów – Donata i Waldemar zaniemogli i przysłali naszemu Prezesowi stosowne usprawiedliwienia. Nieobecność Bernadety spowodowała była koniecznością trzymania Waldka za rękę, natomiast Tomek najpewniej - jak zwykle - nie zorientował się jaki mamy dzień. I tak do „Veny” przyszła siódemka (na dobrą wróżbę!) pasjonatów układania liter. Szybko i z zadowoleniem posumowaliśmy nasz udany turniej piątkowy, a Darek formalnie potwierdził termin Turnieju Jubileuszowego i zabronił w tym czasie planować cokolwiek innego. W tej sytuacji już nie glosowaliśmy, tylko ustawiliśmy plansze do Belgijki i solidarnie postawiliśmy na początek PIŁEM. Cóż, „absens, carens”. W trzecim ruchu Darek uprzejmie wylosował blanka, więc każdemu udało się wymyślić jakiegoś scrabbla i poziom satysfakcji osiągnął wysokie stany. Na planszy zostało najwyżej punktowane SETNI[K]OM wymyślone przez Łucję. Słowo WARÓW przypomniało Darkowi o starym góralskim dowcipie, a ponieważ w „Venie” jak zwykle była temperatura bardziej odpowiednia dla zmiennocieplnych, to miło się słuchało. Podczas gdy część graczy się rozmarzyła, Jarek z Krzysiem zapunktowali mocno znajomością anatomii, stawiając ESICĘ na potrójnej. Graliśmy w wyrównanym tempie, od czasu do czasu odnotowując ze zdziwieniem niewielkie straty. Krótko ponarzekaliśmy, że słowa smaczne, używane i lubiane (np. nutella) są niedopuszczalne. Ale UPRAŻĄ było i dało sporo punktów. Podobnie jak genialnie położone FIŚ oraz scrabbel NOTACJE (Andrzej, Jarek). W końcówce bardziej genialni koledzy postawili z blankiem KRZY[W]YCH, a mniej genialni coś innego, prostszego (nie krzywego), ale też przepięknie. W podsumowaniu okazało się, że Krzysio nadal jest w wysoko turniejowej formie, wygrał gładko i nazbierał 777 pkt. Drugi był Jarek, a dalej kolejno Łucja, Asia i Andrzej. Z nadzieją na szybki powrót do zdrowia naszych współgraczy, rozeszliśmy się w mrokach lekko mroźnego wieczoru. {M}
13.02.2015 Na przekór powszechnemu przekonaniu, że „piątek 13” może przynieść wyłącznie katastroficzne kłopoty, właśnie tego dnia zorganizowaliśmy ad hoc II Turnieju Przyjaźni. Swoją obecnością zaszczycili nas inowrocławscy koledzy scrabbliści - Agnieszka, Sylwia, Mariusz i Wojtek – a także byli bydgoscy klubowicze – Dorota i Piotr. Summa summarum było nas 16 uczestników. Rozmieściliśmy się w gościnnych progach restauracji Come Prima, zawczasu zamawiając 3 duże pizze i rozmaite płyny rozgrzewająco-stymulujące. Nie mógł niestety przybyć obrońca tytułu mistrzowskiego – Jarek, dopadł go widocznie syndrom pechowego piątku, więc zaczęliśmy rozgrywki bez kompleksów. Rozegraliśmy pięć rund w atmosferze typowej dla zacnej niepatologicznej rodziny: pełna kultura, ustępowanie sobie miejsca na planszy, a jeśli blokowanie – to z pełną empatią połączoną z zakłopotaniem. W przerwach opychaliśmy się zamówioną pizzą, dostarczonymi przez Asię i Darka pączkami i ciasteczkami Donaty. W tle Waldemar snuł opowieści o negatywnych skutkach odchudzania. I tak – naprzemiennie – to wesoło, to rozumnie i strategicznie – przeleciało 5 godzin jak doniczka z dachu. W końcu „nadejszła wiekopomna chwila” i Prezes – usiłując przebić się głosem przez gwarnie rozentuzjazmowane towarzystwo – odczytał ostateczne wyniki. Zwycięzcą II Turnieju Przyjaźni został Krzysio - z wyjątkową średnią i punktacją ponad 2000. - Wiedziałem, że z dobrego konia spadam! - z szacunkiem odniósł się do sytuacji Andrzej, a tymczasem Darek kolejny medal wręczył Tomkowi ze słowami - Niech Ci on przypomina (medal oczywiście) o dniach chwały! III miejsce i medal przypadły Donacie – bardzo dobrze, bo jakiś żeński pierwiastek na podium podnosi rangę imprezy. W pierwszej piątce znalazła się też Agnieszka z Inowrocławia i szlachetnie przegrywający - według Darka - Waldemar. Pozostali – jak zwykle – cieszyli się z dobrej zabawy, możliwości konfrontacji i oraz doświadczeń pokory i zrozumienia dla własnych słabości. Cóż za bogactwo emocji! Pobraliśmy nagrody i ustawiliśmy się zbiorowo do weselnego zdjęcia. Zdążyliśmy zamknąć Turniej tuż przed Walentynkami i dobrze, bo obyło się bez miłosnych zamieszek. Był to jak zwykle niezwykle udany i fajny wieczór, zapowiada się więc, że będziemy kontynuować ten kierunek współpracy międzyklubowej. W końcu oczekiwanie na przyjemność jest też przyjemnością... Dziękujemy za zaangażowanie się w pomoc w organizacji turnieju! {M}
04.02.2015 Niemiłe i niesprawiedliwe okoliczności, które boleśnie dotknęły naszego Prezesa spowodowały, że po tygodniowej przerwie spotkaliśmy się w najbardziej odpowiednim miejscu dla złagodzenia urazów na duszy, czyli w zaprzyjaźnionym (dzięki pośrednictwu Donaty) Zakładzie Psychiatrycznym. Było ciepło i jasno, co ważne, bo nasz Prezes nawet w zimie chodzi w sandałach i bez skarpet, więc krzywa dobrego humoru ruszyła w górę. Dotarło nas siedmioro, z przewagą pań – zbliżamy się do matriarchatu. Zapowiadany konkurs na najdłuższy palindrom wygrała Asia, która wygrywanie rozmaitych konkursów ma we krwi. Tajemnicze zdanie palindromiczne „Zula łowi sum i mus i wola luz!” i próba jego analizy pobudziły szare komórki do pracy, więc mogliśmy przystąpić do gry. Głosowanie – jak zwykle niesprawiedliwe – wskazało na Belgijkę (no i gdzie jest Andrzej?!), po czym szybko na prowadzenie wysunęła się Łucja z Grzywką, stawiając wielkoobszarowego scrabbla HEKTAROM. Nokaut absolutny. Bernadeta siedząca w ostatniej ławce, która przez niedosłuch pomyliła T z P, z rozżaleniem stwierdziła: - Jak ja miałam te hektary znaleźć?!” (zaistniała chwilowa obawa, że poskarży się Waldemarowi, ale Benia ma anielskie serce i nie jest pamiętliwa). Następnego scrabbla z blankiem GRYP[S]IE, postawiła większość grających, a kolejnego na potrójnej - NAGLENIE – Łucja z Grzywką i Małgorzata. Na planszy pojawiły się też rozmaite przedłużki i odmiany tego samego tematu słownego o jakże innych znaczeniach: od zmęczonego DYCHAŁ, przez kłopotliwe ZDYCHAŁ aż do romantycznego WZDYCHAŁ. Widać, że obcujemy z rozmaitymi stanami i emocjami. Końcówka gry nie była powalająca jeśli chodzi o punktację, dwa razy zdecydowaliśmy się na wymianę literek. Krzysiu zaintrygował w tej niełatwej próbie zdobycia maksimum przedłużając – nomen omen – NIEPRÓBNĄ. Zostaliśmy z kompletem „zetek” na stojaku, starannie wyszukując jak najlepszych możliwości. Hektary jednak zadecydowały – wygrała Łucja, której – jak stwierdziliśmy – pomogła ścięta Grzywka. W dalszej kolejności ustawili się Darek, Krzysio, Donata i Małgorzata. Prezes przypomniał, że w przyszłym tygodniu planujemy Turniej Przyjaźni z kolegami z Inowrocławia, więc szybko poczyniliśmy kilka niezbędnych ustaleń. Ostatecznie w życzliwej atmosferze, ze światełkiem w duszach i umysłach, rozstaliśmy się przyzwoicie. {M}
27.01.2015 Na zaprzyjaźniony oddział lękowy przybyło tym razem siedmioro odważnych i gotowych na terapię klubowiczów. Zrobiło się nieco cieplej, czemu dał wyraz Darek, który oszczędza na odzieży wierzchniej i skarpetach, pojawili się też dawno nie widziani Bernadeta z Waldemarem – nieco zmaltretowani przez polską wesołą budowlankę. Nieparzystość uczestników była dobrym argumentem do gry w zapomnianą nieco Belgijkę, więc w umiarkowanym skupieniu przystąpiliśmy do myślenia. Już przy drugim słowie Waldemar gromko domagał się sprawdzenia „DENI”, zupełnie niepotrzebnie, bo wszak wiadomo, że jak Donata postawi słowo, to takie jest, choćby najgłupiej brzmiało i wyglądało. Nie bardzo szło na początku, padały pytania o wymianę, kto ma profil na twarzoksiągu (czyli f-booku) i z czego właściwie rżymy? Darek zawnioskował, aby Donacie podliczać co drugi ruch, gdyż wówczas proporcje punktowe mają szanse na wyrównanie, tymczasem dochodząca do siebie po szpitalnych przygodach Bernadeta nieco się zamotała tracąc ruchy. Krótka debata na temat potrzeb ogólnoludzkich zaowocowała nadzwyczajnym pomysłem gadżeciarskim na specjalne pampersy dla grających - z logo scrabble oczywiście. Jakaż oszczędność czasu, komfort no i nowe miejsca pracy w gospodarce! Podczas gdy rzewnie oddaliśmy się wspomnieniom o smoczkach i pielucho-szmatkach do usypiania, na korytarzu dały się słyszeć zdecydowane kroki. - Idą po nas! - szepnął z nadzieją Waldek, więc Darek ostro zapunktował dosadnym JARZĄ, ale kroki poszły dalej. Genialne JARZĄB/ZĘBY (Ania 2 i Małgorzata) dało dziewczynom krótką satysfakcję, tymczasem Benia nie mogła znaleźć „G”. Waldek nie omieszkał pochwalić się, że on też kiedyś szukał „G”, ale oczywiście znalazł. Hm. W efekcie losowania większość postawiła scrabbla ZAOG[N]IA, po czym padł wniosek pod głosowanie o zakazie naklejania karteczek (przez Donatę). Po intrygującym NIEĆ – co to takiego, pierwsze słyszę!? (Waldek) – Darek przytoczył anegdotyczną ripostę pewnego gastronomika na jakże piękną i trafną uwagę „dupy nie urywa” : „poczekaj aż wejdziesz do domu!”. W radosnym nastroju dokonaliśmy II wymiany, po której większość postawiła zgodnie PALIWIE. - Gdzie jest moje „D”? - denerwowała się Małgorzata, okazało się, że „D” zakosiła Ania2. Z podwójnego „D” Donata wprowadziła nas w osłupiały zachwyt, stawiając DRIAD za mnóstwo punktów. Ania1 oświadczyła, że nie zna „trójek” za co została ofuknięta przez Waldka. Tymczasem Darek zgarnął swoje 515 pkt i pożegnał się pędząc do ojcowskich obowiązków zostawiwszy końcówkę gry do rozegrania pozostałym. Nie było łatwo, bo większość wdzięcznych samogłosek wykorzystaliśmy, wiec ostatnie „W” jak Waldemar nie znalazło towarzystwa na planszy i trzeba było odpisać sobie aż 1 pkt. Zmagania wygrała Donata, kolejni byli Waldek, Małgorzata, Ania2 i Darek (gdyby został byłby wyżej – trudno). Na odchodnym rozważaliśmy milą perspektywę zgłoszenia się na oddział na dłużej, chociaż Małgorzata złośliwie sugerowała ten geriatryczny...Ale i tak było miło, wesoło i radośnie. Tak trzymajmy. {M}
21.01.2015 Cykliczne spotkania scrabblowe mają to do siebie, że nie tylko wzbogacają wiedzę o znaczeniach słów dziwnych i niepotrzebnych, ale także rozwijają emocjonalnie. Pojawia się np. zatroskanie o nieobecnych kolegów, a potem nagła radość, kiedy się pojawiają. Im większa gromada scrabbliczna, tym weselej i mądrzej. Po dłuższej nieobecności przybył Jarek, który – według prostych obliczeń Donaty – zdobył wicemistrzostwo w zawodach szachowych we Wrocławiu, bo był w pierwszej ćwiartce i mógł uczcić to ćwiartką. Do klubu Jarek przyniósł – oprócz chwały - imieninową bombonierkę (sto lat, sto lat!), ku zachwycie wielbicieli czekolady. Po powitaniu Prezes oznajmił stanowczo, że turniej bydgoski może odbyć się w sierpniu, bo termin lipcowy był „zmyłą” i zaproponował Belgijkę, gdyż policzywszy skrupulatnie przybyłych okazało się, że jest nas dziewięcioro. Krótka, ale gorąca dyskusja o tym w co kto lubi grać i w co warto, doprowadziła do zgłoszenia aż trzech wolnych wniosków, w tym Donaty – o wzbogaceniu tabeli punktowej o wyniki uzyskane podczas gry w parach. Tymczasem rozstawiliśmy plansze i Darek wylosował pierwszy zestaw, z którego klubowe koleżanki triumfalnie ułożyły SAMICĘ. Po następnym ruchu zadowolony Waldemar zaintonował bas-barytonem swoją pieśń „Tylko jeden, co pokona, co pokona każdy stres!”, a Darek zniknął z upierdliwym telefonem w ciemnościach „Veny”. - Bez Darka nie umiemy grać – zauważył przytomnie pieśniarz, więc czekaliśmy cierpliwie aż Darek wróci i zaakceptuje najlepszy ruch Andrzeja MEDYK. Postawiony przez Łucję OHYDNY zainspirował Andrzeja do rozważań czy jest może „ohydnawy”, siejąc ziarno niepokoju w grupie. Jarek, po kilku ryzykownych stratach, zaskoczył wszystkich scrabblem FANZIN[Ó]W (dla nieobytych – „fanzin” to rodzaj niezależnego wydawnictwa dla fanów), co zachwycony Waldemar skwitował z zachwytem: - Normalnie popuściłem! Po słowie SLOT dla wyrównania napięcia zmoczony Waldek opowiedział historię niemieckiego zamku Waldeck (Slot Waldeck), a Asia z Donatą zapunktowały mocno zestawem OHYDNYM/KINEM. - Ja chcę siedzieć obok Asi – zakwilił niemalże Darek, który zdradzał objawy ciężkiego zamulenia. Graliśmy dalej spokojnie w atmosferze łagodnej tolerancji dla błędów, wygłupów i chwilowego zespołu otępiennego, więc nikogo nie zdziwiło, że dosadne ŻŁOPIE miało kilku autorów. I w konsekwencji skończyliśmy – jakże odpowiednio, acz mało wytwornie, dosadnym SZCZY. Zwyciężyła Donata. Na podium wdrapała się także Łucja, za nią Andrzej (który wyprzedził jednym punktem Małgorzatę), a Asia była piąta. Przed rozejściem pokrótce wymieniliśmy jeszcze osobliwe doświadczenia z zakresu problemów obyczajowo-rodzinnych oraz tradycyjne uściski dłoni. {M}
14.01.2015 Nasze drugie spotkanie w tym roku zaczęliśmy jak na bankiecie – na stojąco, „tocząc” poważne rozmowy dotyczące organizacji turnieju – kiedy?, gdzie?, skąd środki i co dalej? W kwestii terminu postawiliśmy na lipiec, dalsze trudne problemy będziemy rozwiązywać w miarę możliwości i układów. Prezes Darek miał zatroskane oblicze, jednakże z mgiełką optymizmu w oczach. Rozprawialiśmy na osiem głosów, gdyż tylu klubowiczów przyszło do „Veny”, padła również propozycja zakupu projektora-rzutnika dla celów klubowych i w ogóle ta część spotkania była zdecydowanie przyziemna i nieromantyczna. Będziemy kontynuować te rozmowy zarówno w zestawach małżeńskich jak i koleżeńskich i coś z pewnością poustalamy. Następnie podjęliśmy szybką decyzję o graniu w parach (Andrzej chyba to przeczuwał, bo demonstracyjnie nie przyszedł) i od razu pierwsze zestawienia wywołały niezadowolenie i ferment w zespole. Mało brakowało do awantury, na szczęście do klubu uczęszczają osoby o dużej kulturze osobistej, więc po krótkim zamieszaniu wszyscy grzecznie zasiedli do plansz. Napięcie zelżało, zwłaszcza po tym, jak Darek wytłumaczył, dlaczego zamieścił „sucharowy” wpis na forum i okazało się, że – mimo obaw i przypuszczeń – nie jest wcale obrażony. Zapadła turniejowa cisza, przerywana od czasu do czasu przyjaznymi wypowiedziami, np. - Waldek proszę cię, rozchmurz się... (Donata), - Ale nie szepczemy! - (rozchmurzony Waldek), - Waldek, czy ja ci przeszkadzałam? (Bernadeta). Ktoś rzucił luźną uwagę, że być może nadmierne zaangażowanie scrabblowe to jakiś rodzaj schizofrenii, jednakże umiarkowanie bezpiecznej. Po rozegranych dwóch rundach Prezes zaapelował o odrobinę szacunku (dlaczego tylko odrobinę!?) i ogłosił kolejną wygraną Donaty. Druga była Asia, trzeci Darek, a za nimi Krzysio i Łucja, a więc proporcje na podium odpowiadały założeniom Traktatu Amsterdamskiego. Zakończyliśmy spotkanie pierścieniowo, czyli ponownie na stojąco, poważnie dyskutując o turnieju. Na szczęście Donata spuentowała wszystko dowcipem o viagrze light, więc z nadzieją w sercach i umysłach rozstaliśmy się pogodnie. {M}
07.01.2015 Nasze pierwsze spotkanie w nowym roku odbyliśmy w „Venie”, gdzie było tradycyjnie mroczno i chłodno, stosownie do pory roku. Przyszło nas siedmioro: na scrabblowym stojaku byłyby zestaw startowy ADMŁADK. Krótka rozmowa o ewentualnym turnieju w Bydgoszczy zakończyła się propozycją kierunkowych przemyśleń „w temacie”, wystąpiły bowiem obiektywne trudności organizacyjne, czyli wstępny brak wolnych terminów. Będziemy więc się zastanawiać jak rozszerzyć kalendarz, może coś jednak się znajdzie. Na prośbę Małgorzaty, która miała jeszcze pilne sprawy wieczorne (?!?) do pozałatwiania, zdecydowano bez większych oporów o Belgijce, tym bardziej, że tworzyliśmy jednak grono nieparzyste. Workowym został Darek, ponieważ typowana wcześniej Łucja zdecydowanie stwierdziła, że nie umie dobrze losować i na losownika się nie nadaje. Po startowym ZABIŁ powiało grozą, ale już z następnego losowania padł pierwszy scrabbel ROZSIADŁ. W kolejnym ruchu Łucja postawiła genialnie – z blankiem i premią x4 – RZE[T]ELNI za mnóstwo punktów, udowadniając, że choć losować nie umie, to jednak potrafi rzetelnie wykorzystać dane losowo literki i tym samym odbiła znacznie od peletonu. Poza pięknym młodzianem Andrzejem nikt nie widział na stojaku najlepiej punktowanego EFEBA, cóż, niedobrze... Asia, zakutana tradycyjnie w ciepłą kurtkę i kolorowy szal, zastępowała Bernadetę, dzielnie oponując przed wymianą, kiedy Darek zafundował nam losowo tylko spółgłoski. Wymiana jednak nastąpiła i mogliśmy radośnie postawić WAROWNI. Następnie był bardzo udany gwizdany zestaw FIU/SI/TU i rozmaite fantastyczne przedłużki (ROZSIADŁY/WYJŚĆ/ ), a proponowany przez Donatę intrygujący pakiet FIUT/OTYLI przepadł niestety punktowo. Plansza podstępnie zaczęła być ponurym wyzwaniem, co tu ułożyć?! Asia zapunktowała nieźle stawiając (a właściwie wciskając) ODWET, następnie smętnie zagrały OKARYNY, a Darek przedłużył wybitnie acz prosto do ROZSIADŁYCH . Na stojaku mieliśmy „SEPUKNE”, co rozbawiło kolegów i rozgrzało miło wyobraźnię, ale nic nie pomogło, nadal było ciężko. Mimo trudnej końcówki zostaliśmy mistrzami ostatniego słowa – CHLUP - które znakomicie wpisało się w karnawałową atmosferę. Wygrała Łucja – 755 pkt, za nią była Asia, dalej Krzysztof, Donata i efeb Andrzej. Nowy sezon pomyślnie rozpoczęty! {M}
17.12.2014 Dwusetne Jubileuszowe spotkanie naszego Klubu odbyło się w zaprzyjaźnionym Zakładzie Psychiatrycznym, tym razem w sali maturalnej. Świętowaliśmy z zapałem i podwójnie, albowiem nasz Prezes obchodził również w tym dniu urodziny. Muzyczną oprawę uroczystości stanowiły instrumenty szarpane i dęte, a zacną przekąską były przyniesione przez klubowiczów słodkości, w tym domowe ciasto Donaty. Po wręczeniu Jubilatowi okolicznościowej laurki, odśpiewaliśmy skoczne „Sto lat”, a następnie kilka rzewnych kolęd, przy akompaniamencie duetu gitarowego Małgorzata-Darek. Jak już się na dobre rozśpiewaliśmy, to ktoś przytomnie zauważył, że w zasadzie przyniesione zostały zestawy do gry i może jednak pogramy. Błyskawicznie podjęto decyzję o błyskawicznym dwurundowym turnieju świątecznym o tytuł Mistrza roku 2014 i zasiedliśmy ochoczo do stołów. Atmosfera była świątecznie przyjazna, ciasteczka wyborne, a w przerwach Tomek romantycznie przygrywał, śpiewając intrygujące utwory głosem Charlesa Aznavoura. Turniej wygrała Donata, zdobywając dwa tytuły mistrzowskie: scrabblowego Mistrza Roku 2014 oraz Mistrza Wypieków Cukierniczych. Drugie miejsce zajęła Asia, więc normy unijne w kwestii kobiet zostały spełnione. Trzeci był wielbiciel tradycyjnej Belgijki – Andrzej, a dalsze miejsca na podium przypadły Łucji oraz jej mężowi Krzysztofowi pod nią (jak pięknie ujął to Darek). Spotkanie zakończyliśmy z zadęciem, albowiem Małgorzata zagrała kilka miłych kawałków na saksofonie (dla przypomniania - grupa instrumentów drewnianych). Dla zrównoważenia emocji i ułatwienia powolnej transformacji umysłu na świąteczną zadumę rozrzewniliśmy się wykonując zbiorowo hiciora „Biały miś”. Waldemar wygłosił kilka złotych myśli podsumowujących nie tylko mijający rok, ale w ogóle ostatnie dekady i wyraził optymistyczne nadzieje na polepszenie się wszystkiego oraz na godne emerytury dla każdego. Pożegnaliśmy się serdecznie życząc sobie jak najlepiej nie tylko z okazji nadchodzących świąt. Zobaczymy się dopiero w Nowym Roku. Wszystkiego dobrego! {M}
10.12.2014 Dzięki uprzejmości Donaty spotkanie odbyliśmy w przytulnej salce o profilu „nauczanie szkolne” w Zakładzie Psychiatrycznym, do którego ochoczo i z nadzieją przybyło 9 osób. Po dłuższej nieobecności pojawili się – prawie jak na audyt – nasz Lider Kamil i Paulina. Odświeżyli atmosferę i optymistycznie – przynajmniej chwilowo – obniżyli średnią wiekową grupy. W oczekiwaniu na Zarząd Klubowy część prowadziła swobodną debatę na temat geniuszy scrabblowych, taktyki gry i ewentualnego szczęścia. Po dotarciu Prezesa, zasmarkanej Asi i członków PFS, Darek lapidarnie podsumował wypad turniejowy Beni i Waldka do Rumii: - Wstydu nie przynieśli i skończyli jedno pod drugim! Waldemar wyraził żal, że był pod Bernadetą, ale za to znalazł się nad koleżanką z Ina Sylwią, więc w sumie był to udany trójkąt kujawsko-pomorski. Pospiesznie ustaliliśmy radosne szczegóły w związku ze zbliżającym się Jubileuszem i przystąpiliśmy do tradycyjnej Belgijki. I tutaj szybko się okazało, że Kamil – prawie jak samiec Alfa – zdecydowanie zaznaczył, może nie tyle teren, ale swoją poważną przewagę. Już początek był irytująco tajemniczy. Zaczęliśmy od KIDAJ (Donata, Darek), a kolejnym słowem było IRYZUJE, co wymyślił właśnie Lider. Nikt nie wiedział o co chodzi, jak to często w grze bywa, a przecież „iryzować” to mienić się barwami tęczy! Piękne uzupełnienie ubogiego słownictwa przeciętnego zjadacza owsianki na mleku. Oczywistego scrabbla NABYWANY postawili wszyscy, a następnym najlepszym ruchem było ZWAPNIAŁ przez Darka. Układ liter na stojaku – z blankiem – sugerował słowo „pizdryk”, ale słownik nie przewiduje takich normalnych, wydawałoby się, określeń. Za to na potrójnej stanęło PIÓRKO[W]Y, a piękne DOSALANE ułożyli Asia, Darek i Kamil oczywiście. - Co ja tu robię?! - wzdychał dramatycznie Waldemar, a Andrzej melancholijnie zatęsknił za domem... Niezmordowany Kamil skutecznie uwiarygodnił swój status Lidera („Kamil rulez!”) stawiając NAŻĘCI, a po ponurym OHELE (grobowiec żydowski, a nie okrzyk góralski) skończyły się samogłoski. Benia fukała na podpowiadającego Waldemara, który toczył osobliwe przekomarzanki z Darkiem. Czas się kończył, możliwości dostawienia również. Koniec, kropka, kto pierwszy? Kamil of course, z wynikiem dawno nie odnotowanym w klubie – 832 pkt. Za nim beztrosko Paula, a na trzecim miejscu – pomimo czerwonego nosa – Asia. Na podium wdrapali się jeszcze Darek i Donata, a pozostała reszta zadowoliła się satysfakcją z udziału w rozgrywkach w takim inteligentnym towarzystwie. Za tydzień świętujemy! {M}
03.12.2014 Pani Ola powitała nas w progach „Veny” zdziwiona nieco, że udało się nam wejść, albowiem ktoś ukradł klamkę – mosiężną kołatkę. Zadumawszy się nieco nad nieżyczliwością bliźnich wyraziliśmy żal, bo kołatka była ładna i miała wartość sentymentalną. Trudno. Dla przeciwwagi Donata podzieliła się z nami dobrą wiadomością, że wygrała bardzo ważny konkurs, co ucieszyło nas szczerze, więc już z optymizmem zasiedliśmy do zapowiedzianej przez Prezesa Belgijki. Asia wyglądała jakby miała za chwilę wyjść, opatulona w kurtkę i szalik, Waldemar zasygnalizował swoją aktywność mówiąc – Ale nie kręcimy się! - a Darek przystąpił do losowania liter (zabrakło Łucji). Z pierwszego zestawu – z blankiem - na planszę wpadło zdumiewające Z[A]TELEP, które położyła genialnie Donata, tym samym stając na czele peletonu. W drugim ruchu Waldemar widział „panienki”, ale się nie udało, za to chwilę później rozgorzała gorąca dyskusja nad zasadami gry i punktowania, w przypadku pomyłki i chwilowego zamotania. Bernadeta życzliwie wspomniała, że nie można karać kogoś za to, że jest głuchy (sic!), poza tym przecież się lubimy, etc. Darek był twardy (macho!, macho!) i obstawał za zniesieniem przywilejów dla nieprzytomnych, ale – jak to zwykle bywa – kwestia się zawiesiła. Graliśmy dalej, na planszy pojawiły się kolejne interesujące i tajemnicze słowa. TENSOR Andrzeja brzmiał matematycznie, a co do WIGNĄ Donaty mieliśmy sporo wątpliwości – co „wigną”? Blachę? Niezawodny Andrzej sprawdził, że wigna to „fasolnik chiński”, czyli roślina. Scrabble zdecydowanie kształcą. Bernadeta zapunktowała chlubnie CHLUBĄ, a w końcu Darek wylosował dla Andrzeja „ó”. - Za późno – stwierdził Andrzej, co Darek podsumował lirycznym cytatem z utworu zespołu Lombard (kiedy to było?!) „radość spóźniona ma zawsze kurzu smak”. Na zapleczu pani Ola omawiała kolejną ślubna imprezę, a Waldek pałaszując obiad zaliczał kolejną stratę. Darek szeptał scenicznie „muszę wygrać z Waldemarem” i upominał nas na wszelki wypadek, że nie możemy zapisywać sobie więcej punktów niż zdobywamy faktycznie. Hm. Podstępnie robiło się coraz zimniej, ale dzielnie brnęliśmy ku końcówce dokładając po 4 punkty w rozmaitych miejscach. Waldemar, który założył kaptur i wyglądał jak gangstaziom, walnął w raperskim stylu – Nie będę uczestniczył w tej farsie! - i pozbierał swoje zabawki. Rozgrywki wygrała zasłużenie Donata, za nią równie zasłużenie był Darek, trzecia Małgorzata, czwarta wymarznięta Asia, piąty spokojny Andrzej. Jak skonkludował Prezes – każdy był w jakiś sposób zadowolony, a to najważniejsze. {M}
26.11.2014 Było tak, jak zapowiedział Prezes, czyli o rodzaju gry zadecydował podejrzany rzut podejrzaną monetą. Dla ośmiorga przybyłych do „Veny” klubowiczów otworzyły się więc ograniczone do trzech mini-rundek możliwości walki o mini-mistrzostwo w kolejnym mini-turniejku. Dictum, factum. Andrzej z Małgorzatą – wielbiciele Belgijki – nieco marudzili, a Andrzej poważnym tonem złożył poważne reklamacje na ucho Prezesa. Po chwili jednak wykazał się gestem, wyciągając z zakamarków torby bombonierę „Ptasie mleczko”, co bardzo się przydało w momentach spadku poziomu fenyloetyloaminy. Turniejek przebiegał w spokoju i przyjaźni zgodnie z sentencją – amor vincit omnia – a krzywa osiąganych wyników przez liderów klubowych pięła się szybko w górę. „Opiewam oręż i męża!” chciałoby się krzyknąć, ale w czasie gry nie wolno się głośno i frywolnie zachowywać. Brakowało upominającego Waldemara, który w czasie przeznaczonym na scrabble oczekiwał tajemniczo na jakiegoś tira, cokolwiek miałoby to oznaczać. Prześmiewczy Darek i tak naraził się Asi, przez co najpewniej nie dostanie obiadu przez kolejne dwa dni, dlatego zjadł większość ptasiego mleczka. Szczęście w literkach rozkładało się umiarkowanie, ważyły często chytrość i umiejętności strategiczne. Donacie udało wygrać się z Łucją, która ostatnio jest prawie jak Andrzej Gołota z utworu Kazika - niepokonana w dwudziestu ośmiu walkach etc...”. W ostatecznym rozliczeniu zwyciężył Tomek, Łucja była druga, kolejni Darek, Donata i Asia a na moralnego zwycięzcę Darek proklamował Andrzeja. Przyjazne uściski dłoni zakończyły nasze spotkanie, pozdrawiamy kolegów nieobecnych, wpadnijcie za tydzień! {M}
19.11.2014 „Vena” powitała nas chłodem - wzmocnionym wizualnie błękitem pofałdowanych obrusów wraz z gipsowymi aniołkami w uścisku na środku stołu. Nie umniejszyło to jednak gorącego zapału do gry przybyłych klubowiczów w liczbie 8. Z teneryfskiego wulkanu zjechała Małgorzata aby otrzymać zasłużone bęcki po dłuższej nieobecności, pojawił się też Jarek, który ostatnio zajmował się głównie grywaniem i wygrywaniem w szachy. Tymczasem Donata zaliczyła moment gwiazdorski w klubie, ale dlaczego tylko moment, to wie dokładniej Prezes. Należy też z satysfakcją odnotować zdecydowany sukces Łucji na turnieju w Krakowie, gdzie przysporzyła sobie sławy, a nam także chwały, zajmując 6 miejsce! Po miłej wymianie powitań, gratulacji, uścisków i drobnych słodkich przekąsek zrobiło się poważniej, gdy Bernadeta oznajmiła, że przystąpi do finansowych rozliczeń i zaraz się okaże kto jest na czarnej liście. Poza tym okazało się, że podstępnie już wcześniej ustalono, że będziemy grać w parach, co zapewne przewidział (lub wiedział!) Andrzej, więc wybrał inną rozrywkę intelektualną na ten wieczór. Podjęliśmy więc (po częściowym wybieleniu listy) niedemokratyczną czwórnarożną mikroturniejową rozgrywkę w czterech parach zmiennych. Graliśmy w zimnie i skupieniu, a jedyne możliwości rozgrzewki obejmowały trucht do toalety lub przebieżkę do laptopa ze słownikiem. Gdy powaga rozgrywek osiągnęła poziom konferencji na temat ochrony nosorożca białego, niektórym włączyły się elementy głupawki, niezbędne do przetrwania i przyjęcia na klatę ewentualnej porażki. Waldemar przezornie od czasu do czasu wtrącał „ale nie rozmawiamy!”, a Prezes Darek starał się zabraniać - na wszelki wypadek – czegokolwiek. Rozegraliśmy trzy rundy, po czym błyskawicznie – w przeciwieństwie do PKW – policzyliśmy wyniki. Zwyciężyła Łucja, na drugim miejscu - w parze - znaleźli się Donata z Waldemarem, za nimi Asia, Darek i Jarek. Rozgrzani wewnętrznie i umysłowo rozstaliśmy się w mrokach zimnego wieczoru z życzliwym „do zobaczenia za tydzień”. {M}
13.11.2014 Do Veny czas było przybyć. Trafiła nas tam wierna szóstka: Bernadeta, Donata, Asia, Andrzej, Waldek i Darek. Po odczytaniu pozdrowień z wakacji Małgorzaty i zaciętym głosowaniu w co zagrać (rzut monetą nie wypadał notorycznie na kant) rozłożyliśmy sprzęt i zaczęła się belgijka. Płytki z literkami nie bardzo pasowały do siebie, wyrazy były krótkie i marnotrawne. Podczas rozgrywki postawiony został jeden scrabbel: UBODNIE. Jedyną autorką słowa była Asia. Po dowodzie poszlakowym na istnienie i zasadność słowa (przebijało wyraźnie wiejskie obycie) wzdychając z rozżaleniem wróciliśmy do dalszej gry. Męczarniom zdawało się nie być końca. Każde z nas miało swój krótki, pobudzający błysk. Co czas jakiś następowały przerywniki pytajnikowe typu „Jaka literka została wylosowana? P jak Jarosław?” bardzo skutecznie poprawiające samopoczucie. Ostatnie słowo CEŃ zostało postawione wspólnymi siłami, a raczej ich ostatkiem. Koniec! Uf. Żmudnie było! Najbardziej odpornym zawodnikiem okazała się Asia. Za dzielną postawę, postawienie jedynego scrabbla i największą liczbę punktów zajęła pierwsze miejsce. Rozstrzygnięcie kolejnych uplasowań było zaskakujące. 2, 3 i 4 miejsce dzielił od siebie jeden punkt! I tak kolejno nastąpili po sobie: Darek, Donata i Waldek. Na piątym miejscu rozglądając się dookoła odnalazł się Andrzej.
Już za tydzień będzie z nami Małgorzata. {D}
05.11.2014 Kolejny raz przywędrowaliśmy do Veny aby oddać się rozkoszy łamigłówek słownych. Nie dotarła Nałgorzata (miała do wyboru wyjazd do ciepłych krajów lub scrabble), Jarosław (powód nadal nieznany) i Paulina z Kamilem (nieobecność częściowo usprawiedliwiona). Po wstępnych ogłoszeniach, komunikatach, obwieszczeniach oraz odczytaniu raportów finansowych przystąpiliśmy do głosowania nad formą spotkania. Zdecydowała parzysta ilość przybyłych podparta aklamacyjnym głosowaniem: gramy mikro turniej. Po rozstawieniu zawodników poruszyło nas tajemnicze pobrzękiwanie na schodach dzwoneczka okraszone wizualnie czerwonymi pobłyskami z lekkim sportowym posapywaniem. Wstrzymaliśmy więc zgodnie oddechy i zamarliśmy w oczekiwaniu. Mijały kolejne chwile. Wtem z zaułka wyłonił się Tomek. Witając się w ze wszystkimi dzielnie zniósł informację o zaburzonym układzie planszowo-ilościowym. Pospiesznie powołany został do życia wirtualny gracz (reprezentowany przez Darka) no i zaczęło się. Partie przebiegły sprawnie, tylko od stanowiska Waldemara dobiegały stłumione złorzeczenia i narastający przyspieszony oddech frustracji. Po drugiej partii i wykładzie na temat wieku, mądrości, sensie wstawania o 4 godzinie nad ranem i nadmiarze obowiązków Waldemar wypisał się z turnieju (uśmiercając automatycznie świeżo upieczonego wirtualnego zawodnika) i po dosłownie 20 sekundowym moszczeniu, zasnął snem sprawiedliwego w pobliżu nas. Poczuliśmy przypływ sympatii dla towarzysza naszego, pobudzone zostały więc instynkty opiekuńcze (stąd poszukiwania poduszek i kocyka, zakończone niestety niepowodzeniem). W nagrodę otrzymaliśmy kojący nasze uszy spokojny oddech z lekkim przychrapem. Zmagania miały się ku końcowi. W niektórych partiach decydowały dosłownie pojedyncze punkty, w innych – jak to często bywa – jedna ze stron od początku padała ofiarą prześmiewczego losu. Z kompletem zwycięstw pierwsze miejsce zajął Tomek, na drugim miejscu po dzielnym pojedynku z mężem wylądowała Łucja, pociągając go za sobą. Na czwartym uplasowała się Asia (mimo kłopotów gastrycznych), a tuż za nią Donata. Reszta z nas zadowoliła się miłym towarzystwem i samą przyjemnością wydzielającą się kropelkowo podczas losowania liter. Wszyscy dyskretnie i na paluszkach opuścili salę. Andrzej cofnął się i przypomniał o naszym klubowym Giewoncie. Wróciliśmy skruszeni i sparafrazowaliśmy nową reklamę naszej Ojczyzny. {D}
29.10.2014 Na spotkanie do „Veny” przybyło nas ośmioro – trzy zgodne małżeństwa scrabbliczne, Małgorzata i Andrzej. Parzysta liczba uczestników sugerowała grę w parach, ale wynik głosowania był remisowy. Zdecydowało nieuczciwe i ustawione losowanie o grze w Belgijkę, ku uciesze Andrzeja a także Małgorzaty, która przez kolejne dwa spotkania będzie nieobecna (nareszcie urlop!). Prezes zaproponował, przejście na formę cykliczną losowania, a tym samym danie każdemu szansy poczucia tej szczególnej odpowiedzialności za to, co się wyciąga z woreczka. Pomysł zaakceptowano, a pierwszym ochotnikiem został Waldemar, który do zadania podszedł z należytą powagą. Został pouczony o prawach i obowiązkach workowego oraz uprzedzony, że próby matactwa i kreatywnych kombinacji będą piętnowane. W efekcie Waldemar wylosował same spółgłoski, z których (byliśmy twardzi – zero wymiany!) ułożyliśmy zgodnie na początek TS. Potem wcale nie było łatwiej, ale jakoś plansza się rozwijała – pojawiły się inteligentne zestawy słowne GRYK/KHAKI oraz wysoko punktowany nie-scrabbel OBLEGAŃ. Skromne, choć najlepsze, LANCZ (Asia) wywołało u niektórych miłe skojarzenia i otworzyło możliwość romantycznego przedłużenia – LANCZU/FLUIDY. (Łucja, Andrzej). Idąc tropem gastronomicznym Krzysztof zapunktował mocno kładąc na potrójnej KNAJPĘ/GRYKĘ, a w kolejnym losowaniu Waldemar wyciągnął blanka. Przez chwilę w atmosferze aż iskrzyło od napięcia w zwojach mózgowych, po czym większość pięknie ułożyła ósemkę SADZON[K]A. Proste CAPIĄ rozwijaliśmy jak się dało, a przy CAPIĄCY/BYT okazało się, że Andrzej mógł zostać gwiazdą zestawu słownego, gdyby postawił „beat”. Andrzej jest romantyczny, ale też rozważny, więc kalkulował ewentualną stratę. Aforystyczny komentarz Prezesa Darka - „Lepiej myśli niż stawia” - zdecydowanie podsumował sytuację. Łucja zaskoczyła bystrym KÓRZ/ZGODNYM, a kocówka gry była szybka i konkretna. Z Waldemarowego losowania zwycięzcą został Darek -705 pkt. Drugi był Krzyś, trzeci Andrzej, a dalej panie – Łucja i Asia. Na kolejnego Wielkiego Losownika wytypowana została Łucja, a kronikę napisze Darek. Tak więc najlepsze – jak zwykle – przed nami. {M}
22.10.2014 Pomimo deszczowego wieczoru na spotkanie do „Veny” przyszła silna grupa klubowiczów, nie tylko z zapałem do gry, ale także z wałówką. W sumie 10 osób, w tym - zaproszony przez Łucję i Krzysztofa - scrabblowy Mistrz Polski 2013 – Dominik. Przyszła nareszcie Donata, dumna z dyplomu swojego pupila po szkoleniach i promocji do podstawówki, oraz Tomek, który z kolei z ułańską fantazją wsiada na rower w każdych okolicznościach przyrody. Członkowie PFS nie pojawili się: Waldemara zatrzymała praca, a Bernadetę Waldemar. Cóż, pomijając fakt, że stracili okazję uściśnięcia mistrzowskiej dłoni Dominika, ominęła ich degustacja babki ziemniaczanej, babki piaskowej z polewą, muffinek czekoladowych i obłędnego musu czekoladowego. A przecież wszakże już J. Tuwim pięknie napisał: „Co masz zrobić dziś zrób jutro, bo pojutrze i tak twoją robotę popsują rodacy”. Oddaliśmy się więc, bez nieobecnych pracowitych kolegów, błogiej rozrywce połączonej z konsumpcją. Prezes wyraził przekonanie, że Dominik nauczy nas dobrze grać i rozpoczął belgijkowe losowanie. Ponieważ drugi ruch zaowocował słowem PENIS, Darek przypomniał zasadniczo, że zabrania się używać wyrazów, które obrażają jakiekolwiek uczucia. Nikt jednak się nie obraził, tylko lekko zakręcona Donata dopytywała: – Gdzie jest ten „penis?”, albowiem słowo miało wiele lokalizacji – wygrała środkowa pozycja nad HANem. Mistrz Dominik wysoko zapunktował stawiając OB.[o]ŹNY (z blankiem), po chwili zaś postawił - w duecie z Andrzejem – intrygujące BODEGA, tam gdzie prosto myśląca większość widziała BOGATE – i tak na szczęście zostało. Z powodu nieporozumienia słuchowo-werbalnego - „rz” czy „ż” - Darek był zmuszony anulować jeden ruch. Po kolejnym mistrzowskim WRODŹŻE przyszła na chwilę pani Ola z krótką pogadanką o Indiach i Hindusach. - Są brudni, ale szczęśliwi – skonstatowała mantrycznie, rozbudzając w niektórych wątpliwości dotyczące ewentualnej wieczornej kąpieli. Graliśmy dalej, z krótkimi przerwami na pojadanie. Literki nie dawały szans na ułożenie przyzwoitego scrabbla, ale na planszy stanęły dwa genialne zestawy położone przez Dominika i Donatę – OSIN/SON/DOSUNĄ i ĆPAM/DOSUNĄĆ. Jarek jak zwykle nic nie mówił, Darek zatroskał się, że „penisy” zablokowały całą planszę, a na stojaku pojawił się wysoce kłopotliwy układ. Korzystając więc ochoczo z nieobecności Bernadety szybko zrobiliśmy wymianę, w wyniku czego Mistrz Polski postawił KASHY, zgrabnie wpisujące się w indyjskie klimaty. Na pytanie „co to takiego?” - Tomek objaśnił, że jedzenie. No tak, wystarczy. W końcówce gry Dominik znów „natrzaskał” punktów i w efekcie wygrał z szatańskim wynikiem 666 pkt. Coś musi w tym być, bo swego czasu nasz Lider Kamil też wygrał z takim rezultatem – niewątpliwie Moc rządzi i jest z Mistrzami. Tomek był drugi, tuż przed Donatą (o jeden punkt!), dalej Łucja i Asia. Krzysztof był niepocieszony, ale pozostali byli prawie jak Hindusi – może nie całkiem brudni, ale dość szczęśliwi. Przed wyjściem starannie dojedliśmy co było do dojedzenia, stosownie do paternalistycznej rady Prezesa: – Idzie zima, trzeba gromadzić tłuszcz! Impreza zdecydowanie do powtórzenia, tym bardziej, że w grudniu przypada okrągły Jubileusz spotkań. {M}
15.10.2014 Początek naszego tradycyjnego spotkania był tradycyjnie beztroski. Odnotowaliśmy kilka uzasadnionych nieobecności - Jarek regenerował siły po zwycięstwie, Łucja gromadziła energię na zawody w Galicji, Donata nadal przebywała w przedszkolu, a Tomek w przestrzeni międzyczasowej. Pojawił się za to dawno nie widziany Radek, a Krzysztof zaraził nas swoją spontaniczną radością spowodowaną bardzo okazyjnym zakupem „żulowskiego” piwa, podkreślając „dobry stosunek jakości do ceny”. Do rzeczywistości przywołała nas Bernadeta przedstawiając klubowe aktywa i pasywa. Rozważyliśmy abstrakcyjne możliwości zwolnienia Prezesa ze składek oraz kwestię wierszówki dla Małgorzaty, ale pod warunkiem, że oboje zrzekną się tych bonusów na rzecz klubu (znakomita okazja, żeby zachować się z gestem!). W końcu Darek rozpoczął losowanie zwyczajowym „W” jak Waldemar i z wylosowanych liter większość z nas – doświadczona w zbiorowej mądrości – postawiła WYPIJ. Był to znakomity wstęp do genialnej przedłużki WYPIJAŁO (na potrójnej), co wypatrzyli bystrze Krzyś i Waldek. Stawiając inteligentnie ŻET Benia uratowała blanka, który nieco bezużytecznie błąkał się na stojaku. Na domiar złego nie było miejsca na scrabbla ULEĆCIE (też ULECIEĆ), co było bardzo frustrujące. W tym kontekście miły głos gadżetowej pani z komórki Waldka przypominający nieco (choć jakby grzeczniej) „seksmisjowe” - Weź pigułkę! - był jak najbardziej na miejscu. - Kurza morda! - rzucił niedbale Darek – zostaliśmy z trzy „E” na stojaku! Bernadeta i jej lobbyści nie byli skłonni głosować za wymianą, ale mimo tego na planszy udało się umieścić wysoko punktowane zestawy: NOCIE/NIWY/OBYĆ (Darek) i FADO/EF/UTA/LAD (Asia). Prowokujące rozważania nad ulubionym - według Darka – słowem Waldemara i nauczycieli – UWALAŃ, lekko poirytowały Asię, która tego układu liter nie widziała i chwała jej za to. To nie jest eleganckie słowo i ci, którzy je postawili sami byli oburzeni. Męska trójca – Andrzej, Krzysztof i Waldemar – ostro zapunktowała scrabblem ŁONOWYM i Andrzejowi zdecydowanie wzrósł poziom dobrego humoru. Waldemar był pełen wątpliwości, ale zdecydował się na dostawienie [B]ŁONOWYM z GRAB, co było jedynak dobrym strzałem. W końcu nastąpiła długo oczekiwana wymiana i zwieńczająca nasze zmagania kusząca propozycja Darka – GRZESZ. Podsumowanie wykazało, że wygrał (jak to określił Andrzej) Max, natomiast pierwszy był Krzysztof – 752 pkt. Na podium stanęli też Waldemar i Andrzej, a kolejni byli Darek, Asia i cała reszta. Przestawiliśmy szybko umysły na program „comfort” i po udanym zejściu ze schodów w świetle komórko-latarenki Prezesa, rozstaliśmy się kulturalnie. Jak zwykle. {M}
10.10.2014 Nasze turniejowe spotkanie odbyliśmy w warunkach eksperymentalnych, we włoskiej restauracji Come Prima (dawniej Mega), budząc zrozumiałe zainteresowanie obsługi. Tym samym zastosowaliśmy żelazną zasadę naszego Prezesa - „musimy umieć grać wszędzie”. Dzięki temu, że przybyli do Bydgoszczy zaproszeni koledzy scrabbliści z Inowrocławia, turniej urósł do rangi kujawsko-pomorskiego. W sumie do potyczek słownych zgłosiło się 16 osób, w tym naszych 11 klubowiczów. Rozsiedliśmy się przy wszystkich możliwych stolikach, zamówiliśmy bardzo okrągłe i wielkie pizze, Darek wygłosił powitalne orędzie i wystartowaliśmy. Po pierwszej grze okazało się, że drużyna bydgoska wykazuje wyjątkową klasę i gościnność przejawiające się w większości przegranych. Bardzo elegancki początek. Jednak z rundy na rundę układ personalny w tabeli zmieniał się jak pogoda w listopadzie, a rywalizacja miała charakter prawie uwodzicielsko-przyjazny. Darek z Waldemarem łączyli rozgrywki z rolą fotoreporterów, piwo „z kija” i herbatka sprzyjały dobrej atmosferze, tak więc w miarę przytomnie dotarliśmy do finału. Na zwycięzców i uczestników czekały eleganckie medale i czekolady. I tutaj się okazało, że turniej wygrał nasz kolega klubowy Jarek, który nie dość, że jest wybitny w szachach, to jeszcze miażdży w scrabblach. Uzyskał więcej punktów niż wynosi średnia pensja krajowa i odebrał zasłużony medal oraz ogromną czekoladę dla małżonki, która dzielnie znosi te męskie fanaberie. Druga była zaprzyjaźniona inowrocławska rywalka – Sylwia, która ma w tym roku na swoim koncie więcej turniejów niż niektórzy lat. Trzeci był również kolega z Inowrocławia, kolejnych kilka miejsc przypadło klubowiczom z Bydgoszczy, a o ostatnich nie będziemy pisać, bo i tak kiedyś będą pierwsi. Czekolady – nawet te gorzkie – osłodzą każdą porażkę, zwłaszcza w tak doborowym towarzystwie! Było dobrze, miło i inteligentnie. Rozstaliśmy się kulturalnie i w zachwycie nad samymi sobą, co każdy terapeuta uznałby za sukces. Do zobaczenia na następnym turnieju! {M}

Jejku - i co teraz!?
01.10.2014 Po planowanej przerwie przyszliśmy na spotkanie do „Veny” na tzw. „czuja”, gdyż po intensywnym urlopie Prezesa, czas przestał mieć dla niego znaczenie i nie podał konkretnej godziny. Tym samym zdezorientowany Andrzej wybrał rozgrywki brydżowe, Tomek nigdy nie wie jaki mamy dzień, a pozostali nieobecni też zapewne mieli mnóstwo innych pomysłów na wieczór (np. Liga Mistrzów). W efekcie trzy zgodne małżeńskie pary i jednoosobowa dostawka (Małgorzata) stanowiły wieczorny komplet bojowy. Z lekką obawą zasiadaliśmy przy stołach zaaranżowanych w sposób przypominający lożę masońską. W tle „pipała” jakaś czujka (wcześniej nie było!), więc staraliśmy się niewiele ruszać w obawie przed ewentualnym atakiem policji. Po obejrzeniu – w zachwycie! - zdjęć z wyprawy górskiej Asi i Darka podjęliśmy decyzję o grze w parach. Zrobiła się atmosfera bardzo turniejowa, a Darek – nazywając swoje alter ego Kamilem (dla potrzeb gry oczywiście) – podjął zmagania z dwoma przeciwnikami jednocześnie. Rozegraliśmy dwie rundy. Po godzinie coś zaczęło dzwonić na zapleczu, a Waldemar był wyraźnie osłabiony i rzucał niewymyślne obelgi pod własnym adresem. Asi spadł czas, bo zbyt długo myślała nad pozycjonowaniem scrabbla, Krzysztof spokojnie wygrywał, Łucja też. Darek vel Kamil był „miszczem – niszczem” i kładł scrabbla za scrabblem. Bernadeta grała spokojnie i pogodnie, fukając okazjonalnie na Waldemara , Małgorzata ciułała swoje punkty starając się jednak myśleć. Skończyliśmy bez niespodzianek. Wygrał Krzysiu, za nim dreptała Łucja, a na trzecim miejscu KamiloDarek. Ku pocieszeniu pozostałych Darek rzucił jedną ze swoich brylantowych myśli – Ostatni będą piersiami! Lekko zaintrygowani szybko ustaliliśmy, że następne spotkanie będzie w piątek – szykujemy mini turniej, zapraszamy też chętnych kolegów z Inowrocławia. Aprowizacja mile widziana, dobre nastawienie i poczucie humoru w razie przegranej. {M}
17.09.2014 Na rozgrywki do „Veny” przyszło 9 osób (w tym - poszukiwani prawie listem gończym - Łucja i Krzysztof). Wzbogacony - po wczasach scrabblowych – o rozmaitą dziwną wiedzę, Waldemar zapoznał nas z „Prezesówką”, której olbrzymia plansza robiła wrażenie, oraz wspomniał o swojej rozjemczej roli w sporach słownych, w przypadku gdy zawodził słownik komputerowy. Prezes odgórnie zarządził Belgijkę standardowym zawołaniem - „W” jak „Waldemar”! - więc rozsiedliśmy się przy stołach nakrytych obficie pofałdowanymi obrusami (Andrzej wyraził obawę o możliwość zagubienia w fałdach obrusa literek!). Pierwsze pomyślne losowanie zaowocowało od razu siódemką TARCICĄ, postawioną przez zdecydowaną większość, a kolejne - ósemką ZMATANA. - Każdy ruch to scrabbel! – optymistycznie rzucił workowy Darek i po chwili na planszy stanęło kontrowersyjnie brzmiące WYCHLANI. Z kolejnym ruchem mocno zapunktowali Darek z Asią, tworząc rozrywkowy zestaw WYCHLANIE/HEJ! Szybka riposta nastąpiła ze strony Łucji, Andrzeja i Krzysztofa, którzy ułożyli WCIOSANE. Po chwili „Poszukiwani” z Andrzejem postawili wdzięczne SUMEK, co sprowokowało krótką debatę finansowo-ichtiologiczną. Waldemar – od dłuższego czasu na zdrowotnościowej diecie – zdradzał objawy lekkiego oszołomienia. Sącząc kefirek naprzemiennie wybuchał śmiechem lub też oznajmiał kategorycznie – Wychodzę! Bernadeta zapomniała okularów, więc grała po omacku z całkiem dobrymi efektami i jak zwykle pogodnie. Po kolejnym losowaniu najlepszym ruchem - jak stwierdził Prezes - za dwie dychy! - było pedagogiczne NIEWYCHLANIEM, poniekąd kontynuacja wątku. Genialne (acz dwuznaczne) ZRÓB do NIEWYCHLANIEM, postawione przez Łucję, powaliło nas punktowo na łopatki. Tymczasem Andrzej próbował postawić interesującą i bardzo intrygująco brzmiącą ósemkę, ale niestety nieistniejącą. Ostatnim pięknym scrabblem na planszy było SZALIKOM na potrójnej, a konkurs na najlepszy ruch wygrali Łucja, Darek i Krzysztof stawiając zestaw ZBYŁO/ZEŁ/EL/ZŁE. W ostatecznym rozrachunku wygrał Krzysztof – 893 pkt, kolejni byłi: Łucja, Darek, Andrzej i Asia. Spotkanie zakończyliśmy kulturalnymi recenzjami filmowymi, życzeniami miłej kolejnej podróży dla Darka i Asi oraz decyzją o wewnętrznym mini-turnieju, mniej więcej za trzy tygodnie. Mimo obaw Andrzeja literek nie pogubiliśmy. {M}
10.09.2014 Zaraźliwa atmosfera sportowa siatkarskich mistrzostw spowodowała, że przybyła do „Veny” brydżowa czwórka spontanicznie i bez oporów podjęła decyzję o grze w parach. Tym bardziej, że nasi członkowie PFS, którzy mieli być główną atrakcją wieczoru czyniąc z nas ćela, z niewiadomych przyczyn niestety nie przybyli. Uporawszy się emocjonalnie z tym rozczarowaniem błyskawicznie i z pełną powagą zorganizowaliśmy mikro-turniejek. „Małe grono ma swoje plusy” - zauważył przytomnie Prezes Darek i profesjonalnie zarządził rozstawienie w dwójkach. Po krótkiej inspekcji i weryfikacji woreczków ustawiliśmy aż dwa zegary i przystąpiliśmy do gry. Przeważały nastroje wzajemnej życzliwości, bezstronności i zgody. Nikt się nie popłakał, a gwiazdą wieczoru była bezspornie Asia, którą targały ambiwalentne emocje – współczucie dla przegrywającego przeciwnika połączone z wyraźną jednak radością z wygranej. Andrzej grał spokojnie, kalkulując na zimno każdy ruch, Darek - z twarzą pokerzysty - pilnował porządku i zasad gry. Małgorzata uczyła się szybkiego dodawania i jak zwykle zbierała umiarkowane cięgi. Wszystkim udało się położyć jakieś scrabbelki, więc poziom satysfakcji był w miarę wysoki, mimo braku środków dopingujących w postaci drobnych przegryzek. Turniejek wygrał Darek, drugi był Andrzej, trzecia Asia, czwarta Małgorzata. Wychodziliśmy w świetle „księżyca żniwiarzy” oraz towarzystwie dość głośnej i patetycznej muzyki (czyżby capstrzyk?!) z pobliskiego kościoła. W sam raz na uroczyste zwieńczenie intensywnie intelektualnego wieczoru. {M}
03.09.2014 Mimo obiektywnych trudności, związanych z próbami dodzwonienia się Prezesa do tymczasowego zarządu „Veny”, udało się jednak umówić spotkanie. Przybyła nieparzysta siódemka graczy, co sugerowało Belgijkę, chociaż Donata i Asia miały wyraźną ochotę na grę w parach. Po chwilowych rozważaniach postanowiliśmy za niedługi czas zorganizować wewnętrzny piątkowy mini-turniej, a tymczasem zagrać pojedynczo. Po pierwszym losowaniu na planszy stanęło kłopotliwe CREDO (wymyślone przez Małgorzatę), które – jak w trakcie gry podkreślił Tomek – wszystko popsuło. Cierpliwie dostawialiśmy i zestawialiśmy w rozmaitych połączeniach co się dało. Z nadmiaru „h” na stojaku Asia położyła genialnie HAŃBY – kto zna takie słowo!? - zdumiał się filozoficznie Darek, po czym sam dołożył znakomicie HANZY do {Z}GROZĘ. Zgrozę – niemalże – budziły wrzaskliwe nawoływania osieroconego małolata z podwórka, który uporczywie i w tonie wysokiego cis darł się upiornie „mamo!”. Aż się Tomek osobiście zainteresował i rzucił propozycję, abyśmy podjęli istotne reakcje, bo trudno się skupić. Po chwili chyba rodzicielka się znalazła, ale przyjechał podejrzany van pocztowy, który przeraźliwie piszczał. Wyobraźnia podsuwała nam rozmaite kryminalne teorie, łącznie z napadem na spożywczaka, ale ostatecznie van odjechał i nastał spokój. Dzięki temu zapunktowaliśmy wysoko zestawem GĘB i BYĆ. - Jawohl! - zawołał Tomek, któremu chwilowo wkręcił się zachodniogermański. Asia zareagowała szybkim WKOPIE, a Andrzej - ZAMULIŁ, po czym – chyba dla wzmocnienia efektu znaczeniowego – zagubił w fałdach obrusa „E”. Na szczęście Prezes zachował bystrość i szybko odnalazł zgubę, po czym już bez scrabbli i innych sensacji dotarliśmy do wdzięcznej końcówki PASĄC. Jak stwierdził Darek – po raz pierwszy w historii nie było wcale oczywiste, kto wygrał, chociaż wszyscy solidarnie zagłosowaliśmy na Tomka. Punktowe szczytowanie potwierdziło tę wygraną – 644 pkt, , za Tomkiem uplasowała się Asia, dalej Donata, Jarek i Darek. Na odchodnym życzyliśmy powodzenia Donacie, która przez najbliższy miesiąc zamieni uczestnictwo w scrabblowych rozgrywkach na udział w zajęciach psiego przedszkola, oraz omnibusowi Jarkowi, który z kolei będzie wymiatał na zawodach ligi szachowej w Szczyrku. {M}
27.08.2014 Nasze tradycyjnie 113 spotkanie po hasłem „scrabble są wśród nas” zaczęliśmy od wizyty w nowo otwartym salonie kosmetycznym u stóp „Veny”. (Przyszło nas sześcioro, zabrakło silnej grupy mistrzowskiej w osobach: Donaty, Łucji, Krzysztofa, Tomka i Kamila z Paulą i Jarka więc pojawiły się jak zwykle szanse na miejsca na podium). Po nabyciu przez niektórych kolegów stosownych utensyliów, Darek z Waldemarem udali się po kolejne zakupy do spożywczaka – zlecenie opiewało m.in. na piwo tiramisu (?) i kefir. Piwo tym razem było dla Bernadety, ponieważ Waldemar chudnie na potęgę i wystrzega się wszystkich fajnych przekąsek i popitek. Andrzej wyraził swoje ubolewanie i użyczył otwieracza do piwa Bernadecie, gdyż Andrzej zawsze jest na wszystko przygotowany. Po tych osobliwych grach wstępnych ruszyliśmy w belgijkowy bój, gdyż na grę w parach zostało mało czasu. Litery były niełaskawe i nie bardzo było się czym popisać, ale dzięki temu spotkanie nabrało charakteru klubu dyskusyjnego na różne tematy. Począwszy od kwestii historycznych (zestaw LENNYM, MIEJ, DE), poprzez przygodowo-żeglarskie (FAŁU), oraz rozmaite anegdoty o wyrazach, poparte frywolnymi powiedzonkami (np. „tylko pała puszcza fała”). Andrzej zatroskał się chorowitym kurem w boleściach a Małgorzata zacytowała patetyczny czwór-wiersz nie do powtórzenia. Na stojaku przez jakiś czas wiły się potrójne „z” i podwójne „w” i w tle przewrotna propozycja „zezuj się”. Raz zdecydowaliśmy się na wymianę, nawet Bernadeta nie oponowała. W końcu Andrzej zaskoczył wszystkich genialnym WGAPIENI, nadrabiając tym samym ubytki punktowe. Kolejne literki pozornie łączyły się w sensownie brzmiące kombinacje, jednak żadnego scrabbla z nich nie postawiliśmy. Za to Waldemar z Asią zapunktowali wysoko stawiając ZNIŻEŃ. Końcówka przed szczytowaniem była szybka i konkretna, za co Prezes Darek wyraził nam uznanie, po czym okazało się, że kim jest? Jest zwycięzcą! Druga była zasłużenie Asia a na trzecim miejscu rozpychali się Andrzej z Małgorzatą „zusammen”. Za nimi Waldemar i Bernadeta, którzy mają w perspektywie wczasy scrabblowe, więc muszą przed nimi solidnie wypocząć. .. {M}
20.08.2014 Spotkaliśmy się w skromnym pięcioosobowym gronie, w rozbrzmiewającej odgłosami tłuczonych kotletów „Venie”. Szykowała się kolejna impreza, więc przycupnęliśmy skromnie i grzecznie w miejscach dozwolonych. Po uprzejmej wymianie wrażeń z ostatnich dni rozpoczęliśmy Belgijkę, bo przy tej ilości uczestników to była optymalna opcja. Od początku na prowadzenie wysunął się Andrzej, który już w drugim ruchu postawił zdecydowanie OKIEŁZAŃ, podczas gdy pozostali ubolewali nad brakiem dodatkowego „N” ( do „okiełznań”). Obie formy są poprawne i dopuszczalne, więc Andrzej miał powody, aby zanucić pełnym basem „Kto tak pięknie gra? To ja! To ja!” Jednakże z pięknego losowania Darka nasz mały peleton(ik) nieco nadgonił stawiając OCIOSASZ i odrabiając stratę. Andrzej nie dał za wygraną (co drugi ruch scrabbel!) i ułożył DRWALNI, co ponownie dało mu znaczną przewagę. Tymczasem zdążyliśmy zaliczyć trzy wymiany – pomimo sprzeciwu (naprzemiennie) Małgorzaty i Asi, które w tej kwestii zastępowały nieobecną Bernadetę. Donata i Darek jak zwykle punktowali wysoko intrygującymi zestawami (HASA, PA, LA). Zapadał zmrok i nastrojowe ciemności nie sprzyjały zmaganiom intelektualnym, a w Venie albo nie było prądu, albo nie odważyliśmy się załączyć oświetlenia. Tak więc ZWIDŹ Donaty było najlepszym ruchem, którego nie zauważył m.in. Darek ( - Ja nie postawiłem, co za cielę! - ) i stwierdził, że „aura światłowa” odpowiada za jasność jego umysłu. Pod koniec Andrzej przypomniał nam co to jest RAJER, a sama końcówka była pod znakiem spółgłosek, które intuicyjnie i raczej już w całkowite ciemno staraliśmy się inteligentnie podostawiać. Andrzej zasłużenie wygrał, druga była zdumiona tym faktem Małgorzata, kolejno Asia, Donata i Darek. Same punktowane miejsca. Chyba pora na powrót naszych kolegów klubowych z wakacji! {M}
06.08.2014 Początek spotkania w „Venie” - tym razem wyjątkowo przy „gołych” stołach – był formalno-finansowy. Stan klubowej kasy to nasza permanentna troska, tym bardziej, że w perspektywie mamy kolejny – jubileuszowy turniej. Temat drążyliśmy dobre pół godziny, a po lakonicznych ustaleniach podjęliśmy decyzję o głosowaniu w co gramy: pary czy Belgijka. Ostatecznie zadecydowała moneta i została Belgijka. Już po pierwszym losowaniu nastąpiła wymiana i nawet Bernadeta nie protestowała (same spółgłoski!). Za to już w trzecim ruchu za sprawą blanka padło wiele propozycji scrabblowych, ostatecznie wygrało US(T)RONIA, położone przez Andrzeja, który zadowolony stwierdził, że teraz „możemy się rozejść”. W kolejnym losowaniu znów trafił się blank, którego prowokacyjnie najlepiej wykorzystał Darek stawiając OŚWIŃ. Lekkie wątpliwości wywołało proponowane KURW - nieeleganckie namawianie do nieetycznych czynności czy może gwarowa liczba mnoga? - wygrało jednak grzeczniejsze WKURZ Waldemara. Piękne słowo GMINNY na potrójnej, postawione przez Donatę, prawie zwaliło wspomnianego Waldka z krzesła. Po kilku rewelacyjnych ruchach z dostawkami (LITEJ, TOK, EMU, JAR oraz COD, OTOK, DEMU) na planszy stanęło optymistyczne WITALNIE (znów Donata!), a po chwili ponownie wysoko punktowany zestaw ELEWA,ŻE, ZBIŁA (Donata, Andrzej). Krótkie rozważania na temat konsekwencji punktowej w przypadku pomylenia litery - co może być wypadkową niedosłuchu klubowiczów i seplenienia workowego - Prezes Darek spuentował (zwracając się, nie wiedzieć czemu, głównie do Waldka): - Jak pomylisz literę to i tak dostaniesz więcej punktów niż kiedy sam postawisz słowo! Na koniec trafiło nam się piękne ŹGAJĄ – na potrójnej - i pomysłowe DUP w zestawie. Wyjątkowo podekscytowany Darek, przewidując widocznie swoje wysokie miejsce w grze, wykrzyknął z entuzjazmem: - Szczytujemy punkty!! Po szczytowaniu okazało się, że wygrała wybitnie Donata – 743 pkt, druga była samotna Łucja (Krzysztof niestety się przeziębił – życzymy zdrowia!), trzeci radosny Darek, czwarty Andrzej, piąta Asia. Wszyscy byli zadowoleni, bo było miło i przyjaźnie, mimo że Waldemar chciał na koniec ustrzelić Małgorzatę kefirem. Ale się nie udało. Za tydzień pewnie zagramy w parach. {M}
23.07.2014 Po wakacyjnym antrakcie klub wznowił działalność i na spotkanie do „Veny” przybyło nas dziewięcioro, w tym – dawno nie widziani - Kamil z Paulą. Zabrakło Donaty, Tomka, Jarka i Waldemara, urlopujących lub zapracowanych. Wbrew obawom niektórych rowerowa wyprawa Asi i Darka na Ukrainę okazała się wspaniałą przygodą - wrócili pełni wrażeń i opowieści, których moglibyśmy długo słuchać. Zbiorowo zachęceni do pilnego wyjazdu do Lwowa przystąpiliśmy jednak – jako zdyscyplinowana grupa - do rozgrywek w Belgijkę, za czym chwilowo głosowała większość. Gra przebiegała w atmosferze podniosłego spokoju i skupienia, z elementami patosu. Nasze przegrzane głowy zmuszone do myślenia konstruktywnego wyłączyły kontrolki poczucia humoru, więc było grzecznie i kulturalnie. Tak bardzo, że Krzysztof – nie obyty widać z dicopolowo-przyziemnymi określeniami – nie załapał tej oczywistej oczywistości, że „facet to świnia” i pomylił Ś z F, (wszystko przez Darka oczywiście!). „Woniacze” okazało się niewypałem, ale dumne WODZĄC – na potrójnej - było jednym z najlepszych ruchów tej partii. Benia zdradzała wyraźne objawy pogodnego przymulenia, myliła literki i chciała się utopić w butelce wody „Żywiec”. Na hasło A jak „anioł” Andrzej się wyraźnie ożywił, a następnie – niezadowolony z faktu, że spadło słowo, co do którego miał absolutne przekonanie – wygłosił krótką prelekcję na temat słów trudno-wymawialnych. Ponoć są uznawane i stosowane w ogólnopolskim dyktandzie, a w scrabblach nie. Nieprzekonany Andrzej szybko się jednak zmobilizował i postawił (razem z Krzysztofem) pięknego scrabbla TARCICY. Potem było niescrabblowe, ale piękne skądinąd F[A]TALNE i ulubiony ZLEW Darka. Bardzo grzecznie i bez wzlotów zakończyliśmy grę i okazało się, że u nas jest tak jak w piłce nożnej: na końcu zawsze wygrywa Kamil. Drugi był Krzysztof, trzecia Łucja, kolejni Andrzej i Asia. Pożegnaliśmy się rozpatrując szanse i możliwości ewentualnych wyjazdów (oprócz Lwowa oczywiście) na przyszłe turnieje w rozmaite fajne miejsca. {M}
25.06.2014 Odpowiedzialnie przejęci zbliżającym się Turniejem, odbyliśmy w „Venie” zaplanowaną odprawę. Stawiło się ośmioro klubowiczów, jako dziewiąty przyjechał Tomek, ale przymuszony obowiązkami rodzinnymi po zapoznaniu się z najważniejszymi tematami (w tym płatności klubowe), oddalił się odpowiedzialnie z prędkością rozpędzonego roweru. Prezes Darek podsumował bilans przygotowań i w zasadzie jesteśmy do przodu, choć zawsze jakiś malkontent może się do czegoś przyczepić. Rozdzieliliśmy zadania końcowe skupiając się głównie na strzałkach w prawo i lewo, numerkach (na stoły!) i aprowizacji. Na prosiaka nas nie stać, ale ciasta upieczone przez wolontariat w postaci Asi, Bernadety i Donaty z pewnością zaspokoją najwybredniejsze gusta. Waldemar aktywizował się uwodzicielsko wokół p. Oli i w efekcie dostaliśmy na turniej spory gar na wrzątek oraz w perspektywie obiecaną ewentualną turniejową zupę. W kwestii wrzątku do rzeczonego gara też liczymy na Waldemara Casanowę - na pewno załatwi. Donata przydźwigała piękny i ciężki pucharo-postument dla najlepszego debiutanta, więc wyraziliśmy optymistyczną nadzieję, że może właśnie jej się dostanie. Małgorzata miała nietęgą minę, za to tęgiego cykora na granicy z dezercją, ale chyba ciekawość i lojalność klubowa przeważy. Andrzej z dużą kulturą wspomniał tylko o dwóch golach Messiego i dzielnie wytrwał do końca spotkania. Bernadeta pochwaliła się sukcesami w zakładach bukmacherskich i obiecała kupić cukier biały. Brązowy – a co tam! - przyniesie Darek. Ekipa ustawiaczy stołów i aranżerów sali ma się stawić w piątek wieczorem (godzina 19). Po ustaleniu wszystkich radosnych i ponurych szczegółów zdążyliśmy jeszcze rozegrać jedną rundę w parach. Wygrała ogólnie Donata przed Bernadetą i Krzysztofem. Jak powiedział Seneka Młodszy - Vivere militare est - więc będziemy się starać... {M}
18.06.2014 Mimo mundialowej atmosfery spotkaliśmy się ochoczo - w przerwie pomiędzy mieczami - w „Venie”. Członkowie PSF imprezowali postronnie na uroczystości rodzinnej, więc zabrakło wsparcia Bernadety dla Asi i Donaty, które lekko kontrowały decyzję Prezesa o graniu tym razem w Belgijkę. Porozmieszczaliśmy się w wolnych kątach przy wolnych stołach, ponieważ klub był fantazyjnie udrapowany na wesołe okoliczności weselne i chrzciny (wyjaśniliśmy okoliczności: mimo uzasadnionych czasami podejrzeń, będą to dwie odrębne imprezy). Prezes przypomniał, że w następną środę będzie odprawa przedturniejowa (czy w ogóle pogramy??), a w piątek zaprasza do przygotowania sali w „Łuczniczce”. Spokojnie modulowany, łagodny ton Darka uśpił naszą ogólną czujność – dziewczyny prowadziły ożywioną rozmowę na bardzo ważne tematy, a Andrzej zastanawiał się gdzie jest w ogóle Kamil, jak wygląda i czy ma nowy tatuaż, a Jarek też nie dzwoni, nie pisze... - DYKTUJĘ LITERKI !!!! - usłyszeliśmy wreszcie programowo poirytowanego Darka, po czym nastąpił spokój i skupienie. Scrabble sypały się jak z rękawa – już w drugim ruchu świsnęło ZWIANIEM, tuż po chwili SPASANY (w opcji z „SYNAPSA”), a następnie wysmakowane Krzysztofa PEŁNIJŻE (z blankiem) w kontrze z „PŁOWIEJE” Donaty. Słowne mistrzostwo! Tomek mimochodem zwrócił uwagę Darkowi na fakt, że „FIZDRYGAŁ” słyszy się jak „PIZDRYGAŁ” i o co w ogóle chodzi „nie rób tak!”. Romantyczny Andrzej z Czajkowskim w sercu został mistrzem subtelnego słowa na potrójnej, stawiając ŁABĘDŹ tam, gdzie prostacka większość widziała tylko „odrę” lub „ordę”. Łucja z Krzysztofem uświadomili nam, że nie powtarzamy zadanego materiału, po czym postawili WIHARAMI. (Przecież to już kiedyś było! Wykute w skale!). - Po co ja tu przyszedłem! - zadumał się mistrz słowa subtelnego - Andrzej: – Wracam na mecz i piwo! Tomek zaintrygował piękną propozycją „UNIŚCI”, aczkolwiek mniej punktowaną niż „ŻALE” pod „WIHARAMI”, ale stwierdził, że jednak warto było przyjechać – szpan jest! Najlepszą końcówką było przyzwoite ALB, chociaż znów większość wybrała „BAL”. Czyżby podświadome tęsknoty rozrywkowe? Wygrała wdzięcznie Donata – 762 pkt, kolejni byli: Łucja, Krzysztof, Tomek i Łabędź. Zdążyliśmy na kolejny mecz, Hiszpania znów dostała łupnia. {M}
11.06.2014 Na gorący apel Prezesa odpowiedziało przybyciem do kina „Orzeł” pięcioro klubowiczów – w równie gorący dzień i z płomiennym zapałem do gry. W „Orle” atmosfera była zagęszczona z powodu nieotwieralności okien i ubogiego budżetu na klimę, ale – jak już wcześniej zaznaczył Prezes – survival jest ważny i ćwiczymy w każdych warunkach. O wyborze rodzaju gry zadecydowało tym razem wysoce podejrzane losowanie, bo wygrała reszka, oznaczająca grę w parach, ku radości Berandety. Belgijka poszła w odstawkę, komputer nas poszeregował („poparzył?”) i podjęliśmy życzliwe zmagania, co oczywiście utrudniało szeroko pojętą obserwację uczestniczącą. Widać jednak było, że złośliwy duch Zielonego Worka rozdaje szczęśliwe literki trochę według filozofii dwóch braci A. Mleczki. Trasa od stołu do komputerowego arbitra była przemierzana wielokrotnie, gdyż prześcigaliśmy się w układaniu słów mało znanych i dziwacznych. Scrabble trafiły się wszystkim oprócz Małgorzaty, która (jak ten brat głupi i brzydki, a do tego jeszcze wredny) zmagała się z wielokrotnymi H, F i Ź. Ustalono więc wielkodusznie, że wynik poniżej pohańbienia to mniej niż 200 pkt, więc jakoś się udało. Trzy rundy przeleciały jak perszingi i podsumowaliśmy wyniki. Wygrał Krzysztof! Chwilkę za nim wbiegł z Darkiem na karku Waldemar (2 i 3 miejsce). Jeszcze dwa spotkania i turniej. Damy radę? Niektórzy na pewno! {M}
04.06.2014 Z powodu chwilowej utrudnionej dostępności „Veny” Prezes Darek zaprosił nas do „Orła”, gdzie dotarło nas siedmioro – w bojowych nastrojach. Pozostali klubowicze oddawali się rozmaitym innym ważnym czynnościom, w zależności od okoliczności. Mimo nieparzystej liczby uczestników przybyła większość głosowała za grą w parach. W tej sytuacji Darek dzielnie postanowił walczyć z dwoma przeciwnikami i podkręcił zwoje mózgowe. Rozegraliśmy trzy rundy w zmiennych układach i – jak zwykle – ze zmiennym szczęściem. Na planszach pojawiały się przedziwne słowa, głównie z udziałem litery H („KHAT”, „SPAH”, „RHO”, itp.). Najbardziej rozHulał się Darek, który zaczął od HULANIE, a następnie się rozwijał przez ZHULANIE, NIEZHULANIE i zakończył NIEZHULANIEM.. Niby proste a niezwykłe, prawie jak działanie bez działania – zgodnie z duchem „wu-wei”. Udało nam się zakończyć rozgrywki przed całkowitym zmrokiem i dobrze, bo pan z ochrony już niecierpliwie stąpał z nogi na nogę. W ogólnym rozliczeniu zwyciężył Krzysztof przed Donatą i Asią. Podwójny bojownik Darek był czwarty (chociaż biorąc pod uwagę podwójne zaangażowanie przysługiwałaby mu podwójna premia!), piąte miejsce przypadło Łucji. Pożegnawszy się wdzięcznym „dobranoc”, zluzowaliśmy nerwowego pana od drzwi. {M}
28.05.2014 Nieco chłodniejsze powietrze sprzyjało gimnastyce umysłowej, więc na spotkaniu w „Venie” pojawiła się scrabblowa jedenastka (w tym gościnnie Beata i już po raz kolejny - mocni w słowach - Łucja i Krzysztof). W powyborczym demokratycznym rozpędzie zagłosowaliśmy, że tym razem gramy w Belgijkę – ku wyraźnemu rozczarowaniu Donaty i Bernadety. Prezes Darek podsumował kolejne etapy przygotowań turniejowych, pouczył jak należy się zarejestrować i przypomniał, że grając w Belgijkę (dawno nie było!) nie dopisujemy sobie wymyślonych punktów, myślimy na „trzy-cztery” i stawiamy po brzęczku. Już w drugim ruchu większość postawiła płynnie GONDOLO, w opcji było DOGOLONE, mniej wszakże romantyczne. Niebawem część graczy przechytrzyła się układając „kupczone” lub „kupczeni”, co okazało się ewidentną stratą, planszę zdobyło PĘCZKU. Tajemnicze słowo Tomka - ASTENII (od „astenia”) - wzbogaciło naszą wiedzę medyczną (mimo skojarzeń z alergią na Stenię), a kolejne, położone przez Krzysztofa, tajemnicze MŁAKA (na potrójnej) – wiedzę paludologiczną (!). Po chwili okazało się, że nie ma przedłużki PĘCZKU[J], co kilkoro z nas przyjęło z oczywistym głośnym westchnieniem przepełnionym goryczą rozczarowania z domieszką zadziwienia i rozżalenia. Bernadeta protestowała przeciw wymianom i skrupulatnie liczyła, aby nie uzbierało się ich więcej niż ustawowe trzy. Kolejne najwyżej punktowane ŚRYZOWI uświadomiło Małgorzacie jak mało wie o kryształkach lodu, więc zwykłe, acz chytrze ustawione przez Tomka, PUCHA, brzmiało aż za swojsko. - Cóż, puszki to moje życie! - filozoficznie podsumował Tomek, co skwitowała Bernadeta uwagą o dobrym zakonserwowaniu. Brzydkie słowo na potrójnej pionowo postawili wszyscy oprócz kulturalnego Prezesa. Dyskusja nad GZOWEJ (Łucja) doprowadziła do kulinarnych wniosków (zupa dla biednych ludzi), a MSZAK okazał się jednak rośliną, a nie puchatą mszycą czy uczestnikiem mszy. W bardzo bogatych językoznawczo rozgrywkach zwyciężyła Łucja – 813 pkt – przed Krzysztofem i Tomkiem. Bernadeta była czwarta, co przyjęła z promiennym uśmiechem, Andrzej również nie krył satysfakcji z miejsca w pierwszej piątce. Ciesząc się ze szczęścia wygranych kolegów pożegnaliśmy się rytualnie i optymistycznie. {M}
Specjalne podziękowania dla Donaty, Jarka i Tomka za odtworzenie planszy, którą zaponiałem sfotografować. Okazuje się, że niektórzy z nas maja świetną pamięć! {D}
14.05.2014 Świeżo po zmaganiach turniejowych w Inowrocławiu, na których to Bydgoszcz zajęła 4 miejsce w osobie Jędrzeja Florka i 17 Asi, postanowiliśmy rozegrać sprawę w parach. Według Bernadety zamysłu, działania takie w zasadniczy sposób wpłyną na nasze miejsca na turnieju rumskim jak i posłużą ogólnemu rozwojowi w pokonywaniu innych i siebie. Ku naszemu zaskoczeniu i uciesze pojawiło się scrabblowe małżeństwo zachęcane przez liczną rzeszę naszych klubowiczów w Inie, a mianowicie Łucja i Krzysztof Kodzisowie. Po omówieniu wewnątrzklubowych tematów różnych rozsiedliśmy się zgodnie z rozstawieniem programu komputerowego i przystąpiliśmy do ciężkiej, co tygodniowej pracy doskonalącej nasze umiejętności. W tym właśnie momencie (a może jeszcze za kolejny moment) wpadł spóźniony Kamil z bólem głowy, wzbogacając tym samym grono postękujących przez tę dolegliwość (Paulina i Darek). Bardzo brakowało nam do kompletu (i ogrywania) reszty zespołu, który to albo malował, albo wysiadywał na krecie, albo pracowal (sic!), albo pakował…się, albo… Rozgrywki były pasjonujące i pełne korumpujących propozycji, ale nie brakowało też miłych gestów przyjaźni, zrozumienia i uczynności. Zwieńczenie całości stanowiło kwieciste przemówienie kończące mini-turniej i gromkie brawa dla zwycięskiej Pauliny. Na drugim miejscu sklasyfikowany został Kamil, a na trzecim Darek. Rozstaliśmy się pełni nadziei na dobre miejsca w nadchodzącym turnieju (mniejsze prawdopodobieństwo) i na obecność Małgorzaty, Waldemara, Tomka, Jarka i Andrzeja (większe prawdopodobieństwo) na najbliższym spotkaniu. {D}
07.05.2014 Nasze kolejne spotkanie – tym razem tuż przed bojami o Kryształowe Jajo w Inowrocławiu – rozpoczęło się od poszukiwania żarówek, ponieważ oświetlenie w klubie „Vena” było nieco skąpe. Prezes osobiście zaangażował się we wszystkie czynności i podziwialiśmy jego umiejętności – nie tylko techniczno-elektryczne, ale także zręcznościowo-gimnastyczne. Podsumowaliśmy szybko kolejne zaliczone etapy przygotowań do turnieju i kiedy mieliśmy już jasność nad głowami policzyliśmy, że jest nas ośmioro (z Asią). Nie przybył zapracowany Waldemar i młodzież klubowa. Zajęliśmy więc wszystkie cztery narożniki stołowe i zaczęliśmy boje w parach. Rozegraliśmy trzy rundy spokojnie, dopieszczając się wzajemnie – jak nie eleganckimi ustawieniami, to przynajmniej zacnymi słowami otuchy lub podziwu (w zależności od okoliczności). Tomek próbował – jak zwykle – słowotwórstwa, przy czym najbardziej intrygujące było KACEŃ – i tu zagadka: co Tomek miał na myśli? Słowo spadło, ale w ogólnym podsumowaniu Tomek i tak wygrał, zdobywając 1228 pkt. Drugi był Jarek, a trzecia Donata. Bernadeta martwiła się nieco spadkiem formy przed turniejem, ale Prezes Darek dzielnie prowadził agitację, bo wszak na zawody trzeba jechać i nie można stchórzyć. Honor klubu nade wszystko. Powodzenia w Inowrocławiu! {M}
30.04.2014 Najwyraźniej wiosna lub też perspektywa stresów turniejowych wpłynęły na znaczną redukcję uczestników desperackich zmagań w „Venie”. Nawet nasi członkowie PFS trenowali gdzieś na bokach. Przyszło więc nas pięcioro (gościnnie Asia!) i okazało się, że w związku z bojowym nastawieniem Prezesa jego wcześniejsza dyrektywa uległa modyfikacji – Belgijka poszła w odstawkę, gramy w parach bez względu na liczbę graczy. W tej sytuacji Prezes Darek postanowił przypuścić szturm na dwie plansze i przestawił mózg na turbodoładowanie. Jeszcze przed przystąpieniem do gry podziwialiśmy przyniesione przez Donatę nagrody turniejowe i rozliczyliśmy wstępną realizację przydzielonych zadań. Rozegraliśmy dwie rundy, które doprowadziły znów na podium Donatę, Darka i Asię, a Małgorzata przyjmowała dzielnie na klatę bęcki od mistrzów. Donata znalazła - zawieruszone najpewniej w poprzednim tygodniu - „W” jak Waldemar, ale na szczęście w trakcie gry udało się zidentyfikować woreczek z brakiem. W przyszłym tygodniu będzie turniej w Inowrocławiu, ciekawe kto przybędzie na sparring... {M}
23.04.2014 Pierwsze pół godziny naszego kolejnego sparringowego sześcioosobowego spotkania w „Venie” zajęło nam omawianie spraw związanych z przygotowaniem Turnieju w Bydgoszczy. Wszak to już lada moment, czyli pod koniec czerwca, a czas leci jak doniczka z dachu. Prezes Darek przedstawił swoje oczekiwania i propozycje zadań. Mamy tydzień na przemyślenie i zobowiązanie się do tego, czego możemy się ewentualnie – każde z osobna lub wespół w zespół – podjąć. Wyraziliśmy zbiorową nadzieję, że wszystko jakoś się uda i ułoży, po czym przystąpiliśmy do rozgrywek. Ponownie zajęliśmy trzy narożniki stołu i zmagaliśmy się w parach mieszanych. Dobrą passę mieli Donata, Andrzej i Darek i taka tez była kolejność na podium. Waldemar w drugiej rundzie doskonale wcielił się w rolę guru i mistrza, a Małgorzata jako ćele (hm...) pobierała naukę strategii i „chitrośći” względem przeciwnika. Ostatnią ósemkę z dwoma blankami układaliśmy na planszy zespołowo. Najmocniejszą propozycją było – niestety – WPI[E][R]DO..(piiiiiip), ale postawiliśmy na kulturę i zostało PODW[A]LI[N]...{M}
16.04.2014 Intensywne rozgrywki sparringowe w czterech parach (zgodnie z ostatnią dyrektywą Prezesa) nie ułatwiały tzw. obserwacji uczestniczącej, więc kronikarskie obowiązki były utrudnione. Na osłodę dla przegranych mieliśmy czekoladowe jeżyki, a dla zwycięzców kulki rafaello – wszystko dostarczone przez świętującą swoje imieniny Bernadetę. Rozegraliśmy trzy rundy w narożnikach stołów, w zmiennych konfiguracjach i ze zmiennym szczęściem. Zegary pracowały, jeden zestaw literek był osobliwie trudno odczytywalny, a jeden z woreczków naderwany. Pora na renowację. Czas biegł szybko i zakończyliśmy spotkanie już w towarzystwie księżycowej pełni, więc Prezes nie zdążył przydzielić obiecywanych turniejowych zadań do realizacji. Cóż - „co się odwlecze to nie uciecze”. Spotkanie zakończyło się ogólnym zwycięstwem Jarka, serdeczne gratulacje! Małgorzata cieszyła się z jeżyków, których – zgodnie z ustalonym kluczem – zgarnęła najwięcej.{M}
09.04.2014 Spotkanie w „Venie” - w nieco okrojonym składzie (nie przyszedł m.in. zapracowany Lider) - zaczęło się od mikroturnieju na trzy pary mieszane, który zakończył się ogólnym zwycięstwem panów. Oczywiście z zachowaniem dżentelmeńskiej bezwzględnej elegancji. W trakcie owych rozgrywek przybył spóźniony Tomek i w spontanicznym akcie nagłej desperacji i w poczuciu odtrącenia chciał wracać do domu – ostatecznie jednak został i po chwili dołączył do gry – już w Belgijkę. Prezes wyjaśnił, że do Wielkiego Dnia Turniejowego będziemy toczyć boje w parach – jeśli będzie parzysta liczba uczestników, a jeśli nie – to zobaczymy, amen. Zaczęliśmy Belgijkę od BARDA, postawionego przez romantyczną większość (tylko Bernadeta i Małgorzata wybrały prostackiego DRABA), powiało wspomnieniem o „młodych wilkach” i „murach”. Po chwili Donata dołożyła nam intrygującym GIKOM, (niezawodny Andrzej wyszperał, że „gik” to bom na małych jachtach), a po kolejnej chwili na planszy stanęło piękne ZEBRAŁEM. Bernadeta jak zwykle była przeciwna wymianie, która jak zwykle i tak nastąpiła, bo na stojaku były same spółgłoski. Graliśmy spokojnie ze zmiennym szczęściem. Waldemar zdradzał objawy osłabienia wywołanego ssaniem w żołądku, na szczęście Donata podzieliła się z nim posiłkiem, co poskutkowało najlepszym zestawem (razem z Darkiem) OBA, OWE, BOM. Pojawiły się również poznane wcześniej ŚNICE, a z wylosowanych jednocześnie dwóch blanków najlepszy układ postawił Andrzej, na potrójnej – K[L][E]Ń. W końcówce był mały ZGRYZ[Ę] ze sporym ZYSKIEM i tak dobrnęliśmy do belgijkowej mety. Zwyciężyła pucharowo Donata uzyskując 696 pkt. Drugi był Tomek, czyli w ogólnym bilansie opłaciło mu się zostać, trzeci Andrzej – wyraźnie zadowolony, czwarta zdumiona Małgorzata, a piąty Darek. Na zakończenie Prezes podkreślił, że na następnym spotkaniu będzie rozdzielał rozmaite zadania turniejowe, więc może warto nie przyjść. Podejrzewając jakiś podstęp rozstaliśmy się – mimo wszystko – pogodnie.{M}
02.04.2014 Poturniejowe spotkanie odbyliśmy w „Venie” w gronie 10-osobowym. Turniej – co zgodnie potwierdziliśmy – był udany, a co najważniejsze – Donata zdobyła postument dla najlepszego debiutanta. Zdarzające się przegrane rundy świadczyły tylko o naszej wyjątkowej gościnności, gdyż organizator powinien wygrywać z umiarem (teza wymyślona przez Małgorzatę na użytek własny). Uczestnicy wyjechali zadowoleni, więc już teraz będziemy planować jak za rok wypaść jeszcze lepiej. Mamy dwa tygodnie na domowe przemyślenia w jakim kierunku skierować działania. W tym czasie Asia z Prezesem Darkiem będzie przemierzać Ukrainę na rowerach. Obiecali, że wezmą kamizelki kulo- i ognioodporne, jest nadzieja więc, że wrócą. Jeszcze przed podjęciem rozgrywki – tym razem w Belgijkę – dziewczyny zatraciły się w debacie kulinarno-deserowej, czemu z umiarkowanie cierpliwym sceptycyzmem przysłuchiwali się Andrzej z Tomkiem. W momencie gdy Andrzej stracił już nadzieję na grę i postanowił zapisać przepis oraz upiec ciasto Darek wylosował pierwsze literki. Postawiliśmy w większości RYCZ[Ą]C na dobry początek. W wyniku dwóch następnych ruchów na planszy pojawił się intrygujący układ wyrazów, przywodzący na myśl tytuł modernistycznego wiersza: RYCZĄCY WSTYD CIULÓW. Wiersz obiecał napisać artystycznie zainspirowany Tomek. Krzysztof szybko postawił ósemkę ROZTRZEP w opcji z PRZEROST Tomka. Czy możliwe jest WEGNIJ? Okazało się, że tak, podobnie jak CHONIE (dla nieznających tego oczywistego słowa warto nadmienić, że „chon” to to samo co „JEON” jak tajemniczo objaśnił Tomek), zostało jednak – jak to zwykle bywa – ECHO, w dobrze punktowanym zestawie. Pojawiły się propozycje techniczne: NASADKO Jarka i BLACHĘ (m.i. Benia i Andrzej). Jako kolejną ósemkę większość zaproponowała PIONKOWI, ale w zachwycie postawiliśmy PIWNOOKI, bardziej romantyczną wersję Tomka z możliwością przedłużki. W kuluarowych pogwarkach o zacnym zachowaniu nie tylko przy stole, padały uwagi dotyczące zwrotów grzecznościowych, kiedy mówmy „na zdrowie” i co to jest „indykacja” (na pewno nie upodabnianie kury do indyka jak sugerował Darek). Przegryzając ptasie mleczko i serową tartę z poszatkowanymi w paski migdałami dobrnęliśmy do końca gry z kłopotliwym „Ć” na końcu. Z powodu niemożliwości dostawienia gdziekolwiek, z bólem każdy odpisał sobie 6 punktów. I tak wygrał Krzysztof – 738 pkt, przed Łucją i Asią. Tomek był czwarty, a Donata piąta. Życząc Darkowi i Asi udanej eksploracji Ukrainy pożegnaliśmy się wylewnie. Następne spotkanie już po mundialu. {M}
26.03.2014 Na spotkanie w Venie przyszła scrabbliczna siódemka z kompletu klubowego. Po dwóch nieobecnościach pojawił się Waldemar, który na powitanie dostał zaległe zaproszenie na zabieg kosmetyczny, a Donata mimochodem zarekomendowała nam do obejrzenia film „Irina Palm”. Tyle w kwestii satynowych dłoni. Prezes powitał nas informacją o uzyskanym pełnomocnictwie PFS i zapowiedział, że za tydzień będziemy grać w parach. To w ramach zgrupowania treningowego przed turniejem. Nie tracąc więc czasu rozpoczęliśmy grę. Jako pierwsze na planszy pojawiło się – już po raz nie wiadomo który – znane i lubiane (??) słowo DYNKS, stanowiąc niezbity dowód na naszą koncentrację i pamięć zbiorową. Złowrogi scrabbel SZPITAL znaleźli prawie wszyscy, chociaż w rozmaitych miejscach, więc punktów przybywało. Po każdym ruchu słychać było waleczne pomruki rywalizacji Prezesa z Waldemarem. Z kolejnego losowania udało się niektórym postawić RAPIERA; zdecydowanie lepsze DRAPERIA położyli głównie panowie. Cóż, widocznie częściej upinają wysoko zasłony. Kamil zdumiał wszystkich osobliwą ósemką CIEKAWIĘ, całkiem – jak się okazało – poprawną. To poirytowało Andrzeja, który też wypatrzył te słowo, ale podejrzewał ewentualną stratę, więc nie podjął ryzyka. Z wylosowanym blankiem stanęło na planszy cudowne [C]HRZANEM, a po chwili bardzo dziwaczne, ale jak najbardziej dopuszczalne, PÓŹŃ. Darek, Kamil i Donata (Liga Mistrzów!) popisali się tajemniczym ŚNICE. Mimo swojskiego brzmienia i rozmaitych domysłów „śnica” nie okazała się robalem, chorobą weneryczną czy koszmarem sennym, ale częścią osady historycznego dyszla, co oczywiście sprawdził i zapamiętał Andrzej. Bernadeta nie miała dobrego dnia, ale Darek – jak trener pozytywnego myślenia – spokojnie stwierdził: „Zauważ, że Twoja przegrana daje komuś szczęście...”. Pomimo zdecydowanej - jak zwykle – przewagi, Lider Kamil był bardzo zły, bo w końcówce gry Prezes pomieszał mu szyki i strategię zużywając trzy przydatne literki do ruchu. Przez to Kamil nie uzyskał 900 punktów, a „zaledwie” 892. Bolesna wygrana. Druga była Donata, trzeci Waldek, głośno domagający się brązowego medalu, a czwarty Andrzej, który dwoma punktami wygrał z Darkiem. Bernadecie i Małgorzacie pozostała upojna radość ze szczęścia innych. {M}
19.03.2014 W naszym klubie ponownie się ożywiło. Wraz ze wzrostem temperatury wzrosła też frekwencja i do „Veny” przyszło nas jedenaścioro, w tym dwoje nowych graczy zwerbowanych przez Darka – Joanna i Dawid. Bernadeta przybyła solo ponieważ Waldemar błąkał się w okolicach terenów południowo-wschodnich w poszukiwaniu wiedzy (wersja formalna) a kto wie, może militarnych przygód na pograniczu (wersja Rambo). Na wstępie Prezes z satysfakcją poinformował, że dostaniemy oficjalne pełnomocnictwo PFS, co umożliwi nam – jako „ciału kulturalnemu” - rozmaite i wdzięczne negocjacje, chociażby w związku z turniejem. W oczekiwaniu na naszych liderów Darek tłumaczył nowym graczom zawiłości Belgijki, a Andrzej przepytywał Małgorzatę ze znajomości słów dziwnych (np. co to jest „mufla”? - komora pieca hutniczego). W końcu dotarł Kamil z Paulą oraz płaską pizzą i rowerzysta Tomek z fryzurą jak seeker z drużyny Gryfonów po złapaniu złotego znicza. Początek gry był umiarkowanie spokojny, w drugim ruchu Kamil, zainspirowany swoją płaską przekąską, radośnie położył konkretne NAPLUĆ i jak zwykle wysunął się na prowadzenie. Przewietrzony Tomek dołożył nam GWINTEM – przez dwie podwójne premie. Piękni młodzieńcy – Andrzej i Kamil – popisali się położeniem EFEBY, po czym nastąpiła wymiana 7 spółgłosek na inne 7 spółgłosek. Z kuchni dolatywały zapachy przypalonych pyrów – jak stwierdziła Bernadeta,, więc atmosfera się zagęściła. Otwarcie okna nie pomogło, Benia nadal była lekko zamotana. (Waldku wracaj!) więc nie ogarniała już górnej połowy planszy, gdzie bardziej odporni na zapachy położyli PRYSŁ. Joanna z Dawidem grali wspólnie, zgodnie z zasadą „co dwie głowy to nie jedna, a co cztery dłonie to nie dwie”. Prowadzący Kamil charyzmatycznie marudził, kilka razy deklarując, że dalej nie gra (raz teatralnym gestem ciskając płytkami). Andrzej nerwowo poszukiwał C, które zaplątało się w fałdach misternie ułożonego obrusu. Na szczęście sokoli wzrok Prezesa zlokalizował zgubę i Andrzej mógł spokojnie sprawdzić co oznaczają słowa, którymi Lider nas pogrążał: ADRIĘ (a to nie nasze kino?!) i MOCJO ( gramatyczna końcówka?, a może jednak dramatyczna?). Darek losował w stylu wojskowo-politycznym (W jak Władimir, P jak Putin) więc stosownie zakończyliśmy grę zdecydowanym WOJ. Wygrał Kamil – 702 pkt, drugi był Tomek, trzecia Donata, czwarta Paula, a na piątym miejscu uplasowali się ex aequo Andrzej i Darek.Joanna z Dawidem dotrwali dzielnie do końca, co powinno dobrze rokować. Na odchodnym jeszcze szybko wypełniliśmy ekologiczną ankietę z zaproszeniem na zabieg estetyczny i być może będziemy stawiać literki satynowymi dłońmi. No właśnie. {M}
12.03.2014 Po okresowej – na szczęście niedługiej - zapaści osobowej klub odżył i na spotkanie do „Orła” przyszło siedmiu graczy, w tym mocna ekipa przodowników. Donatę – jak stwierdziła – silnie zmotywowała „zakamuflowana reprymenda” Prezesa, a Kamil postanowił przypomnieć nam, kto tu jest liderem, co, nawiasem mówiąc, podkreślił już w pierwszych trzech ruchach. Bernadeta jednoosobowo reprezentowała PFS bo Waldemar Wykładowca jeździł po kraju z tematem „sterownik logo”, a wiosenny nastrój przemycał Darek, który przyszedł w sandałach, oczywiście bez skarpet. Zanim nastąpiło miażdżące zwycięstwo Kamila w tradycyjnej Belgijce, Prezes zagaił słowo wstępne z wiodącym tematem turnieju, który się odbędzie w czerwcu. I to jest najważniejsze, resztę dopracujemy wespół w zespół. Zadowoleni zaczęliśmy grę, w której – jak wspomniano - Kamil wystartował z następującymi po sobie scrabblami: NAZIZMU, ODCIENIE (też wpadł na to Radek) i CZADZONE. Chwała workowemu. Zostaliśmy odstawieni co najmniej o trzy okrążenia z poczuciem klęski już na starcie. Poziomy rywalizacji ustaliły się w zmiennym systemie dwójkowym, np. Bernadeta z Małgorzatą, Donata z Radkiem, Darek z Jarkiem. Od czasu do czasu na planszy pojawiało się słowo zagadka (np. LIWROM, BUZ), którego nie miał kto sprawdzić (gdzie jest Andrzej??!!). W powietrzu krążył wirus przymulenia, który najpierw silnie zaatakował Radka, a potem lekko przeniósł się na Jarka i Bernadetę. Na szczęście przyjazna gra powodowała, że pomyłki literowe nie przyniosły zainfekowanym większych strat. Darek dokładał osobliwych starań, aby zwizualizować wylosowaną literę (jak wygląda „P” i gdzie ma brzuszek?). Największe emocje były w końcówce, gdzie w ostrej walce ważyły się losy honorowego piątego miejsca. Udało się Darkowi, który bohatersko przedarł się przez początkowe zasieki niepowodzeń i z uniesioną w triumfalnym geście ręką zaznaczył swoje miejsce wśród najlepszych. Lider oczywiście nie dał szansy nikomu – zgarnął 805 pkt. Drugi był Radek, trzecia Donata, czwarty Jarek. Bernadeta zasłużenie wygrała z Małgorzatą jednym punktem. Po spotkaniu udaliśmy się na wizję lokalną do „Łuczniczki”, gdzie zgodnie zaakceptowaliśmy proponowaną na turniej salę. Wieczór zakończył się optymistycznie i z pakietem rozmaitych pomysłów, czyli - najlepsze przed nami! {M}
26.02.2014 Czy nasz klub stanął przed widmem wyludnienia?! Zasoby ludzkie na ostatnim spotkaniu były skandalicznie uszczuplone. Do kina „Orzeł” przybyli niezawodni członkowie PFS, nieco podziębiony Prezes i Małgorzata z Radkiem. W związku z tą porażająco niską frekwencją Prezes postawił formalny wniosek, aby korzystać z forum i powiadamiać o planowanych nieobecnościach lub – w przypadkach trudniejszych – o planowanych obecnościach. Zaczęliśmy od debaty przedturniejowej – przerobiliśmy sporne kwestie fiskalne, wątpliwości związane z ewentualnym wyborem miejsca oraz ewentualną potrzebą rejestracji i rozdzieliliśmy zadania poszukiwawcze. Za tydzień kolejna wymiana poglądów. Ponieważ było nas za dużo do brydża, podjęliśmy tradycyjną Belgijkę z dużymi szansami na punktowane miejsca – z powodu braku kadry mistrzowskiej. Po pierwszym losowaniu dwoma punktami prowadził Darek, bo tylko on położył IŁOWAĆ. Kolejne literki przyniosły scrabble w tym Waldemara najlepszy: [U]STALANI (z blankiem). Jakiś czas Bernadeta z Małgorzatą szły „łeb w łeb” z taką samą liczbą punktów, a nawet miały identyczne pomysły na słowa, co Darek podsumował zwrotem „dobrana sekta”. Radek miał kilka najlepszych ustawień, ale też i wpadek. Waldemar uświadomił mu, że może sobie wpisać najniższą wartość punktową oraz podziwiać pozostałych jak pięknie układają poprawne wyrazy. Podziwiając Waldemara nie mogliśmy jednak się zgodzić na „rżęsy”, choć bardzo się upierał. Męska większość przegłosowała dwie wymiany, z których powstały interesujące zestawy: FAN, ONI, CIS, NISZ (Radek, Darek) i BAS, BY, AJ, SE (Waldek, Darek). Końcówka była zaskakująca. „Cichy dyktator” - jak określił Waldemara Darek – szybko zdecydował, że stawiamy WASZ za 8 pkt, zwinął planszę oraz starannie zakręcił woreczek. I tu nastąpił zonk, bo okazało się, że jest lepsze słowo [S]PADU za 9 pkt. Zaskoczony Waldek („jakiś głupek jestem” - ależ absolutnie nie Waldemarze!) został tym samym bohaterem spotkania i ostatniego miejsca, bo wszak wyszedł poza standardy. Wygrał Darek – 660 pkt, druga była Bernadeta, dalej Radek i Małgorzata. Następna tak kameralna impreza ma szansę odbyć się w Fordonie... {M}
19.02.2014 Ostatnio mamy serię rozmaitych uroczystości, dzięki którym nasze umysłowe zmagania osładzane są okolicznościowymi smakołykami. Donata - świętująca zdobycie Złotego Pucharu (oraz wigilię swoich urodzin) – przyniosła do „Veny” dwa domowe przepyszne ciasta, co, oprócz oczywistego zbiorowego zachwytu, wyzwoliło w nas zapał do wykonania chóralnego „sto lat” na rozmaite głosy i tonacje. Pani Ola oddała nam znalezione w kącie dwie literki, więc stanęliśmy przed widmem inwentaryzacji – na szczęście wybrakowany woreczek szybko został zidentyfikowany. W oczekiwaniu na Paulę i Lidera (Andrzej został najpewniej na Olimpiadzie, a Bożenka na Uniwersytecie) Prezes zainicjował szybką „kartkówkę” z układania scrabbla, którą najlepiej zaliczył szachista Jarek. Po pierwszym losowaniu większość postawiła UMOWĄ, ale oczywiście najlepszym ruchem było HEMOWĄ Kamila, który w nastroju medyczno-laboratoryjnym postawił po chwili KETOZA. Po krótkich wyjaśnieniach dotyczących ciał ketonowych oraz jednostek oświetlenia następne najlepsze słowo ZAŚ wydawało się całkiem swojskie. Tutaj dla lepszego zrozumienia dialektalnej polszczyzny Kamil zacytował powiedzenie „Na zaś srał Jaś”. Na stojaku były głównie samogłoski, ale jakimś cudem Lider znalazł scrabbla NIECAŁE. Następną siódemkę (z blankiem) [P]ESZONY postawili prawie wszyscy. Kilka zdecydowanie najlepszych ruchów miał Waldemar, Jarek – indywidualista - układał inteligentnie inne słowa niż pozostali, przemyśliwując jak Garri Kasparow każde ustawienie. Kamil zabłysnął układając BLIŹNIŁY , kolejne losowania znów przyniosły pełno samogłosek. (Widocznie zawiodło feng shui, bo p. Ola wcisnęła nasze stoliki w miejscu o słabym przepływie energetycznym, gdyż sala szykowana była na imprezę). Po wyciągnięciu oczekiwanego „J” i szybkim haśle Prezesa „stawiamy”, okazało się, że wcale najlepszym ruchem nie było NIECAŁEJ, tylko przedłużenie BLIŹNIŁY[BY]. Prezes miał nietęgą minę, a Benia zdenerwowała się na komentującego Waldemara i zarzuciła mu „skandaliczne zachowanie”, co Tomek podsumował: „tak to jest jak ktoś je buraczki”. Dokończyliśmy szybko grę i ciasto Donaty, a wygrał oczywiście Kamil – 841 pkt. Donata była druga, Paula trzecia, kolejni: Tomek i Darek. Omówiliśmy jeszcze szybko i wstępnie kwestie związane z turniejem, który chcemy zorganizować na początku lata i rozeszliśmy się z umiarkowanie kalkulowanym optymizmem. {M}
12.02.2014 Leitmotivem naszego tradycyjnego spotkania – w składzie 6-osobowym tym razem - były urodziny Bernadety, które znakomicie wpisały się w trwający w „Venie” karnawał. Przyniesione przez Jubilatkę kruchutkie faworki i wykwintne cukierki pomogły nam stłumić tęsknotę za nieobecnymi. Kamil spełniał się zawodowo w nowym miejscu, Paula być może zakuwała rosyjski, a pozostałym też coś wypadło. (Chociaż jak nie ma Lidera, to zawsze można powalczyć o wyższe miejsce!). Po serdecznych uściskach, życzeniach oraz krótkim szkoleniu Prezesa o strategii i blokowaniu w tzw. końcówce, przystąpiliśmy do gry. Już pierwsze losowanie przyniosło zamaszystego scrabbla ZASUNIE, którego postawili wszyscy. Kolejny ruch Donaty i Andrzeja – PIERŚ – spowodował u Waldemara krótką katatonię i potrzebę wyjaśnienia oraz wizualizacji – najlepiej sprawdziła się kulinarna (czyli kurza pierś na obiad). Następne literki zaowocowały scrabblem SZCZEK[A] (z blankiem) do PAD[A], po czym znowu intelektualny tandem – Andrzej z Donatą – zaskoczył nas mocnym ZWILŻY. „Czuję się nieswojo” bąknął Waldemar, tym bardziej, że Bernadeta w natchnieniu położyła scrabbla ORNACIE, a po niedługiej chwili, nader odpowiednio – WYMIATAJ na potrójnej. Małgorzata też miała swoje pięć minut z najlepszym ruchem PEŁNIĆ (z blankiem), więc Prezes udzielił zespołowi ustnej pochwały za dobrą formę. Po tym nastąpiła krótka przerwa organizacyjna, gdyż okazało się, że samochód Darka jest zagrożony możliwością blokady przez umiarkowanie życzliwych służbistów straży miejskiej. Po dostosowaniu się do przepisów graliśmy dalej. Waldemar zirytował się że nie ma „ZASUNIEŃ” , natomiast Donata zaskoczyła nas krótkim, ale wysoko punktowanym HAST do [S]PEŁNIĆ. Próby zdefiniowania słowa się nie powiodły:– „hast” to nie owca niemiecka, tylko rzymska włócznia. Te dociekania doprowadziły do demokratycznie podjętej uchwały o tym, aby Andrzej – jako klubowy specjalista od sprawdzania znaczeń – uzupełniał listę słów osobliwych i trudnych na naszej stronie (ale po olimpiadzie! - podkreślił Andrzej). Wyważona końcówka doprowadziła do zwycięstwa Donatę – 851 pkt, drugi był Darek – 769 pkt, trzeci Andrzej, czwarta Małgorzata, a nasza Jubilatka piąta. Ale ponieważ to było święto Bernadety,, to nieformalnie przyznaliśmy jej honorowe pierwsze miejsce. Pokrzepieni urodzinowymi smakołykami rozstaliśmy się promiennie. Samochód Prezesa ocalał. {M}
05.02.2014 Po ubiegłotygodniowej dość ubogiej frekwencji tym razem była pełna mobilizacja. Do „Veny” – przyozdobionej w niebieskie baloniki – przybyło aż 13 uczestników (w tym gościnnie Asia i Radek). Karnawałowo- rozrywkowa atmosfera bardzo pasowała do tortu pralinowego, którym Małgorzata uczciła swoją klubową rocznicę. Po zjedzeniu tortu i częściowym podniesieniu poziomu cukru Darek zarządził szybkie rozgrywki w parach, ku niezadowoleniu niektórych i zachwytowi innych. Pani Ola doniosła jeszcze obiady dla najbardziej wyposzczonych, ale mariaż zupy pomidorowej, klopsików i planszy z literkami nie był do końca udany. Jak stwierdziła Asia - „ci z obiadem mają przechlapane”. Następnym punktem całkiem już rozrywkowej imprezy była tradycyjna Belgijka, w której od początku do końca prowadził Lider. Wielkie punkty zaczęły się od scrabbla POBORAMI, postawionego przez większość, ale już KIEŁBASĘ dostrzegł tylko Kamil. Cóż, „wszyscy się nażarli” - zauważył przytomnie Tomek – to „myślą, myślą, ale nie widzą”. Dla podkreślenia tej prostej prawdy Kamil gładko przedłużył na potrójnej UŚ[CIELIŁY]BY, co oprócz oczywistego uznania („No to jest ruch!” - mruknął Andrzej) powiększyło przewagę Lidera i frustrację pozostałych. Tymczasem miejscami odbywały się wielowątkowe dyskusje panelowe: kto otwiera piwo okiem, czy trzeba czytać Fredrę, aby zrozumieć słowo „picza”, jak brzmi okrzyk Wikingów, itp. Wątpliwości związane z LASZTOWI (znowu Kamil!) rozwiał elementarz Andrzeja (laszt, to część pokładu lugra, a co to luger?). Waldemar zabraniał i grzmiał: „Nie śmiejemy się!”, „Nie rżymy!”, „Nie prychamy!”. Tomek bawił się niebieskimi balonikami i walczył z dojmującą sennością, Paulina, Donata i Jarek jak zwykle grali spokojnie i rozważnie, a Radek czuwał nad dzielnie walczącą Bożenką. Słowotwórcze próby zdefiniowania utworzonego przez Bernadetę słowa „piczej”, mimo całkiem interesujących propozycji nie powiodły się, więc delikatnie skonsternowana po ogłoszeniu przez Darka: „F” - jak facet” (a gdzie świnia?), postawiła najlepszy ruch MAZDĄ w zestawie z DE[M]. Kamil prowadził bezwzględnie i w pewnym momencie Waldek oznajmił, że odechciało mu się już grać, co Tomek przypisał przejedzeniu się klopsami. Mimo chwilowych wahań nastroju i dystansu do Lidera (824 pkt!) dotrwaliśmy jednak dzielnie do końca. Drugi był Darek – 683 pkt, trzecia Donata – 680 pkt, kolejni - Tomek i Jarek.. Uporządkowaliśmy szare komórki, pospiesznie ustaliliśmy harmonogram powrotów i rozeszliśmy się w (s)pokoju, mówiąc p. Oli grzecznie i zbiorowo: „dziękujemy”! {M}
29.01.2014 Trzęsąc się zmrożeni podróżami do klubu Vena rozsiedliśmy się w piątkę wokoło stołu. Długa rozmowa służbowa Waldka spowodowała, że już mniej skostniali przystąpiliśmy do działań. Po pierwszym ruchu wszyscy prócz Bernadety zajmowali pierwsze miejsce. Po drugim ruchu nastąpiły przetasowania, ponieważ z wyłączeniem Darka, każdy postawił zindywidualizowanego scrabbla z liter O*ECZKA. Tym samym obsada na pierwszym miejscu uległa obkurczeniu (jak to w mroźną pogodę bywa), a na ostatnim uplasował się rzeczony Darek – i tak już zostało przez większość rozgrywki. Losowania w pierwszej połowie były pomyślne, w drugiej kilka razy pomimo wyraźnej opozycji Bernadety nastąpiły wymiany. W końcowej części spotkania rozgorzała odnowiona kolejnym żarem wzajemnej konkurencji walka między Waldkiem a Darkiem o trzecie miejsce. Waldek wyraźnie ożył i od tego momentu ruchy adwersarzy wyraźnie się duplikowały. Kamil spokojnie szedł na podium, za nim równie spokojnym krokiem Donata. Bernadeta zrealizowała swój początkowy plan, a Waldek trzema punktami długo utrzymanej różnicy kolejny już raz pokonał Darka. I tak zakończyliśmy nasze zmagania. Miejsce w żołądku na obiecywany przez Małgorzatę roczkowy tort, postaramy się utrzymać do kolejnego spotkania, na którym pewnie już będziemy w standardowo licznej grupie, z nieobecną dziś naukowo Pauliną, chorą Małgorzatą i Bożeną, zabrydżowanym Andrzejem, zaszachowanym Jarkiem, odjechanym rowerowo Tomkiem i mało obecnym Jakubem. A któż to wie, kto jeszcze do nas dołączy..{D}
22.01.2014 O naszym zdecydowanym upodobaniu do środowych spotkań świadczy choćby fakt, że przyszło nas do „Veny” dziewięcioro – mimo prawie trzaskającego mrozu i meczu z Chorwacją na ME. Jak dalece nie należy przejmować się aurą pokazał sam zahartowany Prezes, który z wierzchniego odzienia miał tylko sweter i normalne obuwie, a nie sandały. W grzecznej wymianie zdań na tematy pogodowe Waldemar opowiedział historię swojej morsowo-morskiej przygody, czym wzbudził mieszane uczucia podziwu i zatroskania o stan umysłu. Nie przyszły dziewczyny: Paula – przytłoczona koniecznością zaliczania czegoś tam zakuwała „bukwy” - i Bożenka, która - mniej zahartowana od naszych klubowych macho - zaniemogła. W ramach noworocznych postanowień o podlizywaniu Małgorzata przyniosła zdobytą okazyjnie nową planszę do rozgrywek i dostąpiła zaszczytu jej rozdziewiczenia – jak wdzięcznie zdecydował Prezes. Rozgrywki przebiegały spokojnie, chociaż Kamil ostrzegł, że będzie marudził i narzekał. Czy to z powodu losowanych literek czy może nieobecności Pauli? – nie do końca wiadomo. Najczęściej stawianym pytaniem było „Kto jest za wymianą?”. Zawsze najbardziej opierała się Bernadeta, kobieta o niezłomnym charakterze, która za nic ma groźby Waldemara w stylu „Porozmawiamy w domu!”. Czyjaś komórka nachalnie domagała się odebrania, a na planszy pojawiły się osobliwe słowa, np. PYRD (pyrda – niska kobieta). Znów nie chcieliśmy wymiany, więc z dużej niemożliwości postawienia czegokolwiek Donata wymyśliła ET, JĄ, EJ, co – jak oceniliśmy - „dupy nie urywa”, ale było najlepszym strzałem. Kamil rzucił w nas określeniem „masochiści”, dramatycznie zaszlochał i walnął na potrójnej kolejne osobliwe KADZIUJĄ. „Zaduszki” nie wypaliły, jako niedopuszczalne, co napełniło nas oburzeniem pełnym zgrozy, natomiast wdzięczny POLESIAK okazał się łagodnym chrząszczem, a nie – jak z powagą objaśnił Tomek - leśnym ekshibicjonistą. Piękny scrabbel SPALONE do [O]ZŁOĆ poprawił punktową sytuację większości, ale już ósemka RAMIENNA należała do Kamila. Na stojaku było mnóstwo „E”, kto jest za wymianą? Nikt. Jarek jak zwykle niewidzialny i cichy jak szachista, ale czy właśnie nie miał być na szachach?! Tomek z Benią mieli najlepszy ruch OTULI (do „polesiak”), Kamil postawił WŻER w zestawie z NY i zmyślnym WNOŚCIE, po czym Andrzej miał moment z nadmiarem literek. Tomek i Darek zapunktowali dostawką [NA]RAMIENNA, po czym został ograniczony czas (mecz!, mecz! Polska!) i padło odgórnie zarządzenie o posadowieniu na planszy słowa WOŃ, co i tak było oczywiste. Kamil miał głupie SENY, a końcówka w tempie doprowadziła – jak zwykle - do jego zwycięstwa – 833 pkt. Drugi był Tomek – 748, trzecia Donata, czwarty Andrzej (który wyrwał jak z bloków startowych na transmisję), piąty Darek. Mimo chłodu pożegnaliśmy się ciepło, wracając do rzeczywistości na gorąca herbatę z duchem. {M}
08.01.2014 Po świąteczno-noworocznej przerwie w ćwiczeniach umysłowych przybyliśmy do „Veny” gromadnie, czyli piłkarską jedenastką. Uprzedzeni przez Prezesa, że klub jest przygotowany do uroczystości rodzinnej, ostrożnie rozłożyliśmy plansze i sztywno zajęliśmy miejsca. W końcu liczy się gra. Decyzja o tym kto losuje zapadła szybko – tradycyjnie Darek.. Waldemar zrezygnował z tego zaszczytu, bo wolałby zostać Prezesem Rady Ministrów, wówczas wprowadziłby uchwałę, że w każdym samochodzie obowiązkowo znajdowałby się zestaw do scrabbli (oprócz alkomatu oczywiście). Pomysł omówiliśmy z entuzjazmem (Waldek będziemy na Ciebie głosować!), Bernadeta pozbierała od niektórych składki (płacąc za rok z góry mamy 1 zł rabatu!) i wystartowaliśmy z Belgijką. Andrzej przyniósł wyszperane gdzieś leksykony scrabblisty, więc jak zwykle był przygotowany na niespodzianki i w bojowym nastroju. Bożenka chwilowo zapomniała jak stawimy stojak, ale Benia czuwała.. Już w drugim ruchu rozgrzana większość postawiła piękną ósemkę ZRZYNAŁA, wyprzedzając znacznie nierozgrzaną mniejszość. Za kolejne losowanie Darek otrzymał słowa uznania od Donaty, a na planszy stanęło SCHNĘLI. Tak więc dalsze literki przyjmowaliśmy z wdzięcznością i mimo np. czterech „I” na stojaku nikt nie domagał się wymiany. Mistrzowie słów nieznanych, czyli Tomek i Kamil, swobodnie stawiali np. HILEI, (hilea – las tropikalny) czy LAJNO (lajna – niemiecka owca długowłosa, sprawdził oczywiście Andrzej). Jarek nic nie mówił, co niepokoiło, bo wszak mógł w cichociemny sposób wszystkich ograć, Benia miała swój najlepszy ruch PIGWOM, a Kamil błysnął muzycznie CODĄ i TYCZŻE. W pewnym momencie nastąpił kryzys, bo niektórzy pognietli siedzenia i wywiązała się dyskusja na temat mokrych tyłków, której nie można przytoczyć, bo i tak wewnętrzna cenzura na to by nie pozwoliła. Tyłki szybko wyschły, a tymczasem Tomek poszukiwał G (nie punktu, ale litery), które to w nadmiarze znalazły się u Andrzeja. Bilans liter został szybko wyrównany i zaraz potem Kamil popsuł rzeczonemu Andrzejowi szyki genialnym postawieniem ŁÓDKI do OPIŁA i OWIJE. Walczyliśmy o punkty do końca, ale i tak nasz Lider nas rozgromił osiągając 804 pkt. Drugi był Darek – 769 pkt, dalej Donata, Paula i Tomek. A na koniec okazało się jeszcze, że Andrzej mógł zmienić tok gry stawiając „lipiny”, tylko nie był pewien, czy słowo jest dopuszczalne... Za tydzień kolejne szanse! {M}
18.12.2013 Nasze ostatnie w tym roku świąteczne spotkanie odbyliśmy w kinie „Orzeł”, ponieważ nasza „Vena” była zajęta, trudno. Licznie przybyli klubowicze (oprócz Donaty, Jarka i Kuby za to z Asią) donieśli słodkie trufelki, raczki, reniferki, piernikowe literki, czekoladki, a Małgorzata przytargała saksofon. Tak więc – korzystając z krótkiej przerwy między imprezami – zaintonowaliśmy wesoło-rzewne kolędy przy głośno wydymanym akompaniamencie, zamykając występy zawiesistym „Besame mucho”. Cała ekipa stała zasłuchana i zapatrzona na koncertującą Małgorzatę (poczynione zostały liczne zdjęcia, nakręcone filmiki i rozdane autografy). W koncu po obietnicy dalszych występów wkrótce i aby całkiem się nie rozkleić ustawiliśmy plansze. W świątecznym losowaniu Strażnikiem Zielonego Worka, vel Wielkim Losownikiem, został tym razem Waldemar, który wcielił się w tę rolę z pełną odpowiedzialnością i od razu nas upomniał: „Nie rozmawiamy!”. Graliśmy więc w atmosferze lekko-pół-szkolnej, bo Waldek – oprócz oczywistej funkcji workowej – pouczał nas, sprawdzał plansze przechadzając się między stolikami, ofukiwał i podkreślał, że „kontrol” musi być. Zaczęliśmy od dramatycznego ZGINĘ, a potem z losowanych przez Waldka literek posypały takie scrabble jak: LESZCZEM, SZMELCEM (ostatecznie zostało SZMELCE – najwyżej punktowane) i WSIADALI. Bernadeta szkoliła cierpliwie Bożenkę, więc od czasu do czasu zbierała ustne „bęcki” za opóźnienie. Pod dowództwem (lub – jak stwierdził Darek - „tyranią”) Waldka wszyscy położyli OBIŁY, a następnie Paula z Andrzejem w najlepszym ruchu PYLICĄ. Andrzej pękał z dumy, bo po 8 ruchach miał komplet najwyżej punktowanych ruchów, co świadczyło o jego wysokiej formie (orzeł w „Orle”!). Hitem był HIT Tomka w zestawie z OBIŁY, a zaraz później FOKOWA (też do OBIŁY) Kamila. Po kolejnym losowaniu („losujący po raz kolejny dokonał cudu!” - cyt. za Waldim) pojawiły się kolejne scrabble: DZWONIŁA i ZASĄDZONO. Benia miała swoje pięć minut, stawiając najlepiej UTOP, co Waldek głośno skomentował: „Postawiła to moja żona i jestem z niej dumny!” Darek się nieco zamotał z literkami i ubolewał, że nikt mu nie pomaga , ale propozycję chwycenia za rączkę przez Waldemara zdecydowanie odrzucił. Kolejny – czwarty scrabbel - ORIENTÓW – postawiony przez Kamila, lekko nas oszołomił – takie oczywiste, a jakie trudne! Może dlatego – pomimo wizji nadchodzących świąt – następnym najlepszym ułożeniem okazało się twarde podwórkowe ZESRAĆ. Tym bardziej, że Waldek nadal chodził jak perypatetyk, w oddaleniu panowie dekoratorzy walili jakimś kafarem w ścianę klubu, a Benia zaczęła węszyć jednoosobowy spisek przy losowaniu (czy Losownik oszukuje? - nawet jeśli, to w dobrej wierze!). Kamil z Andrzejem utrwalili nam ubiegłotygodniową znajomość słowa DYNKS na potrójnej, po czym znowu Lider nie dał nikomu szansy i wdzięcznie zakończył grę stawiając ZWIJCE. Tym samym wygrał oczywiście (827 pkt) i został Mistrzem Roku. Orzeł Andrzej został w tej grze Wicemistrzem – 745 pkt, trzecia była Paula, czwarty Tomek, piąty Waldemar, który wyprzedził Prezesa o 13 punktów. Na zakończenie nasz Prezes podziękował wszystkim za całoroczne zmagania w atmosferze wzajemnego podlizywania się i tulenia, wyraził również nadzieję, że w następnym roku nauczymy się wielu nowych słów od naszego niezrównanego Lidera. Uściskawszy się serdecznie oddaliliśmy się pogodnie do własnych nudnych zajęć. Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku! {M}
11.12.2013 „Vena” powitała nas smakowitymi zapachami domowych obiadów i – zamiast słonia – złotymi dzwonami na stołach. Ale miejsca na plansze były. Stawiło się 9 osób. Dwie mocne klubowiczki- Donata i Paula - nie przyszły, co – cynicznie podchodząc do sprawy – zwiększyło szanse nieco słabszych uczestników w rozgrywce. Zwłaszcza, że ponownie przyszła Bożenka, zarażona wyraźnie zbiorowym zapałem. Na początku Członkowie PFS – Waldek i Benia - zdali relację z turnieju w Rumii, na którym dzielnie walczyli – mimo że przeciwnicy zabierali notorycznie Waldkowi blanki (z nadmiaru wylosowanych liter) – było dobre jedzenie i atmosfera oraz nikt nikomu nie przetrącił szczęki. Następnie Prezes opowiedział o swoich odbytych i planowanych rozmowach na szczycie z Zarządem PFS, dotyczących rozszerzenia działalności właśnie na inne kluby. Czy będzie to oznaczało dla nas konieczność stania się podmiotem gospodarczym z nipem i konsekwencjami? Zobaczymy. Prezes również opisał bezskuteczne próby kontaktu z Matelem i nie bardzo wiadomo kogo? czego? dotyczyło pozornie pieszczotliwe hasło „ciapciaki”, rzucone przez Waldemara. Benia wspomniała też o możliwości przystąpienia – jako sekcja scrabble – do „Chemika”, ale pewnie musielibyśmy zmienić nazwę klubu na „Chemiczka”. Trudne decyzje. Skonsternowani przystąpiliśmy do gry. Na planszy stanęło DINKSA, ułożone przez Kamila, co – po sprawdzeniu znaczenia (Andrzej – jak zwykle) – wzbogaciło naszą znajomość slangu miejscowych żuli. W następnym ruchu Kamil postawił osobliwego scrabbla NIERYSIA i wyszedł od razu na prowadzenie. Prezes pięknie wykorzystał blanka stawiając OMAWIANE, a Waldemar zamówił domową zupę. Dzięki dociekliwości Lidera udało się wyciągnąć od przeważnie milczącego Jarka, że jego skromny ruch AGF, przebił punktowo inne pomysły, a po chwili skromne HM (Andrzej, Małgorzata) również okazało się najlepszym ruchem. „Życie jest piękne jak się człowiek naje” - rozmarzył się Waldemar, po czym większość położyła zgodnie ZJADŁY, chociaż w rozmaitych konfiguracjach. Ostatecznie zostało w układzie poziomym. Prezes, który z obłędem w oku pytał sam siebie „Gdzie się podział mój mózg?!” zaliczał kolejną stratę. Kamil usychał z dojmującej tęsknoty za Paulą i nawet nie narzekał. Powiedział, że to dlatego, bo odnalazł właściwą ścieżkę (omalże nie usiadł w pozycji „kwiat lotosu”, bilansując swoją karmę). Trzeźwo myślący Tomek złapał wiatr i postawił DIRKI, czym poirytował Waldka, który domagał się wyjaśnień. Dzięki Andrzejowi szybko się okazało co to DIRK (lina podtrzymująca bom). Bernadeta pogubiła się z literkami, ale Waldek stanowczo stwierdził, że pokaże jej swój stojak dopiero jak będą sami. Zrobiło się interesująco, zwłaszcza jak wspomniany Waldek zaintonował basem pieśń na własną chwałę z powtarzającym się wersem „tylko jeden!”. „Z czym była ta zupa?” - zainteresował się Tomek, a następnie do spółki z Darkiem skosztowali okulanych w bułce tartej zmielonych dużo wcześniej ziemniaków, które znaleźli uczciwie na talerzu Waldemara. W efekcie po zdumiewającym INCE, IMA, CZE, EJ - Tomka, Darka - APLET, OKA, CIP było nie do przebicia. Na zakończenie Andrzej z Tomkiem popisali się wiedzą chemiczną kładąc najlepiej punktowane BORANU. Wygrał Lider, mimo oświadczeń o braku formy, osiągając 659 pkt, drugi był Tomek – 626 pkt, trzeci dyskretny milczek Jarek, czwarty Waldek, piąta Małgorzata. Bożenka też dzielnie wytrwała do końca. Całe spotkanie Kamil spuentował krótko: „Masakrycznie było!” No tak.. {M} Swoją drogą mieliśmy ciekawą datę: 11.12.13...
04.12.2013 O wyznaczonej godzinie przed „Veną” zebrała się grupa mistrzowska (i wicemistrzowska) czekając cierpliwie na Prezesa i Członków PFS, którzy przybyli z lekkim opóźnieniem, ale za to przywieźli nową koleżankę – Bożenkę. Dzięki temu wniosek Lidera o wykluczenie Prezesa z klubu rozmydlił się naturalnie. (Przy okazji ustaliliśmy, że w naszym klubie dojrzałość mierzona jest punktami, z czego wynikło, że w tym przypadku dojrzałym seniorem jest Kamil!). Bożenką troskliwie zajęła się Bernadeta, tłumacząc zawiłości scrabbliczne, a w tym czasie Prezes zdał krótką relację z kolejnych nieudanych prób nawiązania kontaktu z panią od kontaktów uniwersyteckich oraz zaproponował bolesne kary finansowe za opuszczenie klubu bez dania racji. Porozmawialiśmy chwilę o poprawnej polszczyźnie, przypominając, że ulubioną 3-literówką Waldka jest „rho”, a ulubionym słowem Darka - „barzant”. Mimo że na stole stał 500-tonowy słoń, rozłożyliśmy plansze i Darek zaczął wędkarskie wyławianie literek z woreczka.. Tym samym podjął dzielnie kolejne wyzwanie opisując je nazwami ryb (A- jak amur, Ę – jak ęmur). Początek nie był łatwy. Słoniowa trąba wyraźnie peszyła Waldemara, Benia realizowała się pedagogicznie przy Bożence, na stojaku były kłopotliwe H i F. Z tym poradziła sobie Paula stawiając HAF, a po chwili najlepszy ruch GAZDO z HO należał do Andrzeja, co wprawiło go w dobry nastrój. Następniei Kamil uwiarygodnił swoją dojrzałość serią wybitnych ułożeń, zaczynając od GIBANE, dalej – WSOBNA, dobijając „połozeniem” POŁOZY do AGO, IŁ, BON (Andrzej wyszperał, że połoz to niejadowity wąż). Kolejno pojawiły się: nieśmiały scrabbel PISZCZĘ (Kamil, Paula, Darek) i zdumiewająca ósemka SKISZONO postawiona przez Prezesa, Paulę i Kamila. Donata i Jarek milcząc rozgrywali swoje, Waldemar konwersował w przerwie z Paulą po rosyjsku („po całym piwie Waldemar przechodzi na chiński!”- cytat za Prezesem), Bożenka z zapałem przyjmowała nauki Beni. Poliglotyczna rozgrzewka zaowocowała najlepszym ruchem Waldka – WIDIA - w zestawie z HOPI, ID, SI, co postawił również Tomek. Kamil szybko zaripostował kładąc ANIMA do AGOM, IŁA, PI (intrygująca „anima” to – jak sprawdził niezawodny Andrzej – archetyp kobiecości w psychologii Junga). Żeby nie było zbyt intelektualnie, Benia i Tomek wykorzystali najlepiej blanka z kolejnego losowania i położyli WARIATÓW („jako, że jestem wariatem – rzekł Tomek – wypadało!”). Na stojaku pojawił się ciężki kaliber – Ż, Ź, Ń. Po NUŻEŃ (do HIWU) Pauli, Kamil znów nie dał nikomu szansy stawiając swoje ulubione słowo (na potrójnej premii!) - JADŹŃE (76 pkt!)- i konia z rzędem temu, kto od razu wie o co „chodźi”. Andrzej zauważył, że skoro gra jest prawie tematyczna (literki jak ryby), to skoro ułożył CERTOM, to należałby mu się dodatkowa premia. I tutaj znowu Kamil (w wyjątkowej formie) przebił go słowem KELT, gdyż po sprawdzeniu okazało się, że kelta to ryba – łosoś abo troć. Lider w ogóle wyprzedził w tej grze peleton o dobre dwa okrążenia, gdyż wygrał z punktacją 794. Druga była Donata – 629 pkt, potem kolejno: Darek, Paula i Andrzej, który był lepszy od Tomka o 1 punkt! Bożenka dzielnie uzyskała 254 pkt. Dojrzałość naszego Lidera okazała się przygniatająca, na szczęście Prezes nie stracił humoru i w atmosferze woskowych żartów pożegnał nas pogodnie. Do zobaczenia za tydzień! {M}
27.11.2013 Gościnne progi „Veny” były otwarte już przed naszym spotkaniem, dzięki czemu niektórzy oszczędzili sobie przytupów w rytmie obertasa na zewnątrz (chociaż wyraźnie chłodne powietrze nie robiło wrażenia na Tomku, który znów przyjechał rowerem, a tym bardziej na Prezesie, który z przyodzienia wierzchniego miał tylko zawadiacko zakręcony szalik górski). Przybyło 9 graczy - po dłuższej nieobecności pojawił się Kuba, natomiast nie dotarł chory Jarek i bardzo czymś zajęta pilnie Donata. Spraw oficjalnych tym razem nie było wiele, więc po krótkim tradycyjnym powitaniu zaczęliśmy Belgijkę. Już w drugim ruchu była wymiana, chociaż Bernadeta protestowała. Zdecydowaliśmy więc – dla formalności - że Benia może zaprotestować trzy razy. Kamil zawnioskował podstępnie, aby Darek , w ramach powtórki z geografii, losowane litery opisywał używając nazw państw . I tu się okazało, że Darek musi gdzieś chować dyplom mistrza w grze w „państwa-miasta”, bo gładko wytrzymał ten test do końca gry (E – jak Etiopia, blank – jak Czeczenia!). Zdecydowanie domagaliśmy się definicji SLEG, postawionego przez Kamila z EN i GID, więc niezawodny Andrzej wyszukał, że „slega” to podłużna belka na belkach poprzecznych. Następnie nasz Lider wyłożył scrabbla WKRAJMY i dla zrównoważenia naszego osłupienia opowiedział nam jak kiedyś przez „NALIZAĆ” przegrał turniej. Po kolejnej wymianie Waldemar (tak jest!) błysnął KRECIMI, a Liderowi nie udało się zaszarżować na potrójnej premii. Pozostaje tajemnicą, co miał na myśli, ale okazało się, że „MACAK” formalnie nie istnieje, o czym doskonale wiedziała Benia i głośno to obwieściła przy gromkich owacjach. Kamil po starcie szybko się zmobilizował: najpierw genialnie przedłużył NIECH do NIECHLAŃ i rozdał dyplomatycznie rodzynki w czekoladzie. Następnie „wydoił” nas stawiając wysoko punktowe DOJĄC, po czym z wrodzonym wyczuciem dydaktycznym pomógł uporządkować planszę nieco zakręconemu Kubie. Darek jak zwykle walczył z Waldkiem, a Andrzej z zatroskaniem podliczał swoje punkty przebąkując coś o tym, że „może powinien był zostać w domu”, bo jak już coś mocnego postawi, to inni też i ten fakt zakrawa na niesprawiedliwość losową. NABRAĆ ułożyli wszyscy, a zaraz potem Kamil znów nas zdystansował stawiając (z blankiem) PR[Ó]BNEGO. Kolejny wylosowany blank zaowocował ósemkami PODCZEPI i DOCZEPIA (przez przyzwoitość pominięto wdzięczne „dupczeni”), Paula błyskotliwie postawiła LAS(Y) do DOJĄC(Y), a w końcówce gry Bernadeta miała najlepszy ruch SITW do ASA i OT. Wygrał – a jakże! - Kamil – 817 pkt, za nim był Tomek – 752 pkt, trzecia Paula – 681, czwarty Darek, piąta Małgorzata (nieobecność Donaty zwiększa zawsze szanse innych). Po krótkich poszukiwaniach klucza do drzwi rozstaliśmy się jak zwykle z poczuciem miło spędzonego czasu. {M}
20.11.2013 Z powodu niewyjaśnionych problemów z kontaktem telefonicznym Prezesa do p. Oli przyszliśmy do „Veny” - jak się okazało – trochę na własne ryzyko. Klub szczęśliwie był do dyspozycji, więc o czasie zajęliśmy swoje strategiczne miejsca bojowe. Zabrakło tym razem Jarka i Kamil z troską domniemywał, że być może „żona Jarka nie puszcza go na scrabble”. Po krótkiej pogadance ekonomicznej na przykładzie papieru toaletowego przeszliśmy do spraw organizacyjnych. Prezes Darek poinformował, że jeśli na forum nie będzie żadnej informacji o spotkaniu, to właśnie ma znaczyć, „że jest ono w Venie”. W kwestii Beanusa nie udało się znaleźć optymalnego terminu na konsultację z odpowiednią Panią, sprawa chwilowo zawisła. Krótka reprymenda Prezesa w stronę Andrzeja i Małgorzaty (rozgadali się na temat bardzo scrabbliczny) - „Przepraszam, czy ja was NUDZĘ!?” - postawiła ich na baczność, po czym przeanalizowaliśmy wspólnie wagę słonia ozdobnego (tego ze zdjęcia przy okazji Urodzin Waldka) wyrażając obawę o wytrzymałość stropu. Chwilę jeszcze trwały trudne wyjaśniania zawiłości rankingów na „zagraju” i „kurniku” - generalnie nie do zrozumienia, po czym Prezes przystąpił do losowania. Trafił się blank i możliwość położenia scrabbla ZŁAJEMY, na co nikt nie wpadł, a Kamil tylko dlatego, że przez chwilowe problemy ze słuchem wyciągnął nieco inne litery. Zostało na planszy ZŁÓJMY Donaty, a w tle lekka frustracja Lidera. Rozważaliśmy głosowanie nad ponownym startem, ale bez większego przekonania. Następnie było SIEKAŁY (bardziej eleganckie niż „osikały”) i mocno punktowane OSMAŻĘ Kamila. Donata dostawiła najlepsze RAŹ do CIĘTO, po czym Prezes w krótkiej przerwie opowiedział nam o intrygującym mailu od jakiegoś wielokrotnego mistrza gier wszelakich. Ponoć wymyślił on grę, która jest miksem szachów, scrabbli i japońskiego „shogo” (oczywiście Kamil wiedział co to jest). Czego oczekuje ów mistrz od Prezesa? - nie bardzo wiadomo. Korzystając z przerwy Waldemar podkręcił atmosferę opowiadając żart o „Werandzie”, a Darek powiedział o czym marzy Wojsko Polskie. Kamil odrobił swoją początkową stratę twórczo punktując TWÓRCZĄ do CIĘTO i dołożył jeszcze HERMA (słup z popiersiem boga Hermesa – sprawdził Andrzej!), co sprowokowało Tomka do rozmyślań, czy Kamil chciał kiedyś może zostać hermafrodytą. Bernadeta miała swój najlepszy ruch MAGLE do UBOJE(M), co Andrzej skwitował: „to tu też się gra, na dole...”, a po kolejnym losowaniu na planszy stanęła ósemka WYGNANIU, położona przez Paulę, Kamila i – tu „niespodziewanka” - Małgorzatę. Darek zaskoczony sytuacją stwierdził, że „zostało nam tylko wygnanie” i przygadał Waldemarowi, że „wszyscy się rozwijają, a my się ścigamy”, po czym zapunktował najwyżej kładąc ZWÓD do HOR(D). SKRZAT był kolejnym najlepszym ruchem Beni, a ostatni – również najlepszy ruch POISZ – należał do Andrzeja. Lider Kamil jak zwykle wygrał – 737 pkt, druga była Paulina, trzeci Tomek, czwarta Donata, a piąta – po raz pierwszy w historii – Małgorzata (chyba też dzięki nieobecności Jarka – fajnie Jarek, że posłuchałeś żony!). Trochę zmarzliśmy, ale głowy były rozgrzane, więc na koniec Bernadeta wpadła na jakiś szatański pomysł wykorzystania dłużnych Waldemarowi „minut masażowych” w korzystny dla siebie sposób. Efekty naszych spotkań są zawsze nieprzewidywalnie wielorako korzystne...{M}
13.11.2013 Nasze tradycyjne spotkania z Belgijką są magicznie uzależniające. Pięć minut przed wyznaczoną godziną spotkania przy „Venie” była tylko Małgorzata i gdy już zaczynała się martwić czy aby na pewno impreza się odbędzie – przyteleportowali się błyskawicznie pozostali klubowicze. (Tomek przyjechał na rowerze, wzbudzając zrozumiały szacunek, bo wszak zrobiło się poważnie zimno). Niestety Paula się pochorowała i tym razem jej nie było (życzymy szybkiego powrotu do zdrowia!). Zaczęliśmy od komisyjnego oglądania nowych scrabbli „Made in China”, zakupionych z klubowych składek i poddaliśmy druzgocącej krytyce nowy „design”, zwłaszcza krzykliwe i męczące kolory oraz „n” zbyt podobne do „z”. „Oby PFS ich nie zakupiło...” westchnęła Bernadeta informując przy okazji, jakie fundusze pozostały w puli klubowej. Następnie Prezes wrócił do propozycji pokazania gry w scrabble w Beanusie. Starał się być obiektywny i podkreślił, że jeśli w naszym klubowym CV będziemy mieli więcej takich zdarzeń, to Ważne Urzędy będą nas poważniej postrzegać, co mogłoby być korzystne. Sprawa nadal jest do rozważenia. Po krótkich wspominkach o mrożących krew w żyłach historiach scrabblistów przystąpiliśmy w umiarkowanym skupieniu do gry. Rozpoczęliśmy od tajemniczego słowa KLEFT, postawionego przez Kamila. (Dzięki niezawodnemu Andrzejowi dowiedzieliśmy się, że oznacza to powstańca greckiego walczącego z Turkami). Potem nastąpiło duże rozczarowanie Beni w kwestii WYJAWIE, chociaż tak pięknie jej pasowało, a Tomek spekulował, że może jest taka zmora „wyjawa”. Następnie Jarek popisał się piękną ósemką KRZEWIEŃ, a Andrzej stwierdził ponuro „Już mam większą stratę niż tydzień temu”. - Co to znaczy WIOŃ?! - pytał poirytowany Waldemar, zostało w końcu OWIŃ, poparte przykładem małżeńskim, czyli kto kogo może sobie owinąć wokół palca. Słowotwórczy Tomek zapunktował wesołym HECNI, a Darek wymłócił nas dowalając precyzyjnie UMŁÓĆ z UWAL rzucając uwagą „Musimy się nawzajem kontrolować”. Kamil przytomnie zauważył, że „kończy nam się możliwość położenia czegokolwiek”, ale po kolejnym losowaniu przedłużył ŁAPS(Z) prowokując ponowną irytację Waldka („co za gówno...”). Po chwili zaczęła się ostra debata, czy zostawić blanka na stojaku, czy na planszy jako przedłużenie do ŁAPSZ(E) ( przy okazji Andrzej uświadomił nam, że „łapsza” to makaron krajanka). B jak blank został przy EŚ dzięki B jak Bernadecie, Tomek położył chytre NOŻNI, a zaraz potem Kamil w genialnym ruchu SEDANOM z MNOŻNI. Jeden z najlepszych ruchów - BOSYM - należał do Waldka, a Tomek perfidnie popsuł Kamilowi „ZYGOTĘ” stawiając AGA. Większość nie miała problemu z ułożeniem PIŁEM, ale już CZUHA do (U)PIŁEM wymagała poważnej wiedzy na temat góralskich gaci dziennych. Końcówka była spokojna z triumfem Kamila – 781 pkt, Tomek był drugi – 703 pkt, trzecia Donata, czwarty Jarek, a piąty Waldemar bardzo uradowany tym faktem, mógł wrócić do równowagi po chwilowym zwątpieniu we własne możliwości. - I to by było na tyle – jak mawiał prof. mniemanologii stosowanej...{M}
06.11.2013 Pomimo niskiego ciśnienia i jesiennej pluchy ciągnęliśmy do „Veny” jak węgorze europejskie do Morza Sargassowego na tarło. Przybyliśmy w dziewiątkę, tylko Tomek się gdzieś zawieruszył – może zgubił pole magnetyczne. Ponieważ Waldemar świętował Jubileusz Urodzin, został obdarzony skromnym upominkiem, wysłuchał ze wzruszeniem chóralnego „sto lat” w wykonaniu pozostałego oktetu i podzielił sprawiedliwie okazjonalną bombonierę. Bernadeta oznajmiła, że w wędrówce urzędowym szlakiem nie trafiła jeszcze do Prezydenta, ale ma już wytyczony prawidłowy azymut. Pozostaje tylko kwestia czy p. Prezydent będzie zainteresowany wsparciem idei turnieju (a powinien!) i tutaj Kamil miał wątpliwości, które wyraził w mało dyplomatyczny sposób. Ale z kolei Prezes poinformował, że dostaliśmy propozycję z UKW, aby w ramach tzw. Czwartkowych Spotkań z Grami Planszowymi w Beanusie pokazać nasze scrabble i jest to też jakaś okazja do promocji. Mamy poczekać na ewentualne konkrety i się zastanowić. Na razie zdania co do słuszności przedsięwzięcia są podzielone. Chwilę jeszcze trwały rozważania na temat „page ranku” oraz spontaniczne recytacje rosyjskiego alfabetu, po czym Darek rozpoczął losowanie. Już na początku Bernadeta przypuściła szarżę z najlepszymi ruchami – od ZWIEŹLI, a zaraz potem POWIEŚ. Tu nasunęły nam się niepoprawne skojarzenia – nie wiadomo czemu – z ważnym urzędem w Warszawie, a po chwili odbyliśmy lekcje umiarkowanej demokracji, kiedy Prezes zadecydował, że HEL jest gorsze od HOL. Krótkie rozgadanie zakończyło się uwagą: „albo gadacie, albo słuchacie!”, kiedy okazało się, że zignorowaliśmy losowanie w sporach słownych o „zety” oraz dociekaniach Jubilata jak się nazywa osoba, która lubi jeść ziemię. Na stojaku były kłopotliwe literki, więc głosowaliśmy za wymianą, która zaowocowała scrabblem KARTELI i LITERKA , postawionych przez większość grających. Następne losowanie przyniosło dwa blanki, więc z pełnej mobilizacji znów posypały się scrabble, ostatecznie zostało PROMIENIE. Następnie była piękna dostawka Pauli do ZWIEŹLI(BY), filologiczne rozważania o „rygluje”czy „rydluje” i czy Darek ma stary słownik. „Nie wypominajmy sobie wieku w tym dniu” rzekł Darek i dowalił wszystkim mocno punktowanym „OSÓBKA”. Po chwili zripostowaliśmy wespół w zespół stawiając „MOCZENIE”, a wkrótce potem znów Bernadeta w najlepszym ruchu położyła ODRAZĄ, co Prezes skomentował: „Odraza potrafi być piękna!”. W końcówce Kamil punktował stawiając NUT w zestawie z EN i SIT, a Darek z Donatą po mistrzowsku HAI i HM do MŻEŃ. W podsumowaniu okazało się, że Kamil wyprzedził Donatę tylko o 1 punkt – 816, a Donata 815. Paula była trzecia – 787 pkt, czwarty Andrzej, piąty Jarek. To formalnie. A tak właściwie to wygrał Waldemar, bo w grancie urodzinowym otrzymał dodatkowe 200 pkt, co dało mu wynik 913. I to było tzw. bardzo dobre rozdanie! {M}
23.10.2013 Zgrupowaliśmy się w „Venie”. Zaczęło się od spraw finansowo-służbowych. Na liście obecności zabrakło Tomka – z niewiadomych przyczyn (a i listy również fizycznie nie było) oraz Pauli, która oddawała się zgłębianiu cyrylicy przed czekającym ją dyktandem z rosyjskiego. (Tak na marginesie – SERDECZNE GRATULACJE Z OKAZJI ZOSTANIA LICENCJATEM!). Na początku Prezes zawnioskował o odsetki za nieterminowe opłacanie składek w wysokości 0,2% za dzień z egzekucją - nie komorniczą, a normalną (cokolwiek miałby na myśli!). Następnie Bernadeta złożyła sumienne sprawozdanie księgowe, z którego wynika, że za zeszły rok mamy deficyt budżetowy w wysokości 6 zł, a w tym roku coś jeszcze zostało, nie licząc jednej czekolady do podziału (pozostałość po nagrodach z turnieju). Ponownie zabrał głos Prezes i z troską poinformował, że w kwestii naszego planowanego Turnieju w „Orle” „nie jest łatwo”, bowiem nie mamy łatwego dostępu do osób, które z właściwym zaangażowaniem zechciałyby nas wesprzeć w organizacji tego przedsięwzięcia. W tej sprawie Bernadeta postanowiła podjąć kroki i udać się do Urzędu Miasta, chociaż zarzekła się, że nie będzie klękała. Czy bez takiej uniżonej postawy uda się coś wskórać u naszych biurokratów? Zobaczymy. Część oficjalna zakończyła się i po krótkiej zadumie zaczęliśmy rozgrywkę. Już pierwsze słowo ZAGAŚ wzbudziło wątpliwość Darka, która jednak szybko została rozwiana jak Kamil z Waldemarem zgodnie zaintonowali tenorem „niech mu gwiazda pomyślności nigdy nie zagaśnie!”. Po chwili na planszy pojawił się scrabbel ZUCHOWE postawiony dzielnie przez Donatę, Darka i Kamila, a chytre ZAPALEŃ (zamiennie z „NAPALEŃ”) skierowało nasze poboczne rozważania na problem „czy można się napalić?” i na co najskuteczniej. Bernadeta rozpoczęła serię najlepszych ruchów od SYTĄ, Kamil z Donatą rozgramiali nas punktowo w rozmaitych dostawkach (czy są „ZETY”?!- są!), Darek sprawdzał poprawność słownikową, a Andrzej znaczenia (np. „TYMINA” – zasada pirymidynowa, „DALBA” - pal do cumowania). Literki na stojaku złośliwie się powtarzały, często dominowało”B” (wystąpiło 5 razy!), więc Bernadeta – co zrozumiałe - nie była za wymianą, po której Kamil z Donatą błysnęli piękną ósemką NIEOCZNE. Andrzej rozmarzył się przy SREBRNE, bo policzył, że gdyby wymienił „Ó” na „J” to miałby 168 pkt i byłby to – jak stwierdził – najlepszy ruch w jego życiu! Niestety, „J” pojawiło się dopiero w kolejnym losowaniu i – jak zauważył Darek - „przeważnie jak to w życiu bywa - został GNÓJ”, który w zestawieniu z SREBRNEJ i tak przyniósł spory urobek punktacji. Andrzej jednak był niepocieszony i prowadził własną statystykę punktową. Kamil pogrążony w tęsknej melancholii z powodu nieobecności Pauliny nie był specjalnie wyrywny i pozwolił sobie na małe straty. Donata skutecznie dostawiała wysoko punktując, np. TYMINA z WYŁAŹ, Darek w końcówce przyłożył słowem WDOWA, a Waldemar skomentował: „lubię tę twoją stanowczość!”. W efekcie Donata była zdecydowanie pierwsza – 866 pkt, Kamil skromnie drugi – 802, trzeci Darek - wypełniając wakat na podium – 672 pkt, Andrzej formalnie czwarty, Jarek piąty. Życząc sobie wzajemnie miłego i pogodnego wieczoru rozeszliśmy się do własnych zajęć świetlicowych z lekko rozgrzanymi mózgami. {M}
02.10.2013 Spotkanie w „Venie” rozpoczęło się od dylematu: scrabble w parach czy Belgijka? Donata optowała za grą w parach, ale ponieważ u pozostałych wielkiego zapału nie było, postanowiliśmy zdać się na los i poczekać na ekipę PFS. Tymczasem na boku rozwinęła się osobliwa dyskusja z konkluzją Kamila, że „na świecie większość ludzi umiera na malarię, a w Polsce z żalu i zgryzoty”. Na szczęście przybyli Bernadeta z Waldemarem – tym razem bez Jarka – więc klamka zapadła: gramy tradycyjnie w Belgijkę! (Donata co prawda była niepocieszona, ale daleko jej było do zgryzoty.) Waldemar opowiedział o turnieju w Nowym Mieście Lubawskim, w którym uczestniczyli wraz z Bernadetą. Wyglądało na to, że uczestnicy tych zmagań pojedynkowali się na słowa nie tylko na planszy, ale i bezpośrednio: w twarz (!) i ucho. Takie były emocje i ciężkie przeżycia, Waldek przeżył niejeden wstrząs! Prezes Darek z satysfakcją jednak odnotował, że Waldi był 34, a „S. Łada pod Waldkiem”, co wszystkich uradowało. Teraz nasi PFSowcy jadą do Łodzi, gdzie – jak przewiduje Bernadeta – dostaną łupnia. Zobaczymy. Chwilę jeszcze trwała wymiana uwag na temat: „jacy są scrabbliści?”, po czym Prezes zdał relację z biznesowych rozmów z panem z „Orła”. Jest wstępna zgoda na turniej, teraz pozostaje kwestia terminu, mamy też teoretycznie szansę na wpis w kalendarz imprez, ale dobrze byłoby zaistnieć jako tzw. podmiot gospodarczy. Tutaj Waldemar przytoczył inspirującą historię o pewnym hyclu dla podkreślenia paradoksów i osobliwości prawnych. Zanosiło się na rozgadanie, więc przystąpiliśmy w końcu do gry. Większość szybko zapunktowała postawionym pięknym scrabblem WYPADEM, wkrótce potem mieliśmy do wyboru MROZIKI – najwyżej punktowane, RODZINKI i ZAKROILI. Kamil znów próbował uzupełniać słownik proponując „wiryzm”, ale się nie udało. Małgorzacie „POŁÓG” źle się kojarzył (cyt. „do dupy”), ale miał sporo punktów, podobnie jak NIEUWAGOM (z blankiem). Kamil, jak zwykle wybitny w rozmaitych dostawkach, zapunktował wysoko kładąc zestaw BIEC, BY, ID, ER, CO. Osobliwe KWACZ dostawione do ŹGA skłoniło nas do głośnych rozmyślań o tym, co i w jakim języku jest przekleństwem. Bernadeta błysnęła pięknym ZAWIŚLI, ale przebił ją Kamil sprytnym scrabblem OŚWINILI, po czym po przeciwnej stronie planszy położyliśmy tematycznie pasujące do zestawu SZALETY. Następne były absolutnie nieromantyczne TĘPIEJ i HANYS (postawione przez Paulę i Kamila) oraz słowne łamańce OLS, OBY, LID, SER – Kamila i Tomka. Pod koniec gry Tomek popisał się jeszcze wielopunktowym UNIŻA i w ogóle został bohaterem spotkania zgarniając najwięcej pochwał od Prezesa, między innymi za sportową postawę i publiczne przyznanie się do błędu. Podsumowaliśmy punktację: wygrał Kamil – 761 pkt, Bohater Tomek był drugi – 661 pkt, Donata trzecia – 655 pkt, czwarty Andrzej, piąty Darek. Pogratulowaliśmy sobie wzajemnie, po czym okazało się, że Waldemarowi zostało niewykorzystane B. Jak Bernadeta! Powodzenia w Łodzi, trzymamy za Was kciuki! {M}
25.09.2013 W klubie „Vena” ostatnio jest wysyp imprez, więc Prezes zaprosił nas na rozgrywki do kina „Orzeł”. Przybyli wszyscy oprócz Andrzeja, który postanowił dać odpocząć zwojom mózgowym i wybrał inna formę rozrywki na ten wieczór. Już na wejściu powitały nas nieprzewidziane tłumy, ale nie byli to scrabblowicze, chociaż okupowali „nasze” stoliki jedząc orkiszowe kanapki, ekologiczną szarlotkę i sałatkę o osobliwej nazwie „gdaczący z warzyw” (!), przy ostrych tonach zespołu „Metallica”. Okazało się, że o 19.00 zaczynał się tzw. Festiwal Pobocza (wstęp bezpłatny), więc wkrótce zrobiło się spokojniej, chociaż Kamil przytomnie zauważył: „Mam kawałki ciasta na stole, nie mogę grać w takich warunkach!”. Mimo wszystko Prezes nas powitał, nadmienił, że w najbliższy piątek będzie prowadził rozmowy biznesowe o turnieju i przygotowaliśmy plansze do Belgijki. Zabrzmiało to na tyle poważnie, że Waldemar przeszedł od razu na język angielski, zamówił sobie u zestresowanego barmana „two cups of tea with sugar” i w ogóle się zaktywizował ruchowo. W tzw. międzyczasie Darek rozpoczął polityczne losowanie (P – jak Pawlak, C – jak Cyrankiewicz, itp.), Kamil telefonicznie wydawał jakieś instrukcje kulinarne, stawiając jakby od niechcenia AUDYCIE. Wkrótce pojawiło się nieelegancko brzmiące, ale wysoko punktowane SZARZELI oraz intrygujące EREM. Próba przedłużenia tego wyrazu sprowokowała krótkie starcie słowne na temat strat moralnych Tomka, który zanim się dowiedział, że ma stratę, myślał, że zagrał poprawnie. Kamil oddał się słowotwórstwu, co jednak było ślepym strzałem, choć interesującym akustycznie (WIDYSTA -?). W tym momencie kilka osób miało już 223 punkty, ale na prowadzenie zdecydowanie wysunęła się Paula, na co Darek zareagował desperacko: „Kto jest za tym, żeby Pauli zdjąć kilka punktów?!”. Kolejne wyjaśnienia w kwestii „towot” czy „tawot” zajęły chwilę, chociaż „citty” pozostało tajemnicą, cóż, przydałby się Andrzej ze swoim podręcznikiem... Na stojaku przybywało H (H – czyli „czarny sen” Donaty, jak stwierdził Darek) i Kamil z Paulą w romantycznym zrywie położyli HAIKACH, co – jak się okazało – jest określeniem japońskiego wierszyka. Zrobiło się interesująco, bo Waldemar – jak natchniony poliglota – rozpoczął recytację klasycznej poezji rosyjskiej, w języku twórcy. W tych warunkach trudno było o skupienie, tym bardziej, że na scenę rozgrywek wkroczyła - głośno stukając obcasami w rytm Marsza Radetzkiego – pani z obsługi klubu, dokonując obchodu wokół stolików w bliżej nieokreślonym celu. Darek nieco więc się spóźnił ze swoim ruchem i nastąpiło słowne zwarcie (widać atmosfera w „Orle” tak działa), czy ma być strata czy zaliczamy. Paula nadal prowadziła i urażony Darek podejrzewał Kamila o lobbystyczny spisek, Bernadeta stanowczo nalegała „Połóż te klocki!”, a Waldemar (tak jest!) zagroził po polsku, że wyjdzie. Groziło draką więc - przy akompaniamencie stuków tym razem z zaplecza kuchennego - przytomny Tomek zaproponował entuzjastycznie „Koniec gry! Ja wygrywam!”. Ostatecznie graliśmy dalej, uporaliśmy się z wyjątkowo ostrym zestawem na stojaku „ĆŹGÓ”, a na zakończenie Donata błysnęła zdecydowanym ZRÓB, w zestawieniu z RUPII i AUDYCIE. Podium należało do spokojnie rozgrywających swoje dziewczyn. Wygrała Paula – 705 pkt, więc Kamil na luzie przyjął drugie miejsce – 687 pkt. Donata przegrała z Kamilem tylko 1 punktem, czwarty był Darek a piąty Wielojęzyczny Waldemar. Podsumowaliśmy spotkanie propozycją Prezesa, aby po kolejnych rozgrywkach zaliczyć dobry seans filmowy. Stawia ten kto wygra lub przegra. Czyli pewnie Małgorzata. Chytry pomysł... {M}
18.09.2013 Spotkanie w klubie Vena było spokojne jak popołudniowa herbatka emerytów z kółka różańcowego. Co prawda zapowiadało się na to, że rozegramy partię na chodniku, ponieważ wrota do klubu były tak zamknięte, że Prezes potrzebował kilku minut ostrej walki na ich pokonanie, ale ostatecznie udało się wejść. Nie dotarli nasi Członkowie PFS, bo Bernadetę zmogła choroba, a Waldemara nadmiar obowiązków oraz oczywista mężowska troska. Po rozłożeniu plansz Darek przypomniał zasady członkostwa w klubie (3 miesiące nieobecności – wypad!) i przepytał Jarka oraz Andrzeja na okoliczność ich ostatniej absencji. Otóż Jarek wzmacniał kondycję umysłową na zgrupowaniu szachowym i z sukcesem umocnił drużynę na swoim miejscu, a Andrzej potrzebował relaksu i wyciszenia. Donata uniknęła „przepytki”, ale napomknęła mimochodem o doniosłych wydarzeniach rodzinnych, co przyjęliśmy z niekłamanym podziwem. Zaczęliśmy tradycyjną Belgijkę i już po pierwszych losowaniach posypały się scrabble: rozgrzany umysłowo Jarek postawił ROBACZYC, Tomek ROZBIEGI, a następnie na planszy stanęły PIEROGI (z blankiem). Pewna wątpliwość pojawiła się przy poczciwym HIPKU, ale Darek rozumnie zauważył, że jak Tomek stawia to zawsze jest”. Osobliwe OPADZIN Kamila wywołało rozmaite skojarzenia – od prostackiego „opadłe kobiety (?!?)” po poetyckie (Tomka!) „zwiędłe kwiaty”. Kamil z Tomkiem zastanawiali się kto ma ile „BZIKÓW”, a Darek z Donatą mocno zapunktowali stawiając MODLĘ, GO, ID do przedłużonego wcześniej ROBACZYCO[M]. Na stojaku pętało się kłopotliwe „Ź”, a wśród graczy rozważania na temat „dzidź”, „dzidziek”, „zadzidziania” i co może oznaczać np. kategoryczne „zadzidź mnie!” Błysnęło chwilowe zagrożenie niepoprawnością polityczną, zwłaszcza po skojarzeniach z SEMENEM postawionym przez Tomka (z blankiem), paradoksalnie złagodzone NERWUSEM ułożonym przez wyjątkowo tym razem spokojnego Kamila. Następnie znów Tomek i Kamil (czołówka peletonu!) położyli najwyżej punktowane HECE, TER, LEGO w nader chytrym miejscu. Końcówka była trudna, ale jakoś daliśmy radę. Zwyciężył Kamil – 799 pkt, Tomek był drugi – 706 pkt, Donata trzecia – 676 pkt, Paula czwarta – 647 pkt, Jarek piąty – 641 pkt. Wieczór zapadł, padło hasło: idziemy „zadzidziać”, pożegnaliśmy się więc zgodnie i rozstaliśmy wysyłając pozytywne myśli w kierunku Fordonu. Wracaj szybko do zdrowia Bernadeto! {M}
11.09.2013 Ponieważ w „Venie” odbywały się jakieś zajęcia marketingowe, umówiliśmy się w „Orle”. Mimo mocno uszczuplonego składu osobowego (znowu bez Donaty, Andrzeja, Tomka i Jarka), spotkanie było wyjątkowo bogate – zarówno intelektualnie jak i emocjonalnie, czyli z pełną pracą obu półkul. Początek był o tyle zaskakujący, że Bernadeta z Waldemarem przybyli tym razem jako pierwsi i oczekiwali na resztę uczestników na luzie przy posiłku. Zupy dla wszystkich nie wystarczyło, ale ciepła, stołówkowa atmosfera sprzyjała dyskusji na temat przyszłego turnieju w Bydgoszczy. Pojawiła się kwestia sporna, czyli „kto się lubi integrować i dlaczego nie?” oraz kilka pomysłów na lokalizację turnieju. Czas biegł, więc rozstawiliśmy plansze i już po kilku pierwszych ruchach Darek przypomniał Waldkowi, że „rzucił mu rękawicę tydzień temu”, a po kilku następnych skarcił nas za rozmawianie. Na sarkastyczną uwagę Kamila: „zazdrościsz, bo nie masz z kim rozmawiać!”, Darek z godnością odparł, że bynajmniej, bo ma bogate wnętrze! Na planszy pojawił się więc bogaty ruch KTOŚ z OŻYWISZ, a po chwili Bernadeta, nie analizując swojego wnętrza, postawiła piękne NIEMCZY i wkrótce potem – nie wychodząc z umysłowego transu, ale chyba bez aluzji – WYBACZAM. Kamil - tym razem, mimo niepomyślności losowych - absolutnie w pozytywnym nastroju, popisał się wybitnym ułożeniem LANDOWI w zestawieniu z WNOŚ oraz III. Ten komplet literek zatrzymał grę na dłuższą chwilę, gdyż Prezes postawił scrabbla w dyskusyjnym miejscu, bo w słowie BILION miał przestawkę literową. I tu nastąpiła piękna debata, jak w angielskim parlamencie – z izbami oraz speakerem. Kamil zdecydowanie twierdził, że nie zalicza tego ruchu, a Darek – jak przystało na faceta z bogatym wnętrzem – zachowywał spokój i obstawał przy tym, że „przez przypadek ułożył dobrze”. Debata się przedłużała (przeciętny zjadacz chleba miałby kłopot ze zrozumieniem owych zawiłości scrabblicznych), było wiele „za i przeciw”. Bernadeta - nasz klubowy Dobrotliwy Anioł proponowała łagodnie zaliczenie ruchu, Kamil był twardy, a Waldemar – jak Aleksander Wielki pod Issos – grzmiał wielkim głosem: „Zapamiętajmy wszyscy ten moment!”. Tylko Małgorzata martwiła się, że wszystko skończy się awanturą i obrazą. Kultura zwyciężyła i ruch został zaliczony, bo wszak „to tylko zabawa”. Co więcej, Waldek dowiedział się, że całe zamieszanie i tak nastąpiło przez niego, bo nie przyniósł rzutnika z planszą. Lekko wstrząśnięci i zmieszani graliśmy dalej. Po uwadze Prezesa, że „nie można zmieniać po dzwonku”, Kamil zripostował, że wszak właśnie ustaliliśmy, że gramy według reguł „gumowych”. Prezes jednak zauważył, że Kamilowi nie przysługują „gumowe” reguły, bo jest Liderem i ma dawać przykład. I aby podkreślić swoje racje przyłożył nam pod koniec ostrym(!) -jak zauważył Waldek – ruchem BO, AG, CI, OGI. Tym samym uplasował się na drugim miejscu – 686 pkt. Pierwszy był oczywiście Kamil – 755 pkt, trzecia Paula – 652 pkt, czwarta Bernadeta – 652, a Waldemar piąty – 562 pkt. Podjęliśmy jeszcze kilka ważnych decyzji dotyczących organizacji turnieju i rozstaliśmy się wynosząc bogaty duchowo pakiet wniosków, morałów i zasad, bardzo przydatnych nie tylko w scrabblach. {M}
04.09.2013 Spotkanie w „Orle” zapowiadało się wyjątkowo kameralnie, gdyż o ustalonej godzinie było nas pięcioro, z gościnnie przybyłym Radkiem (nie licząc dwóch blondynek przy bezalkoholowym barku, z których jedna okazała się jednak facetem). Z bliżej nieznanych powodów nie pojawili się Andrzej i Donata, Tomek postanowił wzmocnić mięśnie łydek i ruszył do Krakowa na rowerze, a Jarek udzielał się tym razem w II-ligowych rozgrywkach szachowych. Czekając na naszych Członków PFS, których tym razem zatrzymały dłużej obowiązki zawodowe, Darek – w ramach obiecanych atrakcji i niespodzianek – zarządził krótkie rozgrywki w parach: Prezes z Paulą, Kamil z Radkiem. Małgorzata pozostała w roli aktywnego obserwatora. Po dotarciu naszych kolegów szybko rozstawiliśmy plansze do Belgijki. Pierwsze losowanie spowodowało lekką frustrację naszego Lidera, ponieważ – jak się okazało – można było położyć scrabbla (GRONIÓW), ale jakoś nikt na to nie wpadł. Zostało na planszy RINGÓW i poczucie porażki. Nastroje nieco poszły w górę po postawieniu JAZGOTOM (Darek, Paula, Radek) i krótkiej dyskusji na temat „acań”, gdy Darek z nonszalancją objaśnił nieświadomym, że „acanie” to takie lekkie „macanie”. Kamil, nadal niepocieszony po niepostawionym pierwszym scrabblu, narzekał na rzeczywistość i ponure HADESIE (postawione przez Darka, Paulę, Radka i Lidera himself) nie pomogło. Radek zabłysnął postawieniem KLEIKU z UZNAŁEŚ, a po chwili Kamil jakby od niechcenia zagarnął najwięcej punktów za TAG, BA, MAT (mat absolutny!). Ponownie zakręciliśmy się wokół tematu wiodącego, czyli tym razem POMACAŃ, a Kamilowi wyraźnie poprawił się humor jak położył RUBIEŻ, tym bardziej, że nareszcie wysunął się przed Darka na prowadzenie. Po najlepszym ruchu PRAWIŁBY (z blankiem) nastąpiło lekkie zamieszanie, gdyż Pauli rozsypała się plansza, co groziło nie tyle awanturą (podejrzany o współudział był Kamil!), co wstrzymaniem rozgrywek, a Darek pogubił się w liczeniu własnych punktów. Paula jednak szybko się zorganizowała, punkty zostały raz jeszcze przeliczone wraz ze stratami i zyskami i dokończyliśmy łagodnie rozgrywki. Wygrał na szczęście Kamil (bo i tak wyczerpał limit marudzenia) – 792 pkt, Darek jednym punktem za nim – 791 pkt, trzecia była Paula – 732 pkt, czwarty Radek – 692 pkt. Waldemar zniechęcony pod koniec gry („Co ja tu robię?!”) zamknął planszę przed czasem i wyraźnie się uradował, kiedy to z obliczeń wynikło, że jest piąty – 587 pkt. W ramach kolejnych zapowiedzi niespodziankowych Prezes ustalił, że ewentualny podkoszulek dla ewentualnych Miss i Misterów nie będzie mokry, ale sztywny (nadchodzące mrozy) - jako atrakcja. Skończyło się późno. Wyglądało na to, że wychodziliśmy z kina „Orzeł” ostatni, nie wiadomo, kto zamknął drzwi, komu i kiedy...{M}
28.08.2013 Po wakacyjnej przerwie przywiodła nas do Veny – poza oczywistą tęsknotą - pilna potrzeba odmulenia i przywrócenia sprawności rozprostowanym zwojom mózgowym. W oczekiwaniu na kolegów spóźnialskich Darek szybko przeprowadził ćwiczenia z układania siódemek (najlepiej wypadł Kamil) i domagał się głosowania w sprawie kar za spóźnianie z rozróżnieniem na częstotliwość oraz czas. W końcu stan osobowy zamknął się w liczbie 9 (bez Donaty tym razem) i Prezes mógł oficjalnie nas powitać, zaznaczając, że „od dziś do świąt nie będzie przerwy w spotkaniach”. Następnie Waldemar z Bernadetą zostali poproszeni o komentarz „co osiągnęli przez wakacje”. I tu się okazało, że całkiem sporo: przede wszystkim udało im się wyjść cało ze spotkania w Wałczu, podczas którego – oprócz strat na planszy – niektórzy uczestnicy stracili zęby, wiosła oraz zgubili drogę. Udało im się też czasem wygrać, co nie było łatwe, albowiem – jak podkreślił z mocą Waldi – na turnieje nie jeżdżą już słabi. Poza tym nasi koledzy zostali formalnie Członkami PFS, co pozwoli im na bardziej ekonomiczne hulanie po Polsce w ramach licznych turniejów, a nasz klub zyska na powadze i znaczeniu. Tak dowartościowani przystąpiliśmy w końcu do gry. Już na początku nasz Lider – mimo oczywistej niedyspozycji i zasmarkania – postawił scrabbla CRACKIEM, co przyjęliśmy z niedowierzaniem, ale jak zwykle Kamil wiedział co robi. Nie mogliśmy narzekać na literki, wkrótce Darek i Kamil położyli zamaszyste WYRAZOWĄ, a niebawem Kamil ponownie popisał się głęboką i wszechstronną wiedzą stawiając NEOLITÓW. Bernadeta z Waldemarem pokazali, że więzi małżeńskie to nie tylko wspólny stół i łoże, ale także – a może nade wszystko – wspólna plansza i najpierw zgodnie ustawili w najlepszym ruchu LIT, a potem usiłowali nas wkręcić stawiając dziarsko i zgodnie „DZIARNI”, co akurat nie było dobrym strzałem, ale wrażenie harmonii pozostało. Potem było piękne ZDRA[PAĆ] Pauli, krótkie i wybitne „BU” Kamila i ogólne ZACIENIA. Darek, który znów osobiście „potykał” się z Waldkiem zdradzał objawy poirytowania z powodu natarczywych zapytań swojego przeciwnika „czy już masz?”. Tak więc w kolejnym losowaniu (po jednej wymianie) opisy literek werbalizował nareszcie językiem dość pospolitym i zrozumiałym (np. G jak gówno!). Atmosfera się rozluźniła, wygłodniały Kamil zjadł Paulinie rogala, a Darek w spółce z Tomkiem pożarł Małgorzacie śliwkę w czekoladzie. Poboczne podśmiechujki Prezes skomentował: „Nie można się umawiać na stawianie głupich wyrazów”. No cóż, trudno. I tak wygrał zasmarkany Kamil – 830 pkt, kaszląca wdzięcznie Paulina była druga – 718 pkt, Tomek trzeci – 675, czwarty Andrzej – 664 pkt, a Darek piąty – 633 pkt, wyprzedzając Waldemara o 4 punkty. Za tydzień mają być niespodzianki (?) i atrakcje (!), zapraszamy! {M}
07.08.2013 Afrykańskie niemal upały nie osłabiły naszych chęci do umysłowej gimnastyki, a instynkt stadny przywiódł nas do Veny w składzie 7-osobowym. Grupa menedżerska stawiła się grubo przed czasem i czy to z powodu gorąca, czy może nadmiaru wrażeń, Kamil domagał się dramatycznie nowego urządzenia elektronicznego, Prezes zamacerował sandały w occie, a Paula po prostu olśniewała po peelingu z piasku. Waldemar z Bernadetą wędrowali szlakiem turniejowym ze scrabblem po kraju, Jarek tajemniczo się nie pojawił. Przyszedł Andrzej po urlopie i błysnął dostojną opalenizną, Tomek, któremu czas „zlał się w szarą papkę” wpadł z rozwianym włosem w ostatniej chwili, zaraz za Donatą (w pięknej sukience!), którą – jak się okazało – Darek zaczepiał wcześniej na „zagraju”. Tak więc nadzieje Małgorzaty na zajęcie punktowanego miejsca znacznie osłabły. Lekką konsternację wywołała zapowiedź Prezesa o konieczności wzbogacenia klubowych wrażeń przez zorganizowanie wyborów Miss Klubu (a może Mistera?), co ma nastąpić po wakacjach. Oczywistą euforię z tego powodu pohamowało konkretne pytanie Lidera: a na czym to ma polegać? Prezes wiele nie powiedział, dyplomatycznie obiecał atrakcyjne niespodzianki, szykujmy więc formę i przemówienia. Po nostalgicznym telefonie od Waldemara i otarciu łez wzruszenia przystąpiliśmy wreszcie do Belgijki. Od początku wszystkich zdystansował Kamil, który prezentował olimpijską formę i miał wszystkie najlepsze ruchy. Od smakowitego scrabbla KOŁDUNEM, poprzez AGEMIE („agema” okazała się oddziałem wojskowym a nie ropuchą!), kolejny scrabbel NADAWANO (opcjonalnie z NADWORNA) z blankiem, POMARŁY (też PORYŁAM). Mimo dwóch wymian nie mieliśmy szans z następującymi po sobie w raperskim stylu: ER, ROB, OKO, BA, upominającym: PST oraz para-sinologicznymi: GO, GIN, ZIM. Wymiękliśmy, a Kamil zgarnął 817 punktów i I miejsce. Drugi był Darek – 712 pkt, trzecia Donata – 710 pkt, czwarta Paula – 685 pkt, piąty Tomek – 678. Rozgrywki wzbogacane były jak zwykle rozmaitymi złotymi myślami, w tym Prezesa: „Myśl sercem!” - to do Tomka, „Bo was rozsadzę!” - do Kamila i Pauli, „Pierwszy raz mnie przekonaliście, robię się coraz bardziej miętki...” - do ogółu. Kamil nas chciał przestraszyć grożąc: „Ostatni raz w życiu gram w to gówno...”, ale nie uwierzyliśmy. Przed nami trzytygodniowa przerwa, więc Lider wróci do równowagi, a Prezes wjedzie na rowerze na Rysy (!?) i naładowany endorfinami zakupi co trzeba. Fantastycznego i bezpiecznego urlopu! {M}
31.07.2013 Spotkanie w kinie Orzeł zaczęło się z lekkim poślizgiem, dzięki czemu uniknęliśmy kolejnego sprawdzianu z 3-literówek (tym razem podstępnie niezapowiedzianego przez Prezesa!). Z wakacyjnego wyjazdu wrócił Kamil i z miną arcyszelmy oświadczył, że Paulinę zostawił zakopaną w piasku, tym samym usprawiedliwiając jej nieobecność. Z kolei Andrzej wyjechał na urlop, ale połączył się z nami tęsknym smsem. Po tradycyjnym powitaniu Darek przypomniał, że Bernadeta i Waldemar za tydzień bronią barw klubowych na turnieju w Słupsku, umacniając jednocześnie „kształtowanie przyjaźni Bydgoszcz-Inowrocław” (cyt. za Prezesem) za sprawą tajemniczej podwózki (?). Prezes poruszył ważną kwestię identyfikacji klubowej, czyli ewentualnych znaczków, kokardek, blaszek policyjnych na zawieszkach, etc. Temat się jednak zawiesił, ale jakiś entuzjazm i zrozumienie dla idei zaiskrzyły. W końcu - przy akompaniamencie osobliwych odgłosów z kuchni na zapleczu – rozpoczęliśmy grę. Już na początku dobrze rozmasowany Waldemar pod TALIĄ położył HOJ, co było znakomitym ruchem, a wkrótce potem ułożył SPRAŁO, też w wysoko punktowanym miejscu. Bernadeta akurat tam miała tzw. literówkę, więc przeoczyła okazję, co Waldek skwitował mężowskim zdumieniem, że wszak „od wczoraj się opierasz?!” Na stojaku ciągle pozostawało podwójne WW (tak jest!), jednak po kolejnych losowaniach planszy pojawił się scrabbel KRZEWNI i KRZEWIN. Wystąpił krótki problem ze znalezieniem F na niektórych stolikach, na co Prezes rzucił krótko: „Kto nie ma F – odpada!”. Pełna mobilizacja zakończyła się mistrzowskim posunięciem Kamila - FIGOWCE - w zestawie z TONI i HIFA. Chwilę zajęło wyjaśnianie, że można się „rypać”, ale nie „zrypać”, po czym Kamil zabłysnął wiedzą enologiczną i jak wytrawny (czy może półsłodki?) sommelier położył pięknego scrabbla ARIZONIE. Dobrnęliśmy do końca gry w dobrych nastrojach. Wygrał Kamil – 787 pkt, druga była Donata – 668 pkt, trzecia Bernadeta (po raz pierwszy w historii!!!- jak zakrzyknął Prezes) – 621 pkt, czwarty Darek - 610 pkt (po odliczeniu wyniku gościnnie występującej Asi – 4 miejsce), piąty Tomek – 595 pkt. W ramach uniwersyteckich szkoleń Waldek nauczył Małgorzatę profesjonalnie wiązać woreczek. Ten od literek. Ze szkolenia skorzystał też Jarek. {M}
24.07.2013 Po turniejowych potyczkach nie odpuściliśmy i w składzie 7-osobowym – bo to wszak wakacje, urlopy, itp. - stawiliśmy się do Veny. Profesor Kamil byczył się w tym czasie gdzieś nad morzem, więc skoro nie był przewidziany wykład, Prezes postanowił przeprowadzić ćwiczenia ze sprawdzianem, o czym lojalnie uprzedził na forum. Tak więc po załatwieniu formalności księgowo-składkowych i podliczeniu aktywów zrobiło się jeszcze goręcej i niektórzy (tak jest!) nawet chcieli zdejmować spodnie. Ostatecznie spodnie zostały na miejscach, a Darek wylosował literki, z których mieliśmy ułożyć „siódemki”. Po przewidzianym czasie okazało się, że najlepiej wypadli Tomek i Donata. Żarliwą debatę na temat „pokulam” przeprowadzili Waldemar z Darkiem: jak to jest możliwe, że słowa znane i lubiane są niedopuszczalne?! Waldemar srodze zawiedziony, że niczego już sobie nie „pokula” w końcu odpuścił. Jeszcze tylko krótkie sprawdzenie 3-literówek na „E” i po tej intelektualnej rozgrzewce rozpoczęliśmy Belgijkę. Początek zaowocował wysypem scrabbli: TAROWANY, RATOWANY, OSTATNIA. Składy liter sprzyjały wytrawnym graczom, punktów przybywało. Na czoło wysunęli się Donata, która ze spokojem Stevena Seagala rozgrywała swoją partię, oraz Tomek, który ot, tak, po prostu sypał jak z rękawa nieznanymi wyrazami (np. BIDŁU) ku konsternacji ogółu. Sytuację ratował Andrzej, bo jak porządny student zawsze ma przy sobie podręcznik i mógł sprawdzać od razu znaczenia owych osobliwości. W efekcie wraz ze wzrostem puntów rosła też nasza wiedza. Interesujący pojedynek stoczyli Bernadeta z Waldemarem, którzy - jako wzorowa para - jeśli w ogóle walczą, to tylko na planszy. Nagrodą w owym małżeńskim starciu miał być masaż trwający tyle minut, ile wyniesie różnica punktów. W ostatecznym rozrachunku zwyciężył Tomek – 777 pkt, druga była Donata – 750 pkt, trzeci Darek – 728 pkt. Waldemarowi udało się pokonać Bernadetę 2 punktami – 692 do 690. I tu nasuwa się pytanie: jak skutecznie wymasować faceta w dwie minuty? Bernadeto! Trzymamy kciuki! {M}
19.07.2013 Na Wielkoscrabblowy Turniej Klubowy w Venie przybyliśmy ochoczo i tłumnie – 14 uczestników, w tym troje gościnnie – byli członkowie klubu: Asia, Dorota i Piotr. Zapowiadała się poważna impreza – obok dwóch rzędów czarnych stołów z planszami i zegarami były dwa dodatkowe – jeden z nagrodami, a drugi z furą jedzenia, dostarczonego przez samych klubowiczów. Tutaj wyraźnym powodzeniem cieszyła się babka ziemniaczana, konkurując z szybko znikającą sałatką z kurczaka w curry i bobkiem. Prezes wdzięcznie wszystkich powitał, profesjonalnie podobierał i wystartowaliśmy około godz. 19. Czas mijał szybko. Niektórzy z błyskiem w oku „dowalali” przeciwnikom układając wymyślne scrabble, inni musieli się borykać z niewdzięcznymi składami liter. Ową niepomyślność losową skomentował prosto a dosadnie Kamil, lekko poirytowany nisko punktowanymi swoimi wygranymi: „To najbardziej idiotyczna gra na ziemi...”. W przerwach prowadzono dyskusje panelowe o „przedłużkach” i znaczeniach niektórych osobliwych i trudnych wyrazów. Darek od czasu do czasu pogrzmiewał „nie rozmawiamy!”, Waldemar w przerwach robił zdjęcia zmagającym się, jedzenie znikało, mózgi dymiły. Po jednej z rund okazało się, że dziewczynom zaginął gdzieś blank, a plansza w ogóle ustawiona była odwrotnie. Więcej światła! - chciałoby się zakrzyknąć, bowiem zapadła już noc, więc włączyliśmy lampki, które dodatkowo podgrzewały i tak już gorącą atmosferę. Rozegraliśmy 6 rund i około północy Prezes triumfalnie ogłosił wyniki. Pierwsze miejsce przypadło Donacie (dzięki za super ciasto!), która po 5 wygranych zdobyła 2348 punktów, II miejsce zajęła Ewelina – 4 wygrane i 2518 pkt, III miejsce Asia – 4 wygrane i 2263 pkt. Kamil tym razem czwarty z wynikiem 2216 pkt, ale w całkiem dobrym nastroju. Piąty był Waldemar, który walczył z samymi tuzami i zdobył w 4 wygranych 2034 pkt. Po 3 wygrane zaliczyli kolejno: Darek – 2261 pkt, Andrzej, który wyglądał wreszcie na zadowolonego – 2017 pkt i Paulina – 1886 pkt. Tomek, Jarek i Bernadeta zaliczyli po dwie wygrane, a Małgorzacie dowalili wszyscy, ale ktoś przecież musi być ostatni. Nagrody zostały pobrane i turniej został pomyślnie zamknięty. Nie zdołaliśmy co prawda na koniec poukładać stołów w równy kwadrat, ale za to blank się znalazł. Rozstaliśmy się w środku nocy, lekko podekscytowani i przejedzeni. W sumie bardzo udane spotkanie! {M}
10.07.2013 Spotkanie w Venie obfitowało w wielopłaszczyznowe atrakcje intelektualne. Było nas dziewięcioro. Nastąpiło zapowiadane otwarcie szkoleń uniwersyteckich (proponuję nazwy: BUS – Bydgoski Uniwersytet Scrabbliczny, UKW – Uniwersytet Kamila Wielkiego, WSS – Wyższa Szkoła Scrabbla, HSS – High Scrabble School, etc.) z inauguracyjnym wykładem Kamila. Generalnie wykład dotyczył strategii gry, umiejętności dobrego otwarcia i opierania się pokusom np. ułożenia scrabbla w miejscu, gdzie bardziej może zyskać przeciwnik. „Przy ogromnej przewadze punktowej blokujemy przeciwnika” - podkreślił Profesor i skonkludował: „W scrabblach najdłuższe słowa nie zawsze są najlepszymi”. Tę uwagę skwitował z błyskiem w oku Waldemar (tak jest!) - „Po raz pierwszy zacząłem inaczej myśleć!”. Andrzej – wczuwając się w rolę niepokornego studenta – dociekał w akademickiej dyskusji z Kamilem szczegółów takiego myślenia. Pomimo ataków, Profesor twardo podkreślał istotę celu gry, czyli dowalenie przeciwnikowi.. Po prelekcji Kamila Waldemar i Bernadeta podzielili się wrażeniami z turnieju w Ostródzie. Waldemar the Great z dumą podkreślił, że wygrał z pięcioma mocarzami i jednym cienkim. Wspomniał też zniesmaczony o jednej z przeciwniczek, która mówiąc elegancko grała nie fair, a mówiąc konkretnie wrednie go orżnęła. Darek dodał od siebie, że sposobów oszukiwania jest bardzo wiele i sam podał przykłady z głośnych spraw turniejowych PFS (wprawiając w osłupienie Małgorzatę, która widocznie sądziła, że w scrabblach wszyscy się traktują z miłością bliźniego). Pozostając ogólnie pod wrażeniem, choć z lekkim uczuciem niedosytu, przystąpiliśmy z opóźnieniem do gry, po czym szybko na planszy pojawił się scrabbel REGALIÓW (w kwestii opóźnień w ogóle, Prezes Darek rzucił propozycję kar: za trzy spóźnienia – 50 zł, płatne na wspólne konto opłat za przynależność do uczelni: 83 3412 0000 0001 4509 0003). Graliśmy w tempie. Ciekawy wyraz ułożył prof. Kamil – WIHAR, a jeden z lepszych ruchów należał do Donaty (PIN), której z wykładu szczególnie zapadło w pamięć to, że „wyrzucamy F i H”. Tomek naskładał 500 punktów, po czym wymknął się w pośpiechu nie dokończywszy gry. Profesor Kamil wygrał ze swadą – 701 pkt, druga była Donata – 653, trzecia Paula, czwarty Darek – 558. Piąte miejsce ex aequo zajęli Andrzej i Bernadeta – 502 pkt: - w pewnym momencie gry Waldemar stanowczo rzucił uwagę Bernadecie: „Spójrz na Andrzeja!”, więc – mimo oddalenia – wzajemny urok, sąsiedztwo, czy też fluidy intelektualne wpłynęły na postanie tej równowagi. W przyszłym tygodniu planujemy maraton scrabblowy, więc już teraz każdy powinien ułożyć własny grafik wysypiania się, aby w pogodnym nastroju i dobrej formie dowalać przeciwnikom. Na planszy oczywiście. {M}
03.07.2013 Spotkaliśmy się w Venie w składzie wystrzałowym, czyli w dziesiątkę. Na stole oprócz plansz pojawiło się sporo węglowodanów – Andrzej chciał uczcić pierwszą rocznicę członkostwa w klubie, a Małgorzata powrót z bezmyślnego urlopu. Już na wejściu Prezes Darek z Liderem Kamilem zainicjowali krótką debatę na temat planowania strategii i czasu gry, chwilowo bez konkluzji. Natomiast od kolejnego spotkania ma zacząć działać Uniwersytet, czyli będą wykłady i ćwiczenia, a rolę Mistrza i Profesora obejmie Kamil. Po tradycyjnym powitaniu i powierzchownych rozważaniach o tym jak zrobić planszę z odpadów śmieciowych przystąpiliśmy do Belgijki, która – jak autorytatywnie stwierdził Lider „jest najlepszą odmianą Scrabble”. Darek – niczym scrabblowy capo di tutti capi - tak zarządzał losowaniem, że litery same prowokowały powstanie mafijno-gangsterskiego układu wyrazów: „ćpanej”, „heroina” (piękny scrabbel postawiony przez Kamila, Andrzeja i Jarka), „rzeź”, „marnieć” oraz „okpionej” (kolejny scrabbel z wykorzystaniem blanka). Dobrą serię najlepszych ruchów miała Bernadeta, pilnie trenująca przed turniejem w Ostródzie. Ewelina – po dłuższej nieobecności – cichutko, ale skutecznie pokreśliła swój Wielki Powrót, osiągając drugi wynik - 693 punkty. Równie spokojnie, z powodzeniem grała Donata – 649 punkty, za nią milczkiem Jarek – 645. Piąta była Paulina, która jeśli się odzywa, to tylko szeptem i tylko do Kamila. Wielcy scrabblowi oldboye: Waldemar (tak jest!) i Darek walczyli z pasją do ostatniej litery; wirtuozerski Vi-Waldi pokonał kilkoma punktami Darka, co ów przyjął na klatę dzielnie, choć nie bez dozy uszczypliwości. Jakby ktoś miał wątpliwości, to z kronikarskiego obowiązku należy przypomnieć, że z wynikiem 734 p. wygrał oczywiście Kamil. {M}
19.06.2013 Venia była dla nas miejscem plenarnego spotkania przy okrągłym-kwadratowym stole. Po sprawozdaniu z pobytu w Konojadach i przegłosowaniu postulatów organizacyjnych zajęliśmy się regulowaniem składek klubowych i podziwianiem zdobytego przez Andrzeja nowego zestawu Scrabble. Po wymianie zdań między Darkiem a Kamilem na temat przydatności wykreślania liter podczas rozgrywki przyjęliśmy projekt szkoleń klubowiczów w zakresie strategii gry turniejowej. Poczekamy na powrót Małgorzaty z urlopu i rozpoczniemy cykl doszkalający. Mimo gorąca panującego wszędzie rozgrywka była chłodna i wyważona. Kilka kolejnych jednomyślnych glosowań technicznych (tutaj powinni znaleźć się jako obserwatorzy posły z sejmu IVRP) przerzucało losy rozgrywek z jednych torów na inne. Kilka scrabbli na osłodę kolejnych „złych”, czy wręcz „wściekłych” liter ustaliło w sposób zasadniczy i nieodwołalny kolejność zawodników. I tak na pierwszym miejscu znalazł się (po krótkich poszukiwaniach) wiecznie szepczący z Pauliną Kamil, na drugim rzeczona wcześniej Paulina, na trzecim w bardzo cichym i jednocześnie podstępnym stylu Jarek. Kolejne starcie startych już dosyć tytanów gry Waldka i Darka zakończyło się dla obu przyspieszonym tętnem i spotniałymi koszulkami, w tym Waldek (tak jest!) tymczasowo uzyskał znaczącą przewagę nad swoim wiecznym adwersarzem. {D}
12.06.2013 Spotkanie bardzo przedturniejowe: w weekend wyprawa do Konojadów. Stawiliśmy się gromadnie, bez Waldemara (bardzo zapracowany) i Jarka (może przetrenowany?). Zaczęło się pięknie i formalnie. Dziś dołączył do grona klubowiczów Jakub. Prezes Darek zadbał o atmosferę osobiście: rozłożył plansze, zegary, powitał uczestników, pouczył o tym co należy i sprawnie połączył nas w stosowne pary (do rozgrywek oczywiście). Ponieważ przybyliśmy w liczbie nieparzystej, nasz lider Kamil podjął walkę na dwóch planszach, co w jego przypadku wcale nie oznacza zwiększenia szans przeciwników. Rozegraliśmy trzy rundy w dyktowanym przez zegary tempie, czyli dość szybko. Wysoki poziom koncentracji sprawił, że nawet nie słyszeliśmy marudzenia Kamila, co – jak twierdzi Prezes – mamy zagwarantowane zawsze. Co więcej, nasz lider ze spokojem grabarza przyjął fakt, że w pierwszej rundzie nadspodziewanie Andrzej (który zawsze deklaruje się jako ten, który nie umie grać i jest w ogóle słaby) go pokonał. Tomek dyskretnie i zwodniczo ziewający, dotleniony po rowerowych wyprawach, układał literki z pasją. Darek dydaktycznie i wyrozumiale, aczkolwiek bezwzględnie, podobnie Bernadeta. Donata i Paulina cichutko rozgrywały swoje idąc z przeciwnikami prawie „łeb w łeb”. Małgorzata z Kubą odnaleźli wspólny mianownik w ostatniej rundzie, gratulując sobie dotrwania do końca, chociaż Kubie wyraźnie przeszkadzał zegar i konieczność pamiętania o jego stosowaniu. Wieloznaczna maksyma Prezesa Darka: „To będzie procentować w dalszym życiu twoim” rozwiała wątpliwości na ten temat
Turniej zakończył się zwycięstwem Kamila, który jako walczący z wieloma miał do wyboru I lub III miejsce, więc wybrał I z punktacją 1319! Drugi był nie umiejący grać Andrzej – 1177 punktów, trzeci Tomek – 966. Na dalszych miejscach uplasowali się kolejno: Darek i Paulina. Pozostali byli usatysfakcjonowani uczestnictwem i sportową atmosferą. Teraz pozostało trzymać kciuki za naszych kolegów na turnieju wyjazdowym. Powodzenia! {M}
05.06.2013 Spotkaliśmy się w kinie „Orzeł” w „dziesiątkę”. Wprawdzie zabrakło Donaty i Tomka, ale dołączyli do nas gościnnie Jakub i Radek. Zanim przystąpiliśmy do belgijkowych rozgrywek Prezes przypomniał o zbliżającym się turnieju w Konojadach i konieczności szykowania formy. O tę zadbał wcześniej Jarek, który – jak się okazało – cichaczem wziął udział w turnieju w Milanówku i godnie nas reprezentował, przywożąc puchar „Dla najlepszego debiutanta”. Gratulując Jarkowi Prezes Darek uświadomił nam, że ten puchar i tak jest zasługą Prezesa, bo to właśnie Prezes umożliwił Jarkowi zachowanie statusu debiutanta. Tak jest! - jakby powiedział Waldemar. Potem było nieco zamieszania, bo czekaliśmy w napięciu na pędzącego do nas Andrzeja, którego 6 minut trwało i trwało, a następnie Jarek - jeszcze wyraźnie oszołomiony sukcesem - zakosił Małgorzacie „ć”. Kamil wygłosił krótki merytoryczny wykład na temat zasad gry oraz wyraził zaniepokojenie w związku z tym, że obok trwały przygotowania do wyraźnie głośnej imprezy. Wszystko skwitował Darek sentencją: „Musimy umieć grać w każdych warunkach”. Rozgrywka potoczyła się w miarę gładko mimo ciągu niekorzystnych losowań („piętnaście „I” na stojaku!” – cyt. Kamila), Radek szybko postawił scrabbla „MIODOWY”, następnie Kamil w tymże ruchu piękne „MASONERIA”. Krótka wymiana zdań na temat: kto do kogo mówi „luj” i w jakich okolicznościach, sprowokowana została zdziwieniem, że ów wyraz jest niedopuszczalny, ale tylko w grze, wszak nie w życiu.
Pod koniec zmagań pojawiły się jeszcze dwa scrabble: „MACZANA” i „ZWRACANA”, po czym w szybkim tempie zakończyliśmy spotkanie. Jak zwykle wygrał Kamil – 861 punktów, za nim Paulina – 734. Kolejni byli Jarek, gość – Radek i Darek. Za tydzień – jak zapowiedział Prezes – mamy grać w (o!)parach: sparring przed turniejem! {M}
29.05.2013 Spotkaliśmy się w „Venie” w nieco okrojonym składzie (zabrakło imprezujących postronnie Waldemara i Bernadety, a także Jarka i Tomka). Dzięki temu tabliczka czekolady przyniesiona przez Donatę została korzystniej podzielna. Przystąpiliśmy więc do Belgijki w pozytywnych nastrojach. Trochę się popsuło, gdy – mimo wszelkich starań naszego Prezesa i magicznych chuchań do woreczka – literki nie losowały się „po myśli”. W poirytowanej wymianie poglądów na temat scrabbli w ogóle i życiowego pecha, padały również propozycje spotkań w innych celach, np aby pograć w pokera, chińczyka lub na instrumentach dętych. Była jedna wymiana, kilka strat i żadnego scrabbla. Kamil dyplomatycznie udał, że się obraża i odstąpił od dalszych zmagań, tym samym dając szansę innym. Darek popisał się wdzięcznym ruchem i zaskoczył wszystkich układając zamaszyście wyraz „W[Ł]OSOWATY”. Wygrała Donata zdobywając 677 punktów, drugi był Darek, który mimo dwóch strat dzielnie nadgonił. Trzecie miejsce przypadło Paulinie, czwarte Andrzejowi. Dzięki rycerskości Kamila, który postanowił (jako pozornie obrażony) w drugiej części rozgrywek pozostać biernym obserwatorem, ostatnie punktowane miejsce zgarnęła Małgorzata. Na osłodę jeszcze zjedliśmy po kawałku czekolady i w atmosferze snucia planów nocnego maratonu scrabblowego rozstaliśmy się w miarę pogodnie. Jest dobrze. {M}
22.05.2013 Spotkanie w Venie. Zabrakło naszej kronikarki, która po okazaniu usprawiedliwienia z tygodniowym wyprzedzeniem oddawała się w tym dniu innym zajęciom. Pojawiła się za to nowa klubowiczka Paulina (prawie w dniu swoich imienin) i sypnąwszy żwirem spod ogumienia na siedzącego w pobliżu Darka zajęła 3 miejsce. Ciężka literka dała wszystkim w kość. Dzięki niej gra była trudna i elektryzująca, ponieważ na każde 5 pkt odstępu należało nieźle popracować. Było kilka wpadak, darcie włosów z głowy (Waldek, Kamil) i okraszonych radością tryumfów ruchowych (Bernadeta). Ostatecznie z kilkoma stratami zwyciężył Kamil, na drugim miejscu - wyjątkowo razem - Donata z Tomkiem. {D}
15.05.2013 Wczorajsze spotkanie odbyliśmy w kinie „Orzeł”. Do naszego grona dołączył gościnnie nowy kolega – Jakub, który po krótkim szkoleniu, również przystąpił do rozgrywek i dzielnie dotrwał do końca. Tutaj należy podkreślić talent pedagogiczny Kamila, który aktywnie zaopiekował się Jakubem. Poza tym mamy nową klubowiczkę – Paulinę (również po szkole Kamila!) tak więc zespół się wzmacnia. Graliśmy w Belgijkę. Przez 7 pierwszych rund prowadził Waldemar, którego energia roznosiła a umysł pracował jak burza. Kamil – nieco za Waldemarem – nie dawał za wygraną. W atmosferze tak zaciętej rywalizacji w pewnym momencie nawet Darek zakręcił się chwilowo w liczeniu punktów, ale szybko ogarnął sytuację. Bernadeta była nieco zatroskana, tym bardziej, że Waldemar ostro zapowiedział: „nie będzie kolacji!”. (Na szczęście w „Orle” były świeże muffiny.) Jarek w dobrej formie (po przebytej chorobie), Tomek – nieco z boczku - grał cichutko, ale skutecznie. Niespodzianki nie było. Wygrał znowu Kamil z liczbą punktów 716. Drugie miejsce zajął Waleczny Waldemar, trzeci był Tomek, dobrze dotleniony po treningu rowerowym w Myślęcinku. Tuż za Tomkiem uplasował się Darek, ustępując mu tylko 4 punktami, a piąty był Jarek, też dzielnie walczący i w niezłej formie. Małgorzata – na razie na stałej pozycji przegrywającego – robi postępy, przegrywa z narastającą nieustannie ilością zdobytych punktów. Czyli ogólnie – jest nieźle. {M}
08.05.2013 Po majowym świętowaniu spotkaliśmy się pełni zapału i weny w „Venie”. Przed przystąpieniem do rozgrywki skrupulatny Prezes Darek przypomniał, że było to 15 spotkanie w tym roku, a już 113 w ogóle. Krótko omówiliśmy ewentualne perspektywy uczestnictwa w czerwcowym turnieju w Konojadach, możliwości transportu i aprowizacji, a następnie rozpoczęliśmy belgijkowe zmagania. Już w pierwszych ruchach wszystkich zdystansował Kamil układając ARIELOWI. Ponieważ były wymiany, odnosiliśmy wrażenie, że zwielokrotniły się nagle „Y”, „S” oraz „I”. Andrzej maksymalnie skoncentrowany na wykreowaniu najlepszych słów w pewnym momencie pogubił się w liczeniu punktów. Spontaniczną wymianę poglądów zakończyła złota myśl Prezesa Darka: „za kłócenie się nie wolno szukać dodatkowego ruchu”. W końcu solidarne wsparcie kolegów pomogło – Andrzej dokonał ponownej analizy ustawień, odzyskał punkty i humor.
Rozgrywki wygrał Kamil, (mimo iż kilka razy groził, że wyjdzie i więcej nie wróci!) osiągając diaboliczny wynik 666 punktów. Druga była Donata i tym samym uzyskała pozycję wicelidera klubu w ogólnej klasyfikacji– gratulacje! Trzecie miejsce przypadło Andrzejowi, który dzielnie nadrobił w końcówce gry. Czwarty był Darek, piąta Bernadeta. Waldemar był wyindywidualizowany i bardzo tajemniczy. Usiadł w oddali, nie chciał ujawnić wyniku, ale wyglądał na zadowolonego. Tego się trzymajmy! {M}
24.04.2013 Po weekendowych zmaganiach w Inowrocławiu spotkaliśmy się tradycyjnie w Venie. Ponieważ nie wszyscy klubowicze mogli uczestniczyć w turnieju, na początku spotkania nasi koledzy krótko skomentowali to wydarzenie - komentarze były rozmaite, z zastosowaniem rozwiniętego i interesującego każdego scrabblistę słownictwa. Omówiona została kwestia „barzanta” ze wskazaniem (na przyszłość!) na wzmożoną czujność wobec przebiegłości przeciwnika. Następnie rozegraliśmy partię Belgijki, prześcigając się w układaniu scrabbli (oprócz Małgorzaty, która dopiero wychodzi z powijaków scrabblowych). Wygrał niezawodnie Kamil, drugi był Jarek – w dobrej formie mimo rekonwalescencji pochorobowej, trzecia Donata. Czwarte miejsce zajął Darek, który niewielką ilością punktów przebił Andrzeja. Nieusatysfakcjonowany był Waldemar (tak jest!!!), ale nie zawsze bywa lekko...{M}
13.03.2013 Graliśmy w parach. Niezawodnie zwyciężyła Donata, na drugim miejscu Tomek, na trzecim Bernadeta!
13.02.2013 Od dzisiaj mamy nową klubowiczkę - Małgorzatę. Graliśmy w szybkim tempie. W pierwszym ruchu scrabbel, później jeszcze kilka. Kamil od początku do końca w dobrej formie nie dał nikomu szansy na prowadzenie, za to na drugim miejscu nastąpiło kilkukrotne przetasowanie. Ostatecznie po zmaganiach na pierwszym miejscu Kamil, na drugim Donata, na trzecim Darek.
16.01.2013 Korzystając z parzystego składu osobowego urządziliśmy miniturniej. Zegary, regulamin, rozstawienia - wszystko to nadało powagi sytuacji. Każdy z nas stanął na wysokości zadania i wyciskał z siebie siódme soki (nie mylić ze zniżką promocyjną). Juz po pierwszej rundzie wyłoniło się dwoje faworytów: Donata i Waldemar. Dobre, konkretnie punktowane ruchy, szybka gra i świetna gospodarka stojakami, doprowadziła ich na podium. Donata zdeklasowała wszystkich. Po dwóch rundach od reszty stawki zaczęła odtawac o 300 małych punktów i zajęła pierwsze miejsce (+/- 940pkt). W niedalekiej odległości rozgościł się na drugim miejscu Waldemar (+/-780 pkt), a za nim Tomek, który w bardzo spokojnym rytmie pokonał resztę rywali.
14.11.2012 Na pierwszym miejscu po LATAWCOM - Kamil, drugie miejsce po walce Ewelina, na trzecim Dorota. Należy też wyróżnić świetna formę Bernadety.
17.10.2012 No i po zawodach. Spotkanie odbyło się w bardzo przyjaznej atmosferze. Inowrocławianie przyjęli Nas z otwartymi ramionami. Po powitaniach zasiedliśmy do gry - a raczej - próbowaliśmy zasiąść. Okazało się, że Darek spakował się zbyt oszczędnie dla swojej masy mięśniowej. W wyniku tak dalece posuniętej aserywności zabrakło kliku zestawów do gry. Jednak i tu gospodarze sprostali temu nieoczekiwanemu zadaniu i szybko, kosztem pospiesznej wizyty w domu, przynieśli prywatne, dodatkowe woreczki z płytkami. W końcu mogło się zacząć. W drugim ruchu Wojciech Gołęcki oślepił wszystkich swoim błyskotliwym scrabbblem SORB[e]NT i wysunął się silnie na czoło stawki. Później podlegajacy degradacji emocjonalnej szarzejący w ciszy Darek popisał się scrabblem SZARZENI. W odpowiedzi przedstawiciel Inowrocławia Mariusz Michalski szastnął wyrazem WYBIJAK z premią 2x2. Dalej było już dosyć spokojnie. Kamil jak górnik przekopywał się w pocie czoła i ze zmęczoną miną do swojego zwycięstwa. Ostatecznie w swoim majestacie i spokoju sędzia w osobie Mariusza Kubickiego ogłosił wyniki: na pierwszym miejscu Kamil Nawrocki - Bydgoszcz!, na drugim Wojciech Gołęcki - Inowrocław, na trzecim miejscu Ewelina S*dłowska - Bydgoszcz! Na każdego czekały wspaniałe nagrody. Byliśmy częstowani kawą, herbatą i ciastkami. Było ciepło i jasno, było - super. W oczekiwaniu na rewanż u Nas oddajemy się zasłużonemu poczuciu zadowolenia.
10.10.2012 Odbyliśmy spotkanie krzepiące nasze mięśnie do zmagań z grupą do zadań specjalnych z Inowrocławia. Właśnie tam za tydzień spróbujemy zabrać im wszystko, a nie oddać nic. Humory w normie. Przyszedł Jędrzej i to właśnie na jego skórze trenowaliśmy. Manewry bojowe zakończyły się zgodnie z planem. Nasi górą! Bardzo trudne składy i krótkie słowa. Jeden, jedyny scrabbel postawiły cztery osoby. Waldek nie załapał się do tej grupy, a mimo to w ostatecznym rozrachunku zdołał przeskoczyć Darka. Kamil popisał się wyrazem HOBO, Donata NACYJ (jako jedyna), a w 17 ruchu jako najlepsze postawiła Bernadeta. Pierwsze miejsce Kamil, za nim Ewelina i Donata. W takim składzie możemy zaszaleć!
05.09.2012 Spotkaliśmy się w lokalu załatwionym przez Donatę. Miłe miejsce, sporo przestrzeni do gry. Graliśmy w parach 3 rundy po 15 minut, systemem połówkowym. W pierwszej rundzie spektakularnie Waldek ograł Darka. Ostatecznie po zmaganiach na wysokim poziomie litery najbardziej uśmiechnęły się do Eweliny. Na drugim miejscu uplasował się Kamil, na trzecim Darek.
22.08.2012 I po urlopach! Wszyscy wypoczęci (prócz zapracowanego Kamila) zabraliśmy się do grania. Po kilku losowaniach emocje opadły. Literki wyraźnie niewypoczęte kłębiły się na stojakach bez ładu i składu. Cała gra była walką z nimi i ciemnością. Najlepiej widział Kamil i udowodnił to jedynym scrabblem MĘTNAWO. Tym sposobem zabrał Piotrowi pewne już zwycięstwo. Trzecia powoli tradycyjnie została Donata. Co z resztą - nikt nie widział z naturalnych powodów - przecież już zapadła noc...
01.08.2012 Dziś wyjątkowo graliśmy w składzie 6 i 1/2. Po świetnym starcie Waldek wycofał się z gry na rzecz rozmowy z Andrzejem S., który to nas odwiedził (wraz z Ireną). Po tym fakcie wszystko już zostało przesądzone. Kamil narzekając na "nie-ten-dzień" poczynił dwie straty. Piotr bez narzekania na brak sprzętu optycznego dobrze rozegrał partię i zajął pierwsze mniejsce. Kamil przyjął drugie miejsce. Miłym zaskoczeniem (a może to już nie zaskoczenie?) okazał się wynik Donaty - trzecie miejsce.
18.07.2012 Belgijka. Bardzo ładne składy liter, chociaż na koniec zostały same spółgłoski. W pierwszym ruchu sporo osób znalazło scrabbla z liter CNYTER* - CYsTERN, co spowodowało rozwarstwienie się grupy. Ewelina do końca dzielnie broniła swojej pozycji lidera i z kompletem scrabbli na koncie zakończyła potyczkę na pierwszym miejscu. Zaraz za nią uplasował się Waldek, który wspiął się (dzięki rozgrzebanemu projektowi) na wyżyny swojego umysłu. W sporym odstępie za nimi znalazł się Darek.
11.07.2012 Graliśmy w parach. Po dwóch partiach na pierwsze miejsce wysunął się Kamil, na drugie Waldek, na trzecie Ewelina.
04.07.2012 W maleńkim, wręcz symbolicznym składzie, za to wzbogaconym o nowego uczestnika naszych zmagań z wyrazami, literami i okrutnym losem, mimo upału, utyskiwań i ponurych pogłosek stoczyliśmy kolejną pasjonującą potyczkę. W trakcie zmieniliśmy beznadziejnie losującego Darka na beznadziejnie losującą Ewelinę. Coż - przeznaczenia nie da sie przechytrzyć prostymi zmianami. Dzieki Bernadecie i nowo przybyłemu Andrzejowi i ich optymizmowi dzielnie dotrwaliśmy do końca. Waldek obecny na literce W jak Waldemar, telefoniczne skontrolował nas, czy wszystko w porządku i czy nie musi interweniować. Wygrał Kamil mimo cięzkiej straty pod koniec. Kilka punktów za nim uplasowała się Ewelina, za nią kawał dalej Darek.
30.05.2012 Rozpoczęliśmy od zadania na myślenie: ułożenia jak największej liczby scrabbli ze składu tartak?. Tylko Piotr i Ewelina wpadli na 7 z możliwych 14. Do zapamiętania klatrat i karetta. Następnie zabraliśmy się do belgijki. Piotr zajął pierwsze miejsce, Kamil drugie (jako jedyny położył słowo "mszące"). Było też sporo strat. Tomek także w dobrej formie, z wygrywającym ruchem "hajdań". Nauka dla wszystkich: przedłużka do ufałem - tylko dufałem (dufać). Ze składu ufałem? możliwe albo dufałem, albo fukałem. Kolejne spotkanie odbędzie się dopiero 13.06.
23.05.2012 Workowym tym razem był Prezes, co skutkowało większym nasileniem procesów neuronowych w mózgu. Położyliśmy kontrowersyjną ósemkę "ciastowi", słowo okazało się występować u sędziego, podczas gdy zabrakło go w skomplikowanym urządzeniu Waldka. Z drobnym zgrzytem nad słówkiem "odrywany" (rydwany plus o), na które wpadli lider oraz Ewelina, ci właśnie zajęli miejsca pierwsze i drugie, a gonił ich Piotr, Tomek i Waldek.
16.05.2012 W równie okrojonym gronie co wcześniej, będącym śmietanką klubu, z niedowierzaniem obserwowaliśmy losowania Waldka, z których po raz kolejny padało dużo siódemek i ósemek. Było też trochę strat, przez co Kamil zajął miejsce trzecie, Ewelina drugie, a po raz pierwszy na tronie zasiadł Tomek (gratulujemy!). Ze składu potaneń do wolnego "i" na planszy większość położyła scrabbla potanień (możliwe też natopień).
09.05.2012 W kameralnym gronie rozgrywaliśmy partię, z zapartym tchem podziwiając składy losowane przez Waldka, z których sypały się siódemki i ósemki. Kamil jak zwykle niepokonany, ale i niepocieszony faktem zmarnowania ź (chciał przedłużyć do fontaź i uświadomił nas w ogóle o istnieniu tego słowa). Na podium tuż za Kamilem - Ewelina i Tomek. Benia na czwartym miejscu - wyprzedzając Waldka. Do zapamiętania także tarń (tarni, tarnią).
24.04.2012 Dzień, w którym wszyscy mieliśmy problemy z dłońmi. Dlatego po zabiegach kosmetycznych, którymi uraczyła nas Pani Ola, zabraliśmy się do gry z gładką, alabastrową skórą kończyn przednich. Co z tego wynikło? Biczowanie, fetorami i trybady ;) Odkrywszy te zestawy, Kamil zajął miejsce pierwsze, a gonił go Darek z Piotrem.
17.04.2012 Kolejne spotkanie szkoleniowe z cyklu "Lej bliźniego, jak siebie samego". Przy nieparzystej liczbie Kamil pełnił rolę rozgrywającego symultanicznie gry na dwóch planszach. Sporo regulaminu, wykreślanka, troszkę śmiechu przez łzy i narzekania, czyli: sama śmietanka gry. Należy odnotować wysoką formę Tomka i gotowość innych do sobotnich rozgrywek!
10.04.2012 Dzisiaj graliśmy ćwiczeniowo w parach, ucząc się bojowych postaw wobec przeciwników. Powtórzyliśmy niektóre elementy regulaminu, poużywaliśmy zegarów i każdy na każdym. Pojawił się cały klubowy skład. Dawno tak już nie było. Poza Darkiem, który przybył w wywróconej na lewą stronę koszulce nie było żadnych incydentów zakłócających przebieg rozgrywek. Na koniec przystąpiliśmy do kolokwium z anagramowania składu TGROIA*, w którym najlepszy wynik osiągnął Kamil: 8 z 12. Od dzisiaj, Piotr jest już z nami rok!
04.04.2012 Małgosia losowała to i dało się pograć. Postawionych zostało 5 scrabbli. Czołówka stawki - standard Kamil i Piotr, za nimi po cichu skradał się Andrzej. W dole, za podium rozgrywała się beznamiętna młócka. Część osób zadawała sobie pytanie: co ja tu robię? No cóż. Stanowimy świetne tło i oprawę spotkań. Pamiętajcie, że takiej zgranej kompanii nigdzie nie znajdziecie! Ugościliśmy Ewę jak należy. Pierwsze miejce Kamil, drugie Piotr, trzecie Andrzej (dobra forma!).
28.03.2012 Idzie wiosna, worek śpi. Trzy wymiany, same spółgłoski, rety. Należy koniecznie zmienić losującego. Może co grę kolejna osoba? Tylko między trzema osobami rozegrała się całość. Kamil, Piotr i Tomek - pierwsi głośno, ostatni cicho po zdystansowaniu się scrabblem za blisko 100 pkt stoczyli decydujące starcie. Reszta nas lekko uśpiona spokojnie podążała za czołówką. Po cyrklowaniu pierwszy różnicą 1 pkt zakończył grę Kamil, później Piotr, a za nimi rzeczony Tomek na super rowerze z ramą SPEZIALIZED.
21.03.2012 Kolejne spotkanie z cyklu: czy może być gorzej z losowaniami? Teraz już poznaliśmy ponurą odpowiedź: zawsze może być jeszcze gorzej. Jeden prosty scrabbel: ZABARWI i jeden siłowy: ĆWIEkOM, reszta - ruchy wklejki rodem z powiedzenia ukręcić z gie bat. Do tego doszły kolejny raz efekty akustyczne mające na celu przygotowanie do gry i myslenia w ekstreamalnych warunkach. Kamil kaszlał w kierunku Bernadety, dzielnie odchylającej się z dyskrecją i taktem przed kolejnymi atakami bakcyli. Waldek wraca do dawno zagubionej formy i pokazuje wszystkim, że wystarczy tylko chcieć, a wszystko będzie możliwe. Piotr zaimponował szczególnym darem radzenia sobie w trudnych okolicznościach przyrody, co nasuwa przypuszczenie o cięzkich warunkach panujących u niego w pracy... Ostatecznie: Piotr, Kamil, Waldek! Super było popatrzeć z bliska na ich szczęście.
14.03.2012 A dzisiaj tylko jeden scrabbel 9 literowy WYNUDZ[EN]I. I tak też się czuliśmy z kiepską literą, dokuczającą na wszelkie możliwe sposoby. Klika wymian i przedwczesne zakończenie gry (zostało 11 liter!), to tylko niektóre elementy rozdrażniania. Dodatkowy aktywizujący bodziec stanowił zgiełk i jazgot otoczenia. Pierwsze miejsce zajął Kamil, drugie Darek, trzecie Małgorzata. Wymęczeni w pomniejszonym zestawie reprezentacyjnym klubu udaliśmy się na posilenie do Chorwata.
07.03.2012 Dzisiaj posypały się scrabble. ROZ[W]INIE, UT[R]AFCIE, NORM[I]ŚCI (Piotr), PAROWÓW, POSaDKO. Do tego doszły wysoko punktowane ruchy i skonczyło się punktacją przekraczającą 900. Pierwsze miejsce zajął Piotr z kompletem scrabbli, za nim ścigający go Kamil i trzeci AnTy.
29.02.2012 Bez szaleństa, z wyłączeniem ładnego scrabbla Kamila OSTWICA, w prawie wiosennym ciepełku i licznym gronie (AnTy wrócił!) spokojnie stawialiśmy kolejne słowa. Od początku uformowała się gromadka prowadzących i tak, dotarli do samego konca: Kamil, Mirek, Piotr. Teraz musimy przymierzyć się do przygotowań do turnieju w Gdańsku, Inowrocławiu i może klubowego w Wałczu. W tym celu planujemy niespiesznie mini turniej ze wskazaniem na 11.03.
22.02.2012 Punktualne imieniny Małgosi! Zaczęliśmy od życzeń. Odgłosy całowania i ściskania wymieszane z serdecznymi słowy powoli zaczęły cichnąć i na pierwszy plan wysunął się dźwięk mieszania płytek w worku. Już po drugim losowaniu wykwitł scrabbbel. Propozycji bylo kilka. Zwycięski okazał się być ruch Eweliny: SKOŃCZŻE sięgający czerwonej premii 3x. Po chwili pojawiły się kolejne: SOPOCKA, ROZSIANA, WMIESZAJĄ. Tylko tandem Małgosia - Piotr zdołali znaleźć wszystkie te układy. Oboje dysząc, ciężko przerażeni jeszcze szybszym oddechem odstającego od nich Mirka, chcąc nie chcąc w trwodze swojej napędzającej gruczoł andrenalinogenny przerwali taśmę mety. I tak Piotr z miną godną zwycięzcy zebrał brawa dziękując skinieciami głowy, Małgosia rozglądała się z niedowierzaniem, a Mirek rozsiadł się skromnie na trzecim miejscu. Zebraliśmy manele i przenieśliśmy się imieninować popielcowo do niezastąpionego Chorwata. Było miło i nastrojowo, a każde z nas zjadło troszkę więcej niż mogło, w większości przypadków bezmięsne produkty. Po zakończeniu uczty omówiliśmy tajemnicze zniknięcie Eweliny, wspomnieliśmy nieobecnych klubowiczów (co poniektórzy z nas rzucili za siebie symboliczny fragment jadła), podzieliliśmy się na auta i oddaliliśmy do siół.
15.02.2012 Dzisiaj poszaleliśmy ze scrabblami: WAHNĄŁEŚ, ZAŻGANYMI, WYKIWANE, OBRACANY. Komplet postawił Kamil i Mirek i między nimi odbyła się potyczka o pierwsze miejsce. Zadecydował zryw Mirka układem JORU/BRUT, dzięki któremu w końcówce przegonił Kamila o 2 pkt. W 19 ruchu uratowała wszystkich Dorota. Postawiła ona za 10 pkt CZAR i jak się okazało, było to jedyne istniejące słowo (po stracie wszystkich, gra się kończy). Pozostali gracze zaryzykowali scrabbla ZRYCZAŁA i zaliczyli stratę. Na trzecim miejscu uplasowała się Ewelina. A AnTy nadal daleko...
08.02.2012 Idą mrozy, wszystko się kurczy. Skurczyła się rownież frekwencja. W związku z tym, wzrosła szansa na zajęcie dobrego miejsca no i Miras wyglądał jakoś blado... Wszyscy po cichu włączyli sprężarki i turbodopalacze o czym świadczyło charakterystyczne przytłumione układem czasko-kostnym buczenie. Po kilku ruchach czołówkę stanowili: Mirek, Kamil, Piotr i Waldek. W 14 ruchu Mirek odebrał prowadzenie Kamilowi pięknie wciskając scrabbla EGZOTYK. W 17 ruchu zagiął wszystkich Waldek wykładając RYŚ na planszę. Dramatyczna walka Waldka z Piotrem w końcówce uatrakcyjniła wszystkim rozgrywki. Z emocji wstrzymywaliśmy oddech, dzięki czemu powietrze w płucach zaczynalo mieć dodatnią temperaturę. Ostatecznie wyklarowała się obsada podium: Mirek, Kamil i Piotr. Waldek z tkwiącym mu w plecach jednym punktem różnicy do 3 miejsca złorzeczył pod nosem i odgrażał się swojemu sadystycznemu pogromcy. Po całości pojechaliśmy po jubilatkę Małgosię do jej gawry i następnie do Chorwata na "Włoski wieczór". Spędziliśmy tam niezapomniane chwile planując przyszłość Dorocie i gaworząc w przerwach na inne tematy. Tymczasem, AnTy nadal w oddaleniu...
01.02.2012 Pięknie zapowiada się dla Małgosi ten rok. Wygrana goni wygraną. Od trzeciego ruchu z epickim scrabblem ze składu *SRRWCY do litery E na planszy (RYCERSTW) do ostatniego ruchu utrzymała się ona na pierwszym miejscu! Za rzeczoną puscił się w pogoń Piotr do społu z Eweliną, a za nimi pokuśtykał kulejąc chromy Darek. Pięknie ozdobiony stół i wesoła jak często bywa atmosfera umiliła reszcie przegraną. W świetle fleszy i spowici zagęszczonym temperaturą powietrzem, po trzech wymianach dotarliśmy do końca. Pierwsze miejsce Małgosia, za nią Piotr, na trzecim miejscu Ewelina. Koleno wkomponował się cudnie w układankę Tomek, który w wolnych chwilach skęcał sobie pykawki z bibuły i "tytoniu". Gościnnie z całą swoją sympatią wystąpiła Ewa, konsekwentnie psując nam samą obecnością wszystkie składy na stojaku.
25.01.2012 Pomniejszona liczba graczy nie przeszkodziła nam w regularnej walce. Tym razem zanotowaliśmy sporo strat. Doskonale wykorzystała tę sytuację grająca ostrożnie i rozważnie Małgosia wyprzedzając Kamila po zrzucenieu z planszy ryzykownego scrabbla (odpadły wtedy trzy osoby). Taka kolejność pozostała już do końca. Ewenementem był Piotr próbujący pobić rekord Waldka w ilości nieistniejących słów w jednej grze. Mimo tych starań udało mu się pozyskać trzecie miejsce. Dobre słowo należy się też Bernadecie zaskakująco często stawiającej najlepsze układy. Dla reszty graczy pozostaje wielkie zadowolenie z uczestnictwa w rozgrywkach, na które i ja z niecierpliwością czekam cały tydzień.
18.01.2012 No i posypały się scrabble. Na początku. Później nastepowało stopniowe zamykanie się planszy. Humor wyjątkowo dopisywał wszystkim, tym bardziej że odwiedził nas Andrzej S. i przybyła nowa, początkująca scrabblistka Magda. Ostatecznie zwycięstwo osiągnął Mirek, drugi Darek, trzeci Piotr.
11.01.2012 Tylko jeden scrabbel - CEROWAŁA. W początkowej fazie gry przez wiekszość ruchów do szcześcia brakowała jedna literka. Po wyczerpującej (bez jedzenia i picia, które pojawiło się dopiero po godzinie) zdziesiątkowani przebrnęliśmy przez grę. Na pierwszymi miejscu cudem ozdrowiały Miras, za nim zapracowany Kamil i Piotr. Różnca między 2 a 3 miejscem to tylko 1 pkt. Piotr uplasował się po czasie na trzecim miejscu wtyprzedzając Ewelinę i dotykając Kamila. Stało się tak, ponieważ sędzia nie uznał wyrazu WYCIERY za 37 pkt, a słowo oczywiście istnieje.
04.01.2012 Rok zaczął się bardzo dobrze. Początek rozgrywki naszpikowany był wielką ilością scrabbli, które to rozwarstwiły ekipę. Z dolnej warstwy przebijał się Kamil, który z racji wieku nie był obznajomiony ze słowem TOKAJ. Udało mu się przegonić wszystkich i jak to już wcześniej bywało, zakończył sprawę na miejscu pierwszym. Miłym akcentem były odwiedziny Sandry. Stęskniliśmy się wajemnie za sobą. Jubilat Mirek został pokonany - tym razem nie przy planszy, a w życiu. Powaliła go choroba z towarzyszącym jej charakterystycznym łoskotem bezwładnych racic o drewnianą podłogę. Na drugim miejscu Piotr, za nim AnTy. Przez całość czasu mogliśmy się opychać pyszną pieczoną rybą w occie, dwoma rodzajami ciast i suchym chlebem (Darek). Wszystko to, dzieki szczodrej naturze naszej PWK (Pani, właścicielka klubu). Jakimś cudem, wszystkie te dobra zostały umieszczone koło Waldka, pomniejszającego systematycznie ich zasoby, nawet podczas ruchu. A gdzie był wtedy Andrzej S.?
28.12.2011 Ostatni dzień tego roku! Kto mógł to przyszedł. Mistrzem 2011 roku został Kamil, konkurs na najlepszy ruch roku 2011 wygrali wszyscy! Stanowimy niezłą paczkę. W grze losujący uwijał się jak w ukropie i udało się nawet postawić dwa scrabble. W pierwszym ruchu najciekawszym słowem było: BYSIAMI postawione przez Dorotę. Miłą niespodzianką były odwiedziny Mirka z rodziną, która to usiadła koło Waldka i razem kilka ruchów pracowali nad słowami. W serdecznej atmosferze, bez dokuczania sobie i przytyków, z światecznymi jeszcze usmiechami na twarzach dotarliśmy do końca. Pierwszy Kamil za nim AnTy, na trzecim miejscu Tomek! W końcówce mogłoby być ciekawie, ponieważ wchodziło słowo NARYSAMI, ale niestety nikt nie odważył się postawić. Na koniec zagraliśmy w parach. Okrutnie sędziował Waldek, który poustawiał wszystkim minimalne czasy, a pod koniec zarządził natychmiastowe zakończenie zmagań.. Tym razem obyło się bez niszczenia. Zauważamy też wysoką formę Andrzeja T. Czyżby podstępnie w tajemnicy uczył się słówek?
21.12.2011 Wigilia w klubie. W świątecznych nastrojach i w pełnym składzie, z gościnnym występem Ewy przystąpiliśmy do belgijki. Atmosfera otoczenia i późniejsza wizja wspólnej kolacji mobilizowała większość do myślenia podczas gry o tym, co zamówią do zjedzenia. W kluczowym momencie prawie wszyscy postawili scrabbla, jednak tylko dwie osoby za zdecydowanie większą ilość punktów: Kamil i Darek. Ten pierwszy do końca już bronił z powodzeniem swojej pozycji, a Darek jak to zwykle bywa, bardziej zainteresowany był pizzą i otoczeniem. Wspaniale spisała się Bernadeta stawiając wielokrotnie słowa w najlepszych miejscach. Tymczasem w ciszy, ale z zaciśniętymi zębami odbywał się pojedynek naszego mistrza z Eweliną. Ku zdziwieniu obojga (reszta z nas też czuła to i owo) okazało się, że bliskość miejsc, na których spoczywali podczas gry jest nieprzypadkowa: podyktowana została gęstym zrostem syjamskim determinującym wynik: remis! W trakcie odczytu obwieszczeń końcowych zostaliśny obczęstowani przez naszą sponsorkę - właścicielkę lokalu, symbolicznym opłatkiem wigilijnym w postaci nadziewanych szyszek z czekolady. Kamil zadowolony, spoglądał w dół z podium na pozostałych w klasyfikacji laureatów: Ewelinę i Mirka, oraz Andrzeja T. Po usunięciu zrostu między konkwistadorami drugiego miejsca uniemożliwiającego swobodne, samodzielne przemieszczanie udaliśmy się na kolację. Radości i uściskom nie było końca. Pokarmy okraszały długie rozmowy o słowach, wspomnienia karier i marzenia na przyszłość.
14.12.2011 Pograliśmy w parach, a Miras nawet w dwóch parach. Przybyła i chce dołączyć do nas Ewelina. Po testach okazała się dobrym, obiecującym graczem z ambicjami. Mini turniej został okraszony herbatką i ciastami z okacji urodzin właścicielki lokalu. Przy okazji okazało się, że Piotr i Darek są bliźniakami urodzinowymi. Rozegraliśmy dwie pełne partie w warunkach turniejowych. Tendencyjne, niesprawiedliwe rozstawienie spowodowało, że wszyscy gracze zdawali się być zadowoleni. Statystyka pokazała, że Piotr - mimo iż pokonał Mistrza Mirasa wylądował na 2 miejscu po nim. Wygląda na to, że wkradły się w sposób rozliczania jakieś niedopisania. Na trzecim miejscu, nasz super obstawiany od dawna narowisty koń wyścigowy Waldemar. Ewelina skonczyła na miejscu piątym.
07.12.2011 Spóźnione Mikołajki. Graliśmy o czekoladowego Mikołaja, który to spogladał na nas ze stołu z dumą i nadzieją, że spędzi ze swoim nowym właścicielem słodkie chwile. Wyrównany początek zmobilizował wszystkich do walki. Pierwsi ze stawki odpadli - Waldek, Kamil i Darek, za to, że nie postawili scrabbla lub postawili nieistniejącego. W połowie gry Waldek zerwał się dziko i założył kurtkę. Po czułych pożegnianiach okazało się, że nie wychodzi tylko zmarzł. Bernadeta wspaniale ucieczkając przed łasym Darkiem zmuszona została do wykonania sporej ilości dobrych ruchów i do nieśmiałego zadowolenia z siebie. Darek z jezykiem zwisającym z paszczy, został z mokrą brodą i zawilgoconymi, mętnymi oczyma na szarym końcu. Na przeciwko niego, przy stole odbyła się dramatyczna walka Doroty, Waldka i Kamila o zajęcie przedostatniego miejsca. Udało się im wszystkim. Podobnie z sukcesem nowy kolega Tomek, sącząc piwko spokojnie wylądował na 5 miejscu. Rywalizacja Andrzeja i Piotra była pomyślna dla tego ostatniego, mimo wzrostowej tendencji formy naszego PR'owca. Towarzyszem wytęsknionego Mikołaja został niezawodny Mirek, drugie miejsce zajął Piotr, trzecie AnTy. Zagrała też Muzyka, dotykając podium...
30.11.2011 Andrzejki w klubie. Ktoś to zauważył? Odwiedzają nas nowi gracze. Czy wytrzymają presję? Jak mawiają, prawdziwa miłość (do scrabbli) przetrwa wszystko i zwycięży. Pierwszy Mirek, drugi Piotr trzecia Muzyka.
20.11.2011 Mamy Mistrza Polski w Scrabble w klubie! Brawo Mirek. Podziękowania dla Bernadety i Wademara za opiekę nad nim.
16.11.2011 Mistrz Polski znowu zwycieża! Szkolenie nie poszło w las! Cytuję lokalną prasę. Po wręczeniu upominku dla Mistrza, zrobieniu sobie z nim fotki i licytacji jego książeczki do zapisów zaczęliśmy rozgrywki. W połowie zmagań odwiedził nas Kamil. Było miło. Na podium powtórka z rozrywki: pierwszy Mirek, drugi AnTy, trzeci Piotr.
09.11.2011 Bez Kamila.. Odprawa Mirasa przed Sulęcinem. Po wysłuchaniu uwag i spostrzeżeń z wałeckiego turnieju rozpoczęliśmy jego trening. W ósmym ruchu już prawie tradycyjnie zapunktował AnTy scrabblem WONIAŁY i wysunął się na prowadzenie. Udzieliliśmy Mirkowi kilka serdecznych rad i oto dzięki nim i uprzejmości Andrzeja (po grzecznosciowej stracie) kolejny raz zostaje liderem spotkania. Jest gotowy na obronę tytułu zwycięzcy LeMansa. I tak oto na koniec: Miras, Andrzej, Piotr. U Chorwata odwiedzila nas Małgosia. Spędziliśmy u niego upojne chwile i po kolei eleiminowaliśmy gości głośnym zachowaniem. Wyszliśmy ostatni.
02.11.2011 Nim zaczęły się nasze zmagania przyjęliśmy odwiedziny Mirosława C., który jest znanym komentatorem kariery scrabblowej Bernadety i Waldemara. Po krótkich namowach konsolidacyjnych, zrejterował on w nocne ciemości wieczora. Graliśmy przy stole rodem z serialu SpongeBob , nastrojowo, z nową, zwerbowaną na turnieju w Empiku graczką. W trzecim ruchu Andrzej T. postawił punktowany ruch, który przy stracie innych zapoczątkował systematyczne pogłębianie się podziałów grających na kongruencje w klasach abstrakcji. Niestety, Mirek scrabblem NIEUCTWA wchłonął uciekiniera i dalej wszystko poszło według znanego z wcześniejszych partii scenariusza. Pod koniec na planszy wylądowało słowo SÓJKĄ, kóre prócz Mirka postawiła debiutująca Natalia. Losowania były niezłe, w tym dwa blanki w dwóch pierwszych ruchach. Kolejność na podium: Mirek, Piotr, Andrzej T..
26.10.2011 W maleńkim składzie. Każdy nieobecny miał super wytłumaczenie. Mimo to, a może własnie dlatego, walka wyglądała jak wizytacja na planie filmowym Wiedźmina. Złożony z dziewięciu liter scrabbel Kamila wykorzystujący dwie litery z planszy, implikował bezpośrednio jego zwycięstwo. Za nim nieustraszony w boju Miras, następny z zakrwawionym mieczem (krew głównie rodziny K.) pojawił się na horyzoncie Piotr. Reszta uczestników z kończynami pod pachą dotrwała do końca...
19.10.2011 Bez Małgosi i bez Asi. Miras dziś nie dał złapać oddechu. Po zarzuceniu planszy zabronionymi słowami typu: GENETT, JEŁKI, ZOILE, TYBINEK zgarnął wszystko, co można było. Na pochwałę zasługuje Bernadeta, która w tych ciężkich warunkach radziła sobie znakomicie. Pierwszy Miras, drugi Kamil, trzeci Andrzej. Po spotkaniu nadeszła kolejna z cyklu wizyta w Dolce Vita i wypłakiwanie się wzajemne w ramionach.
12.10.2011 Nadal bez Asi... Dzisiaj przyszły dwie nowe osoby zwerbowane przez Waldka na turnieju w Empiku, z których jedna - Krzysztof zajęła 5 miejsce, a druga - Hania super sobie poradziła. Pozostałe osoby walcząc dzielnie ze sobą przemieszczały się na zajmowanych pozycjach, by ostatecznie ustalić następującą kolejność: Mirek, Kamil, Piotr. Po rozgrywkach Dorota zaprosiła nas na frytki do Dolce Vita, których to nie chciano nam zaserwować. Co za lokal.. Z drugiej strony spoglądając na ten fakt: frytki w pizerii??
05.10.2011 Bez Asi i Kamila i bez scrabbli. Przykro. 1 miejsce Mirek, 2 miejsce Andrzej, 3 miejsce Piotr.
02.10.2011 Pomagaliśmy w organizacji i sterowaliśmy przebiegiem turnieju w Empiku. Rozgrywki odbyły się w dwóch językach: polskim i angielskim. Przybyło bez mała 20 chętnych do gry. Wspaniale sędziował Waldemar Kudliński (w klubie zrobił szybką i błyskotliwą karierę - od gracza, przez bohatera audycji radiowej i zwycięzcę belgijki, do sędziego wielojęzykowego turnieju). Słowa przywitania wygłoszone przez niego oraz omówienie skróconego regulaminu rozgrywek pomogło uczestnikom osągnąć pożądany stan gotowości. Jednak dopiero zapowiedź "a kto nie będzie przestrzegał reguł gry, tego będę niszczył" stworzyło podwaliny do prawdziwego zrozumienia istoty tej gry. To nie zabawa we wspólne przekładanie liter na stojaku i ustawianie ich na planszy, ale krucjata, rzeźnia a wręcz jatka mentalna stron potyczki szkoląca wytrzymałość i cierpliwość, a wystawiająca na próbę zaufanie do samego siebie. Jest to gra o konkurencji wielowarstwowej, zatem wszyscy są zawsze zwycięzcami. Samo wytworzenie w sobie chęci do kolejnego razu, odnajdywanie satysfakcji i radości, to już połowa sukcesu, a wytrwałość rozciągnięta na lata zasługuje na podziw i pochwałę. Scrabbliści to grupa ludzi, dla których dźwięk płytek dobywający się z potrząsanych woreczków, to prawdziwa muzyka, a wręcz trąba wojenna walecznych. Wracając do rzeczy: turniej przebiegł sprawnie i warto bez większych zakłóceń. Obejmował rozgrywki w czterech rundach rozstawianych przez program sędziowski. W barwach "Łuczniczki" wystąpili: Piotr, Kamil, Bernadeta, Andrzej S. i Asia (według kolejności osiągnięć). Czwarte miejsce pozyskała nasza gościna klubowa Agata. Asystentką sędziego była Dorota.
28.09.2011 Dzisiaj litera dopisała: 5 scrabbli, spora liczba graczy, która je znalazła. Kamil mimo straty w pierwszym ruchu jako jedyny poumieszczał siódemki na planszy i dzięki temu zajął pierwsze miejsce. Jako drugi uplasował się Piotr jednocześnie goniący Kamila i uciekający przed Małgosią. Za to Darek dał się jej łatwo dogonić, ale zamiast spodziewanego wspólnego biegu, poczuł wiatr furkoczącej Małgosinej spódnicy, która to skończyła na miejscu trzecim. Gdzie jest Miras? W kulisach trwała zażarta walka Waldka z Darkiem i Bernadety z Andrzejem S. Epicka walka z honorem i krwią poranionych (na nich samych i na raniących).
21.09.2011 Losowanie Asi. Kto by się tego spodziewał, że można losować gorzej od Darka? A stało się. Ani jednego scrabbla, a nawet szansy na niego. Wyrazy 2-3-4 literowe w większości przypadków. Jęk na sali przy każdej kolejnej płytce na stojaku. Wymiana, zdublowane i striplowane litery uatrakcyjniały rozgrywkę. Pod koniec czekaliśmy z utęskniem na choćby "Ó", które jak się w końcu pojawiło, zostało z nami do końca gry i dłużej... Do pierwszego miejsca dotarł Kamil, za nim Andrzej, na trzecim miejscu niezawodna Małgosia. Dalej była nadal ciemność... Na otarcie łez przedłużyliśmy spotkanie w Dolce Vita, na którym Waldek odprawił chrzest Małgorzaty piwem z sokiem w ramach konkursu MMSiS - "Miss Mokrego Sweterka i Spódniczki". Gratulujemy wygranej!
14-18.09.2011 Wyjazd do Więcborka. Było świetnie! Reszta wrażeń w galerii.
14.09.2011 To była szybka gra. Bernadeta z Waldkiem już w chwili naszego spotkania plażowali się w Więcborku, do ktorego my mieliśmy dotrzeć w czwartek i w piątek. Bedzie super! 4 dni szaleństwa: scrabble, Mafia, piłkarzyki, ping-pong, bilard, frisbee, pływanie... Ale do rzeczy. Pod koniec pasjonującej i bogatej w scrabble potyczki Piotr usiadł sztywniej niż zwykle i wylożył scrabbla WYSMÓLŻE. To było super posunięcie. Skasowany tym ruchem został witający się już z gąską Miras i tropiący go Kamil. Ostatecznie: Piotr na pierwszym miejscu, Miras na drugim, Kamil na trzecim miejscu.
07.09.2011 Pierwsze w Nowym Roku Szkolnym spotkanie niczym nie rożniło się od innych nie licząc pomniejszonego składu, szybkiego przebiegu partii, emulacji niektórych nieobecnych klubowiczów, ciemnych, niedoświetlonych planszy, licznych rozmów przez komórki, no i niecodziennego finału. Po haśle: "Wszyscy lejemy Mirasa" rzuciliśmy się z motykami na słońce do roboty. Do końca młócka wychodziła tylko Kamilowi i Andrzejowi, reszta ruszała leniwie lemieszami udając, że to cepy. Ostatecznie: pierwsze miejsce zajął Miras, za nim Kamil (niewielka różnica punktowa), dalej Andrzej i - tu niespodzianka - z różnicą 1 pkt kolejno Małgosia, Piotr, Darek. Niestety, zasada kulturowa "kobiety pierwsze", nie znalazła w tym przypadku zastosowania. Chłopaki! Uczmy się savoir-vivre! Po wszystkim nastąpiła dogrywka w Lokalu Zastępczym 1 przy ulicy Gołębiej.
31.08.2011 Zaczęliśmy później, z powodu sprzedaży kolder puchowych. W pierwszym ruchu nastapiło rozstrzygnięcie wyników. Jedyny scrabbel ze składu EEAYSR* postawił Miras: ESERYNA. W początkowej fazie Kamil starał się nadgonić, ale po kolejnym ryzykownym ruchu - stracie, przepuścił przed siebie resztę. W końcowym ruchu po stracie, Darek opadł w chmurze pozostawionego puchu na piątą pozycję. Pierwszy Miras, drugi Pior, trzeca Małgorzata, czwarty Kamil. Mało punktów, jeden scrabbel, ciężkie składy i układy na planszy - czyli standard losowań klubowych. Na osłodę krzepiliśmy się do nocy w Dolce Vita. Za dwa tygodnie wczasy klubowe w Wiecborku.
24.08.2011 Powrót po wakacjach. Wyjątkowo nie było Waldka, spóźniły się dziewczyny (Bernadeta i Asia), Małgosia miała symptom postgruszkówkowy, Darek porażenie słoneczne (6 strat!). W pierwszym ruchu kilka osób postawiło jedynego w grze scrabbla SICZOWE (niektórym wcale to nie pomogło - patrz treści o porażeniu). Ciężki wysiłek i kombinowanie zakończyło się dla Mirasa sukcesem. Ryzykanta Kamila przez cały czas przeganiał Andrzej, który stanął na podium za wyrónionym pierwszym stopniem. Czwarte miejsce pozyskał ciężką pracą Piotr, na piątym - z równą ilością punktów Małgosia i Asia.
10.08.2011 Po wstępie i ogłoszeniu zaręczyn klubowych rzuciliśmy się w wir walki. Wyrównany bój, zmieniająca się stawka oraz spora liczba ruchów (29) dały pole do popisu. Rozwlekła koncówka uśpiła czujność grających i ze stosunkowo prostego składu WWYZSNA + Y z planszy, tylko dwie osoby postawiły scrabbla WSZYWANY. Pomogło to w rozstawieniu na podium. Pierwsze miejsce (od dziś prawdziwy klubowicz, na starcie ze srebrnym pucharem!) Mirek, drugie miejsce waleczny Kamil (swoją dzisieszą lokatę zawdzięcza SZPICLOM), trzeci Andrzej (po powrocie z planowanego, przedłużonego urlopu w klubie). Za nimi na metę wbiegli idąc Piotr z Małgosią, w tejże kolejności. Po uroczystym zakończeniu spotkania i uspokojeniu oddechów, nastąpiła część uroczysta w naszym wyskokowym lokalu. Piliśmy zdrowie nowej pary zaręczeńców, swoje wzajemne, a później każdy pił już za co tylko przyszło mu na myśl. Dosyć skutecznie urozmaiciliśmy spokój lokalu, w którym do końca wytrzymali z nami tylko obcokrajowcy. Za tydzień wyjątkowo przerwa..
03.08.2011 Początek gry to słowo (MIRAS) ZMEŁTĄ. Scrabbel w trzecim ruchu FIGLARZE wywołał ucieczkę z peletonu. Przez wszystkie ruchy obserwowaliśmy rozpaczliwą pogoń Mirka za Kamilem. Po 25 ruchach pierwsze miejsce obronił Kamil, na drugim z rozpędu Mirek, trzecie Piotr. Przerwy między pozostałymi zawodnikami sięgały powyżej 40 punktów. W trakcie gry pojawily się ciekawe słowa typu: ORISZA, WALDENSI. Ostatnie przyznaliśmy trzykrotnie Bernadecie, jako wyraz uznania za nietypową grę.
27.07.2011 W pomniejszonym składzie, ale z dobrymi składami zaczęliśmy wszyscy od scrabbla. Później w trzecim ruchu Małgosia postawiła GNOJOWIC i długo przewodziła grupie. Kilka ruchów przed końcem Asia i Piotr postawili ósemkę PODSIALI/DOPISALI, czym Piotr zagarnął pierwsze, Asia piąte miejsce. Na drugim miejscu zgodnie z wcześniejszą rezerwacją Małgosia, na trzecim Darek. Po rozgrywce (ostatnie ruchy wykonywaliśmy prawie po ciemku), udaliśmy się na godne nas jadło do Dolce Vita.
20.07.2011 Dzisiaj gościliśmy Mirosława Uglika vel MIRAS1, zwycięzcę Le Mansa w Bydgoszczy z 2010 roku. Postanowił pokazać nam, jak się gra w Belgijkę i udało mu się. Słowa typu CWIBAKI fruwały po planszy. Mistrz Polski Juniorów Kamil wspiął się na przełęcz zdolności psychomotorycznych i bronił dzielnie naszego dobra. Uległ po wyżej wymienionym scrabblu i odpoczywa na drugim miejscu. Na trzecim Piotr - Najlepszy Debiutant VIII Mistrzostw Bydgoszczy 2011. Czwarte, spokojnie popijając winko zajęła Małgosia, mistrzyni Belgijki z Inowrocławia w 2010 roku. Z dodatkowych atrakcji odwiedziła nas była graczka Ewa, mistrzyni Warmi i Mazur z roku 2006, która przyjechała odebrać klucze do domu od mamy.
13.07.2011 Trzynastego .., a mimo wszystko szczęśliwie. Sporo scrabbli, długie wyrazy, koktajl zadowolenia z niewiarą i zdziwieniem na twarzach graczy. Impreza przebiegła pod hasłem "magister Dorota", ponieważ zasiliła ona kilka godzin wcześniej grono magistrów. Z tej okazji poszliśmy na pizzę i szampana (Dolce Vita). W rozgrywkach liderem - i to już nie było dla nikogo zaskoczeniem - został Piotr. Długo po nim, wykazując się sprytem i przebiegłością pojawił się Darek, po nim Małgorzata. Kamil sporo ryzykując stracił 4 ruchy i wylądował na tymże miejscu. Czekamy na powrót do formy!
06.07.2011 W rozgrywkach uczestniczyła rekordowa ilość graczy: 14 osób. Czworo z nich - początkujący, zbiło się w dwuosobowe grupki. Razem wystartowało 12 autonomicznych załóg. Dołączyli do nas starzy wyjadacze: Paweł i Jędrzej Florek. Mimo tradycyjnie złych losowań, w tym jednej wymiany, wstąpiły na planszę dwa scrabble. Drugi - "SPÓDNICE" w 22 ruchu wyselekcjonował kandydatów na podium. Pierwszy, starając się zapomnieć o Literakach uplasował się Piotr, na drugim miejscu - debiutant w klubie: Paweł, na trzecim Kamil. Na pozostałych miejscach walka była dosyć wyrównana, a drużyny dwuosobowe wytrwały dzielnie do końca. Wszyscy rozochoceni czekamy kolejnej środy. Pizza jak zawsze smakowała wybornie. Po wszystkim przerzedzone stado upasione wróciło na Gołębią dalej grać do późnych godzin nocnych.
30.06.2011 Pierwszy raz w nowym miejscu - Vena Club. Miło i przytulnie i dużo miejsca. Trochę gorąca i rozgrzane powietrze zaprawiały nas w boju. Początek bardzo trudny. Po wymianie nastapił przełom. Sypnęły się siódemki. Po 12 ruchach Waldek kontroluje swoją pozycje - jest 5! W 23 ruchu Asia kładzie sprytnie wkomponowane w planszę słowo "ZAŁÓG". Czyn ten niespodziewany oraz inne mu podobne przyniosły jej sukces w wyścigu o piąte miejsce. Na pierwszym i drugim solenizanci: Kamil i Piotr. Po uiszczeniu rachunków w klubie, udaliśmy się na imieniny do Dolce Vita, gdzie bawiliśmy się do wczesnych godzin nocnych. Za dwa tygodnie turniej w Bydgoszczy. Czas działać!
22.06.2011 Kolejna gra chwilowo bezdomnych i zdziesiątkowanych. Losowania tym razem nie były najgorsze. Dwa scrabble dały Kamilowi zwycięstwo, jeden scrabbel dał Darkowi trzecie miejsce, brak scrabbli wyniósł Piotra na miejsce drugie. Szybka i sprawna gra. Do końca bardzo dobrze znajdywała słowa Dorota.
15.06.2011 Lokal zastępczy nr 1. Gra bez scrabbli. Beznadziejne losowania beznadziejnych składów. Nosy zwieszone na kwintę i podobne im ruchy. Andrzej starający się obronić pozycję lidera po kilku potknięciach został pokonany przez Piotra. Ładny ruch Bernadety za 48 pkt w koncówce pozwolił jej przegrać jednym punktem w walce o piąte miejsce z Andrzejem S. Na trzecim miejscu Darek.
08.06.2011 Dorota wróciła! Spotkanie w Kresowiance. W pomniejszonym składzie staneliśmy zdecydowanie do nierównej walki. Kolejne niezbyt dobre losowania Darka oraz stojące, gęste powietrze spowodowały czołganie się w stronę mety. Jedyny, bezblankowy scrabbel przerzedził grupę prowadzących. W 20 ruchu Andrzej T. samotnie stawia słowo A1-TYPÓW/WZLOTU za 61pkt, czym pieczętuje swoje kolejne zwycięstwo. Za nim po chwili Małgorzata, a na trzecim miejscu Piotr, który to kilkoma ryzykanckimi posunięciami próbował wyrwać srebro naszej specjalistce d/s finansów. Po chwili pojawia się Darek ze śmietanowym sosem na brodzie (potajemnie wyjadał Asi suszone pomidory i szparagi z talerza), a w następnym rzucie i sama właścicielka sosu. W pojedynku zabrakło nam Waldka gnającego samotnie przez noc (silnik rzęził ostatkiem sił) z egzaminu i Kamila zajętego reklamą szajsunga. Po 21.00 nastąpiło przetasowanie kadr i stoczyliśmy rozgrywkę w (o)parach.
01.06.2011 Dorota nie wróciła.. Zainicjalizowalismy nowe, zapasowe miejsce spotkań - Restaurację Kresowianka (bardzo dobra zupa borowikowa, miły personel). Dziś był Dzień Dziecka. Z tej okazji mieliśmy możliwość obserwować kolejne losowanie Kamila, który tak się zapamiętał w tej czynności, że nie zmieścił się w klasyfikacji. Od początku do końca dzielnie walczył Andrzej wieńcząc swoje zmagania pierwszym miejcem na scrabblo-podiumie. Tuż obok niego Piotr, a troszkę niżej Małgosia. Zabrakło jej do kolejnego szczebelka czterech punktów. Po omówieniu spływu kajakowego i planów na wakacje rozeszliśmy się w stronę codzienności.
25.05.2011 Przychodzi grać Dorota! Czy wróci? Losowanie Kamila. Po początkowej czkawce literowej, sytuacja się klaruje. Wyczyszczone stojaki owocują kilkoma scrabblami. Grę w wesołej atmosferze wygrywa Kamil, Małgosia zajmuje drugie miejsce, na trzecim ex aequo Piotr i Darek. Po rozgrywkach i wyścigu samochodowym kontunuowaliśmy rozmowy i żarty w pizzerii do poźnych godzin..mniam.
18.05.2011 Kolejne spotkanie z cyklu: "nic nie idzie". Po kartkówce ze składu literowego "MOTARP*" zaczęła się nierówna walka. Scrabbel uformował grupkę prowadzących i do końca taki skład się utrzymał. Bernadeta bardzo skupiona wykosiła z 5 miejsca Panów zajętych bitwą o coca-colę. Kamil, Andrzej, Małgosia - oto czołówka na podium.
10.05.2011 Spotkanie w lokalu zastępczym 2, przy ul. Jarużynskiej 1. W piątym ruchu mieliśmy zaledwie 90 pkt i zmarnowane w 2 ruchach 2 blanki. Później zrobiło się troszkę lepiej. Scrabbel w 9 ruchu odblokował planszę. Postawiły go dwie osoby: Kamil i Piotr, co przesądziło o miejscach na podium. Małgosia pechowo dobrała w tym ruchu złą literkę i postawiła tańsze słowo. Skorzystał na tym Darek, który dzieki wrodzonemu sprytowi wyprzedził resztę stawki. Ostatecznie kolejność: Kamil, Piotr, Darek nie zaskoczyła nikogo. Krótka przerwa muzyczna w trakcie gry zaserwowana przez Waldka stanowiła miłe urozmaicenie i pozwoliła nam się przekonać, że mogą istnieć takie warunki do gry, w których nie słychać nawet własnych myśli.
27.04.2011 Dziś w pełnym składzie. W nawale obowiązków czekoladkami pożegnała Nas Sandra.. Obietnica odwiedzin tylko lekko otarła łzy.. Po osuszeniu oczu i nosów zabraliśmy się do Belgijki. W pierwszym ruchu prawie wszyscy postawili scrabbla - ostatniego w grze... Tradycyjnie już trudne składy, jakby celowo dobierane przez maszynę losującą ograniczyły możliwości, ale zmusiły do kombinowania. Najlepszy w nim kolejny raz okazał się Kamil, drugie miejsce pozyskała Małgosia, trzeci tracąc kilka punktów był Andrzej. Na koniec graliśmy indywidualnie w ściśle dobrabych parach.
20.04.2011 Spotkanie w lokalu zastępczym jeden, podyktowane bliskością pizzerii Dolce Vita. Ładne losowania na początku rozochociły graczy. Tylko Darek odstawał zagubiony w tyle, z myślami o pizzy. Ostatecznie wygrywa Kamil, za nim lokuje się Piotr, na podium stopnia trzeciego staje Andrzej.
26.01.2011 Znowu wysiedleni i zdziesiątkowani. Graliśmy z uśmiechami na twarzach w miłej atmosferze. Kamil na podium, druga Małgosia, trzeci Darek.
19.01.2011 Troszkę w nerwowej atmosferze spowodowanej złymi wieściami o zdrowiu. Wygrywa Kamil, drugi Darek, trzecia Małgosia.
05.01.2011 Pierwsze spotkanie w nowym roku. Po spokojnej grze wygrywa Kamil, drugi jest Andrzej, trzecia Małgosia. Reszta zajęta była treningiem na ten nadchodzący rok.
22.12.2010 W końcu u siebie i prawie w komplecie. Co czas jakis któreś z nas ukradkiem kaszle w dloń lub prycha za krzesło. Dzielimy się opłatkiem i po posiłku zaczynamy zmagania. Loswane literki są niemożliwe. Cała gra przebiega w napięciu i bez scrabbli. Ostatecznie pierwsze miejsce zajmuje Andrzej, za nim Małgosia, a na trzecim miejscu Darek.
15.12.2010 Tym razem mistrzostwa kobiet w piłkę wręczną blokują halę Łuczniczki. Kolejne miłe spotkanie w siedzibie tymczasowej.
08.12.2010 Spotykamy się w polowych warunkach. Grupa jest zdziesiątkowana przez choroby i podstępne ataki mikrobów.
24.11.2010 Turniej belgijki w Inowrocławiu. Po 2 godzinach zmagań wygrała Małgosia! Na początku zdecydowanie zdystansowała przeciwników i do końca utrzymała prowadzenie. Drugie miejsce zajął reprezentant Inowrocławia Eugeniusz Wróblewski, na trzecie miejsce wśliznął się Darek.
11-12.11.2010 Jedziemy na Mistrzostwa Polski. Andrzej się spisał - 8,5 pkt z 15. Darek uzyskal 7 pkt Mógł więcej, ale nie przyjął pobudzającego umysł banana ofiarowanego przez Sandrę.
10.11.2010 Belgijka. Wyniki jak poprzednio. Przyjmujemy zaproszenie klubu "Kopernik" z Inowrocławia. Przygotowujemy się do walki ćwicząc po nocach.
03.11.2010 - 24 spotkanie. Odwiedziła nas Dorota. Czekamy na jej dalszy akces. Belgijka. Wygrał Kamil, drugi Andrzej, trzecia Małgosia.
05.10.2010 - rejestrujemy klub w PFS.
07-08.08.2010 - organizujemy X Turniej 24h Non Stop - "Le Mans".
16.05.2010 - Waldek występuje w Radiu Gra opowiadając o klubie i o scrabblach. Organizuje na antenie liczne konkursy słowne, które naprzemiennie wygrywamy.
05.05.2010 - założenie klubu.

Waldek jako zapalnik podpalił lont - Darka i zaczęło się. Szybka narada na temat lokalizacji, rozmowa z reprezentantem właścicieli Restauracji "Łuczniczka" i do dzieła! Na inauguracyjnym spotkaniu pojawił się trzon zasadniczy klubu i póki co w takim składzie gramy co tydzień. Dominują scrabble w formie belgijki. Na miejscu mamy do dyspozycji pokaźną ilość stolików do gry. Masa trunków i przekąsek, pozwala nam uzupełniać energię, ktorą szybko tracimy podczas wysiłku umysłowego oraz kwiecistych dyskusji na temat wylosowanych liter. Miły bonus stanowi obsługa lokalu (nie licząc zniszczonego kelnera).